|
|
Poprzedniego dnia wieczorem Marcin dogadał kierowcę, który miał nas zawieźć do Samarkandy. Droga miała zająć około pięciu godzin, więc umówiliśmy się na 13:00. Do tego czasu mieliśmy jeszcze trochę czasu dla siebie. Z samego rana poszliśmy więc zwiedzić Ark od środka. Łapani przez „przewodników”, okręcani na wszystkie możliwe strony przez bileterki, zaczepiani przez nachalnych sprzedawców pamiątek przeszliśmy w końcu przez piekielna bramę, która z zewnątrz wyglądała na opustoszałą. Wrażenie było mieszaniną przeczucia atmosfery inicjacji starożytnej karawany oraz typowego sowieckiego siermiężnego naciągania.
Twierdza wewnątrz zrobiła na mnie dość przygnębiające wrażenie. Oprócz niewielkiego dziedzińca nad bramą i kilku niewielkich zaułków nie było tutaj nic. Nie chodzi przy tym o to ze nie było nic ciekawego. Nie było nic! Za rzędem budynków mieszczących muzeum Buchary był goły plac. Bez żadnych ruin, bez pozostałości, po prostu plac nierównej ziemi wypełniający szczelnie mury obronne twierdzy. Wewnątrz muzeum oprócz licznych klasycznych eksponatów przedstawiających broń, instrumenty muzyczne i inne przedmioty codziennego użytku obejrzeć można było także ciekawe fotografie. Oto piękna kolorowa fotografia rodziny emira Buchary, albo dzieci słuchających z uwaga starego nauczyciela. Patrząc na te niezwykle wyraźne fotografie można sobie było uświadomić jak niedawno odszedł ten świat środkowoazjatyckiej cywilizacji. Inna, pochodząca z początków XX wieku fotografia, umieszczona przy samym wejściu, przypominała dlaczego nie wolno lekceważyć „bratniego” rosyjskiego narodu. To wtedy powstały widoczne do dzisiaj uszkodzenia welesetletnich bucharskich zabytków.
Oglądając po drodze liczne i wszechobecne stragany, facetów tkających słynne bucharskie dywany, pamiątki po czasach dawnych i tych właśnie dopiero co minionych, dotarliśmy do najstarszego meczetu w mieście, a może i w całej Centralnej Azji - Maghoki-Attar. Ponoć miejsce to stanowiło trzon Buchary już na początku ery sogdyjskiej, czyli w okolicach piątego wieku przed nasza erą. Później była tu świątynia buddyjska, zastąpiona około piątego wieku naszej ery przez świątynię zoroastryjską. Gdy Arabowie najechali te tereny około ósmego wieku, świątynia Zaratustry została zniszczona, a na tym miejscu powstał meczet. Jedne źródła podają że stało się to w X, inne że dopiero w XII wieku. Niepozorny z zewnątrz budynek mieści dzisiaj muzeum dywanów, które wygląda jak zwykły sklep. Dla niewprawnego oka wrażenie robi poziom posadzki umieszczony około dwu, a może i trzech metrów poniżej poziomu gruntu na zewnątrz. Gruby osad historii.
Po krótkim odpoczynku przy posiłku na naszym ulubionym placu, poszliśmy zobaczyć jeszcze Char Minar, czyli malutki meczet z czterema minaretami. Po drodze natknęliśmy się na dziwne zbiegowisko, które okazało się przygotowaniami do wesela. Najpierw grupa kolorowo ubranych kobiet, każda z zawiniątkiem w ręku. Pomiędzy nimi skołowana panna młoda. Nieco dalej, ale osobno, grupa mężczyzn w garniturach i uzbeckich czapkach na głowach przygotowywała pana młodego. Trochę postaliśmy, ale ponieważ długo się nic nie działo, poszliśmy dalej szukać poczwórnego minaretu. Gdy wracaliśmy trafiliśmy akurat na wejście gości do domu weselnego. Przy akompaniamencie lokalnych instrumentów, w sporym zgiełku odbywały się dziwne rytuały, których znaczenie próbowaliśmy odszukać w zagrzebanych głęboko w pamięci przedwyjazdowych lekturach. Ludzie byli bardzo serdeczni, roześmiani i usilnie starali się nas zaprosić do stołu. Doszło do tego, że weszliśmy do środka, ale na posiłek już nie chcieliśmy zostać. Stoły wcale nie były zbyt suto zastawione, ot trochę bogatsza impreza. To co było najważniejsze, to wspólny udział w licznych obrzędach, których nie będę tutaj opisywał. Można bowiem o wszystkim przeczytać w znakomitej książeczce „Życie codzienne w Samarkandzie”, którą niedługo osobno opiszę.
Poniżej nakręcony aparatem fotograficznym rzut ogólny na "salę weselną" wraz z akompaniamentem grajków witających wchodzących za chwile gości:
Char Minar był natomiast mocno rozczarowujący. Malutki budynek, z umieszczonym wewnątrz sklepem pamiątek. Najciekawszy był spacer wąskimi uliczkami Bucharskiej starówki, gdzie trudno spotkać jakiegoś turystę, za to można przypadkowo nadziać się na uzbeckie wesele. Znalazłem jeszcze stronkę, gdzie można obejrzeć sobie panoramy Bucharskich zabytków.
Ranek był dla Gośki jeszcze dość trudny. Nie miała odwagi opuścić hotelu, ale i tak czuła się już znacznie lepiej. Śniadanie zjedliśmy zatem tylko we trójkę, żartując z ryżowej diety rekonwalescentki. Jednak jej niespokojny duch nie pozwolił na zbyt długie próżnowanie. Nerwica zwiedzania dała o sobie znać (wszak w planie mamy tylko niecałe 3 dni na Bucharę!) i od południa rzuciliśmy się w studiowanie miejskich zabytków z przewodnikiem w ręku. Pomyślałem sobie, że miałem szczęście dostać od losu jeden wolny dzień na niezobowiązujące szwędanie się po okolicy połączone z chłonięciem atmosfery, bo teraz znowu gnaliśmy na złamanie karku. Oczywiście na tyle, na ile pozwalało osłabione zatruciem ciało…  Po krótkim spacerze głównym deptakiem dotarliśmy do najsłynniejszego placu Buchary, między meczetem Kalon a medresą Mir-i-Arab, gdzie stoi także piękny Kalon Minaret. Ten minaret został wybudowany w 1127 roku i przez prawie 800 lat nie wymagał żadnej naprawy. Dopiero Rosjanie nieco go uszkodzili podczas artyleryjskiego ostrzału miasta. Efekty można obejrzeć na zdjęciach wiszących w miejscowym muzeum w twierdzy Ark. Minaret nazywano także Wieżą Śmierci, bo ostateczne wyroki realizowano tu spychając skazańca z wysokiej na 47 metrów platformy – dzisiaj widokowej. Nie wiadomo, czy to ta funkcja, czy też wygląd budowli sprawił, że Czyngis Chan postanowił ją oszczędzić, dzięki czemu przetrwała do naszych czasów. Nieco dalej, mijając grube mury miejskiej twierdzy, przysiedliśmy na krótki odpoczynek, lagmon i herbatę dokładnie w tym samym miejscu, w którym kilkadziesiąt lat wcześniej odpoczywał Kapuściński. W opisywanym przez niego drewnianym meczecie Bolo-Hauz już nie ma bilardowych stołów, lecz tak jak przed wiekami, wierni muzułmanie znowu kłaniają się w kierunku Mekki. Między gałęziami przebłyskuje brama Arki, gdzie w małym niezniszczonym fragmencie zabudowań ostało się muzeum bucharskiego chanatu.  Ociekając potem potoczyliśmy się w kierunku mauzoleum szacha Ismaila I Samanidy. Ukończony w 905 roku mały budynek przetrwał prawie nienaruszony do dzisiaj tylko dlatego, że był przez większość czasu zasypany pustynnym piaskiem. Dzisiaj to małe arcydzieło z terakotowych szarych cegieł stoi sobie spokojnie w centrum całkiem ładnego parku. Aż się wierzyć nie chce, że przez wieki burzliwe życie, bazarowe targi i wojenne zawieruchy toczyły się kilkanaście metrów wyżej, na suchych pustynnych wydmach. Wracając do miasta zajrzeliśmy jeszcze do medresy Abdullah Khan, gdzie bardzo towarzyski dziadek koniecznie chciał nam opowiedzieć o historii tego miejsca. Obejrzeliśmy całkiem ładna makietę całej Buchary, jednak w trakcie tego oglądania dziadek nie powiedział nic ponad to, co już i tak wiedzieliśmy, więc uprzejmie acz stanowczo podziękowaliśmy za opowieści i wyrwaliśmy się na dach potwornie zrujnowanej budowli. O zachodzie słońca spotkaliśmy się z Marcinem i Aldoną, znowu przy drewnianym meczecie. Czajhana na powietrzu była bardzo sympatyczna, pomimo plastikowych stolików. Chmary czarnych ptaków krążyły nad drzewami, tworząc kontrastujący ze spokojem knajpy nastrój grozy. Po kolacji zrobiliśmy sobie jeszcze nocna sesje fotograficzną, bo do Buchary także dotarł zwyczaj kolorowego podświetlania budynków. Gośka powoli zapominała o żołądkowych dolegliwościach. Po południu następnego dnia czekała nas podróż do Samarkandy. Jeszcze inny opis Buchary
Zostałem sam z plecakami na głównym placu Buchary. Zapaliłem papierosa i spokojnie obserwowałem przechodniów. Przechodnie obserwowali mnie. Jednak nie było w tym obserwowaniu typowej wschodniej nachalności. Dzieci dyskretnie zerkały w moja stronę, dorośli udawali, że w ogóle nie patrzą, życie toczyło się leniwie, czasem przetykane widokiem zachodniego turysty. Zmierzch pochłaniał miasto, które zaczynało powoli rozświetlać się żółtoczerwoną poświatą ulicznych latarni, niepostrzeżenie wydobywając wieczorny klimat środkowoazjatyckiej starożytnej oazy. Po obejrzeniu kilku hoteli w okolicy i odpowiednim obniżeniu ceny zanieśliśmy plecaki do Emir B&B. Przyjemnie urządzony hotelik, niestety pierwszą noc musieliśmy przespać we czwórkę w dwuosobowym pokoju bez łazienki. Nie był to absolutnie żaden problem, tym bardziej, że drastycznie zbijał koszty. Wieczorem poszliśmy do miejscowej knajpy, gdzie siedziało sporo miejscowych podstarzałych piwoszów, z zapartym tchem oglądających lokalną telenowelę, sądząc po strojach aktorów, rozgrywającą się w czasach Timura Chromego. Gdy poprosiliśmy o delikatne przyciszenie telewizora, zaczęły nas dosięgać wrogie spojrzenia z sąsiednich stolików i po chwili głos z telewizora wrócił do właściwego, graniczącego z hałasem, poziomu. Gośka tego wieczoru weszła w fazę "uważam inaczej" i tak jak wcześniej upierała się w różnych innych sprawach, tak teraz postanowiła odróżnić się od pozostałej trójki, nie zamawiając do kolacji piwa. Nie byłoby to warte wzmianki, gdyby nie fakt, że jako jedyna z całej trójki, okropnie się w nocy pochorowała. A wszyscy jedliśmy to samo. Następny dzień przywitał mnie strachem i zmartwieniem i tak już miało zostać przez następne dwa dni. Szczegóły pozostawiam wyobraźni, natomiast zatrucie było tak ostre, że obsługa hotelu postanowiła wezwać lekarza. Pani doktor przepisała antybiotyk i odpoczynek. Trochę ryżu, herbata i spokój. Właścicielka hotelu donosiła kolejne dzbanki, wymieniała miseczki ryżu i dopytywała się o samopoczucie. Gośka była tak wycieńczona, że na pytania odpowiadała mruganiem oczu. W końcu organizm się ustabilizował, ale tego dnia nie wyszła już z hotelu. A ja, cóż, mogłem tylko patrzeć. Rozmowa była niemożliwa. Płyny i jedzenie pod ręką… Poszedłem sobie, zostawiając Gośkę na pastwę hotelowej obsługi, zrobić choć mały rekonesans.  Zalanym słońcem miastem z jasnobrązowej gliny oddychałem samotnie. Nigdzie się nie spiesząc smakowałem powoli leniwą atmosferę. Uzbeckie czapeczki na męskich głowach, egzotyczne ubrania uzbeckich bab, radzieckie plastiki i makijaże na śniado-skośno-hinduskich twarzach. Pomieszanie fenotypów, pomieszanie wielowiekowej spuścizny Jedwabnego Szlaku z sowiecką siermiężnością, pomieszanie biedy z bogactwem miejscowych tradycji. Stragany pełne pięknie malowanych skorup, słynne jedwabne bucharskie dywany, dziwne instrumenty muzyczne sąsiadowały w naturalny sposób z radzieckimi odznakami, tanimi zegarkami i blaszanymi garnkami. Środek Świata. Nie "centrum", ale właśnie środek cywilizacyjnego kotła, gdzie miesza się ze sobą dokładnie wszystko.  Po południu sprawdziłem, że stan Gośki jest już stabilny, ale sił brakowało nawet na krótkie odpowiedzi. Potrzebowała odpoczynku. Usiadłem w knajpce na centralnym placu i obserwując sąsiednie stoliki czekałem na jedzenie. Dobrze się siedziało tuz przy fontannie, w cieniu potężnych starych drzew. Przyszedł Marcin z Aldoną. Poobserwowaliśmy jeszcze chwilę leniwą krzątaninę i poszliśmy odwiedzić miejscową łaźnię, pamiętającą jeszcze czasy karawan. Rozgrzane kamienne łukowate sklepienia były dość klaustrofobiczne. Niskie przejścia między wysokimi salami sprawiały wrażenie labiryntu. Po suchej łaźni na zewnątrz nie wytrzymałem tam długo, jednak po wyjściu na zewnątrz doceniłem jej wartość: powietrze było teraz nawet wręcz chłodne.
 Po bliskim spotkaniu z materialną kulturą wyznawców Zaratustry nadszedł czas by posilić ciało. Kierowca zatrzymał się w przydrożnej knajpie, których w Uzbekistanie nie ma wcale tak dużo. Zamówiliśmy lagmon i szaszłyki, do tego piwo i herbatę. Trzech wesołych panów z poważnymi brakami w uzębieniu zaczepiło nas z sąsiedniego stolika. Wypytali skąd jesteśmy, jak nam się podoba Uzbekistan i na koniec poprosili nas byśmy zrobili im zdjęcie. "Tylko go nie wyrzucajcie! – Oczywiście, że nie wyrzucimy!" Jednym słowem standardowa wymiana uzbeckich uprzejmości.  Gdy przynieśli posiłek, na parking zajechała kawalkada samochodów. Okazało się, że w knajpie wyprawiane jest wesele. Cała rodzina, jak zobaczyła obcokrajowców, zaciągnęła nas do wspólnego zdjęcia. Ponoć przynosi to szczęście. Pan młody rzeczywiście wyglądał na szczęśliwego, ale panna młoda niestety wręcz przeciwnie. Obfite falbany ślubnej sukni odwracały uwagę od twarzy, ale nie potrafiły zamaskować podszytego nutą trochę smutku, trochę przerażenia, a trochę rezygnacji, nieobecnego wzroku. Po sesji fotograficznej wszyscy wtoczyli się na piętro knajpy, by na koniec pomachać nam z balkonu na pożegnanie. Po obiedzie ruszyliśmy w dalsza drogę. Była to najdłuższa szosa bez zakrętów, jaką widziałem. Jechaliśmy do Buchary chyba z siedem godzin i przez te siedem godzin krajobraz w zasadzie się nie zmienił. Owszem, czasem było widać dolinę Amu-Darii i za nią rozległą pustynię po turkmeńskiej stronie granicy. Przez kilkadziesiąt kilometrów zbliżaliśmy się do dwu słupów dymu albo trąb powietrznych, które były sporym urozmaiceniem monotonii krajobrazu.  Kilka razy minęliśmy nawet jakieś miejscowości. Poza tym przez ponad 400 kilometrów widać było tylko pustynne wydmy porośnięte rachitycznymi krzaczkami. Efektem ubocznym krajobrazu była nieopanowana senność wszystkich. Nie wiem jak wytrzymywał kierowca, ale każdy z nas spędził tą drogę śpiąc "na popielniczkę". Marcin później wspominał, że raz na kilkadziesiąt kilometrów się budził, sprawdzał widok, widok nie uległ żadnej zmianie, więc zasypiał dalej. Zaczął się nawet w pewnym momencie zastanawiać czy my się w ogóle poruszamy. Ja też już miałem wątpliwości, czy kiedykolwiek gdzieś dojedziemy, ale w pewnym momencie zaczęły się pojawiać przy drodze pojedyncze drzewa, następnie całe zagajniki, później nawet zielone pola i małe łąki. Coraz gęściej wyrastały także zabudowania. Widać było, że wjechaliśmy w inny świat. Tak, przedmieścia Buchary stanowiły oazę na wszechogarniającym i obezwładniającym pustkowiu. Droga także stawała się coraz lepsza, rozdzieliła się na dwie jezdnie, pojawiły się spore ronda. Dojechaliśmy do centrum i sprawdziliśmy jakieś hotele, które zarekomendował nam nasz kierowca. Niestety niezbyt nam się spodobały, więc wyciągnęliśmy plecaki niedaleko głównego placu, zapłaciliśmy i się pożegnaliśmy. Była już siódma wieczorem, a kierowca twierdził, że jeszcze dzisiaj musi wrócić do Chiwy.
W punkcie informacji turystycznej, umiejscowionym niedaleko wejścia do Khuna Ark dowiedzieliśmy się, że cena wycieczki samochodowej do fortów to 40 tys. somów za trzy forty, 50 tys. za 5 fortów i 60 tys. za 7 fortów. Uznaliśmy, że 5 fortów w zupełności nam wystarczy. Jednak dogadaliśmy się z naszą gospodynią, że jej znajomy zawiezie nas do 5 fortów, a potem już bez wracania do Chiwy pojedziemy do Buchary. Cena za całość wyniosła 130 tys. somów czyli ok. 220 zł Po szybkim i skromnym śniadaniu zapakowaliśmy się do Nexii i ruszyliśmy w drogę. Po zatankowaniu i zjechaniu z głównej autostrady szosa była coraz węższa i coraz bardziej wyboista. Krajobraz stawał się coraz bardziej pustynny, choć cały czas przejeżdżaliśmy przez jakieś wioski. Domy były coraz uboższe, większość sprawiała wrażenie betonowych szkieletów po pożarze. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie na środku pola wyrastał piaskowej barwy prostopadłościan. To był fort Kyzyl-Kala.  Nie mam zielonego pojęcia, jak te ruiny zachowały się do naszych czasów. Używane były bowiem do IV w. n.e., zatem niszczeją na słońcu i deszczu już od 1600 lat. Z bliska jest to kupa gliniastego wyschniętego pisaku, który kruszy się pod palcami. Zachował się całkiem nieźle zarys murów obronnych i wjazdowa brama. Gdzieniegdzie były nawet zasypane wejścia do podziemnych komór. Nie mogłem się powstrzymać i do jednej wszedłem, a raczej się wsunąłem, bo wysokość wejściowej szpary pozwalała przepuścić człowieka tylko na leżąco. Niestety jama miała tylko jakieś pięć metrów długości i kończyła się zasypanymi na amen odnogami. Następny fort, Toprak-Kala, był widoczny ze szczytu Kyzyl-Kala. Niestety, żeby do niego dojechać musieliśmy pokonać kilka kilometrów po jakiś wyboistych polnych drogach, bo most na głównej szosie był akurat w remoncie. Toprak-Kala okazał się znacznie większym fortem, wręcz miastem, ze sporą fortecą oraz wielkim otaczającym podgrodziem. O ile podgrodzie można było zidentyfikować jedynie po obrysie resztek obronnego wału, o tyle fort był zachowany całkiem dobrze. Oczywiście biorąc pod uwagę budulec, czyli miejscową pustynną glinę.  Ze szczytu „czegoś” (trudno powiedzieć czy był to kiedyś fragment pałacu, zamku, czy wieży obserwacyjnej) można było dostrzec zarys zabudowań wraz z rozkładem pomieszczeń. W niektórych miejscach zachowało się nawet kilka komnat, które dawały wyobrażenie o jakości życia w forcie. Dookoła rozciągał się widok na pustynię, tylko w kierunku ledwo widocznego na horyzoncie Kyzyl-Kala falowały od rozgrzanego powietrza uprawne pola poprzecinane nawadniającymi kanałami.  Pojechaliśmy dalej w kierunku wspaniale położonego i magicznego fortu Ayaz-Kala. Składa się on z dwu fortec. Niższa, mała, umieszczona na samotnej skale sprawia wrażenie miniaturki, makiety zameczku posadowionego na środku pustyni dla zabawy dzieci olbrzymów. Za nią, na najwyższym wzniesieniu w okolicy rozciągają się ruiny sporego miasta. Ruiny większej fortecy to niestety tylko resztki murów obronnych otaczających wielkie klepisko. Natomiast widok dookoła... Bajka. Surowa bajka. Dość, powiedziałbym nawet, drastyczna bajka. Na trzy strony świata rozciąga się lekko pofalowana, ale równinna pustka. Porośnięte małymi kępkami rachitycznych krzewów olbrzymie połacie piachu. Rozgrzane słońcem powietrze faluje tworząc złudzenie jezior. Susza i pył. Na północnym zachodzie horyzont kończy się na niewysokich, ale ostro zakończonych górach. Wzniesienia mają ten sam kolor, co pustynna równina. Na północnym wschodzie rozbity jest przeznaczony dla turystów stały obóz jurt. Za nim majaczy prawdziwe jezioro. Jest tak słone, że po powrocie z kąpieli trzeba natychmiast wziąć prysznic, bo wysychająca woda zostawia na skórze płaty soli. Marcin, który opowiadał o dojmującym doświadczeniu niekończącej się przestrzeni, jakie miał podczas 5-tygodniowej podróży po Mongolii, tutaj stwierdził, że pustka mongolskiego stepu nie jest tak wielka, jak tutejsze przestrzenie.  Obóz Ayaz-Kala-Yurt-Camp prowadzony jest przez sympatyczną uzbecką rodzinę. Jakiś czas temu odbyła się tutaj międzynarodowa konferencja UNESCO poswiecona ratowaniu Uzbeckiego rolnictwa od klęski zasolenia. Sól z wysychającego Aralu, sól z dwu wielkich pustyń położonych po obu stronach Amu-Darii zasypuje powoli tereny z wielkim trudem wydarte naturze dla życiodajnych upraw. Samo nawadnianie to po pierwsze za mało, po drugie jest ono prowadzone metodami zabójczymi dla równowagi wodnej w całym regionie. Wysychanie Morza Aralskiego jest tu najlepszym przykładem. Żeby przygotować obóz do konferencji postawiono budynek mieszczący salę spotkań, zainstalowano zestaw baterii słonecznych, wywiercono nowa studnię. Konferencja się skończyła, a obóz zyskał infrastrukturę pozwalającą funkcjonować tu cały rok. Dla zainteresowanych zamieszczam lokalny plakat z namiarami na obóz (wystarczy kliknąć w obraz żeby powiększyć): Z Ayaz-Kala pojechaliśmy do jeszcze dwu fortów: Kyrkyz-Kala i fortu, którego nazwy nie byłem w stanie zidentyfikować. Te dwa ostatnie forty wyglądały jak rozpuszczone w deszczu plażowe zamki na piasku. Nie można było rozpoznać nic, co w najmniejszy sposób mogło przypominać jakąkolwiek funkcję. Oczywiście poza obrysem murów obronnych. Zmęczeni upałem i pustynią pożegnaliśmy się z zoroastryjskimi fortami i pojechaliśmy w kierunku głównej autostrady prowadzącej do Buchary. Przed nami jeszcze ponad 400 km drogi.
Następnym celem po Pahlavon Mahmud Mauzoleum była Islom-Hodża Medresa oraz Minaret. Jeden z najmłodszych zabytków Chiwy, z początku XX w. Medresa, jak medresa, w sumie nic ciekawego poza architekturą nie odbiegającą od młodszych o nawet 800 lat budowli. Ciekawostką była możliwość przebrania się w historyczne szaty, z której to możliwości skwapliwie korzystają miejscowi pozując do balkonowych zdjęć z wielkim mieczem u pasa.  Obok medresy wybudowany jest najwyższy w Chiwie minaret. Jego wnętrze upodobały sobie zakochane pary, które dają upust swoim żądzom, rozbudzonym przez młode hormonalne burze. W efekcie liczni turyści przeciskają się na wąskich schodach nie tylko między sobą nawzajem. Trzeba również dokonywać nie lada akrobacji, by wyminąć splecione w ciemnościach liczne młode ciała. Dobrze, że mieliśmy ze sobą latarki, jednak i tak nie udało się przestudiować twarzy młodych zakochanych Uzbeków. Chłopcy kryli swoje twarze biustach swych wybranek, a wybranki w czarnych czuprynach swych wybranków. Ze szczytu minaretu można za to delektować się pełną panoramą okolic miasta. Niewielka przestrzeń zabudowy, otoczona zielonymi polami bawełny, kończy się całkiem niedaleko żółtym piaskiem pustyni. Po opuszczeniu minaretu rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy osobno szwędać się po mieście. Zahaczyliśmy o meczet piątkowy (Juma Mosque), którego sufit wsparty jest na dwustu kilkunastu drewnianych kolumnach. Kilka z nich to oryginalne egzemplarze z X wieku uratowane z wojennej zawieruchy. Jednak poza mroczną i chłodną atmosferą pośród lasu pięknie rzeźbionych filarów nie ma tu nic więcej. Absurdalnie w tym miejscu wyglądającego, jednego straganu z pamiątkami, nawet nie chcę wspominać. Szybko wróciliśmy na zalane upalnym słońcem suche uliczki, by dotrzeć do pałacu Tosh-Hovli, zwanego również Kamiennym.  Pałac ten powstał w XIX wieku jako bardziej reprezentacyjna alternatywa dla cytadeli Khuna Ark. Allach Kuli Khan nie był cierpliwym władcą. Kazał stracić pierwszego architekta, któremu nie udało się dotrzymać absurdalnego dwuletniego terminu ukończenia prac. Wybudowany ostatecznie w dziewięć lat kompleks ma dziewięć dziedzińców i sto pięćdziesiąt pokoi. Chan nie zrezygnował jednak z tradycji i najznamienitszych gości przyjmował w jurcie ustawionej na specjalnie do tego celu przygotowanym postumencie, na jednym z dziedzińców. Po południu spotkaliśmy się znowu w knajpce, by co nieco przekąsić. Marcin Aldoną kupili wielkie czapy uzbeckie, spod których prawie nie było nas widać. Czekając na jedzenie zalegliśmy na poduchach jak na arabskich rysunkach i chłonęliśmy atmosferę orientu. W jadłospisie były w zasadzie tylko cztery dania: a) ryżowy płow z baraniną, b) szaszłyk barani, c) lagmon, czyli coś pośredniego miedzy zupą a spaghetti z baraniną i warzywami oraz d) sziorba czyli rosół z baraniny. Płow był na chiwski sposób mało warzywny i mało mięsny. W zasadzie to tłusty ryż z odrobiną marchewki i wspomnieniem po mięsie. Za to piwo było wyśmienite. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, wieczorem czekał nas jeszcze pokaz tradycyjnych uzbeckich tańców.  Na pokaz musieliśmy wejść do środka Alloquli Khan Medresa. Zasiedliśmy niedaleko francuskiej grupy, dostaliśmy piwo i zieloną herbatę – wedle gustu. Po chwili rozpoczął się pokaz. Dwu facetów, trzy kobiety, nastolatek i dziecko. Każdy grający na jakimś instrumencie. W zasadzie jakikolwiek taniec uskuteczniała tylko najmłodsza dwójka, reszta ograniczyła aktywność do odśpiewania kilku piosenek. Kolorowe ubrania wirowały w powietrzu, złote zęby błyszczały promieniach zachodzącego słońca. Mieliśmy mieszane uczucia. Mi podobała się muzyka. Dla Gośki kicz pokazu przekroczył granice akceptacji. Na pewno było dosyć śmiesznie. Jak się później okazało, tańce mogliśmy obejrzeć jeszcze tylko w Samarkandzie. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że w Samarkandzie większość stanowią Tadżycy, jest duża szansa, że była to jedyna okazja zobaczenia uzbeckich tańców. Po zielonej herbacie apetyt wrócił spory i trzeba było odwiedzić jeszcze jedną chiwską knajpę, by skonsumować kolejną porcję lagmona. Najwidoczniej po kilku pustynnych dniach nasze żołądki domagały się odnowienia zapasów energetycznych. Tym bardziej, że następnego dnia czekały na nas zoroastryjskie forty i długa droga do Buchary.
Położona w centrum współczesnego uzbeckiego wilojatu Chorezm, Chiwa przez około 400 lat była stolicą chanatu chiwskiego. Według archeologów założona w okolicach przełomu er, według legendy założona przez Szema, syna Noego. Jedno jest pewne, było to ważne miasto na Jedwabnym Szlaku, gdzie można było odsapnąć po pustynnym piekle podróży. Dzisiaj jest perłą Centralnej Azji, odrestaurowaną przez Rosjan w latach siedemdziesiątych XX w. Zamknięta z każdej strony piaskowymi murami, prostokątna przestrzeń miasta, tworzy bajkową atmosferę, żywcem przeniesiona z baśni tysiąca i jednej nocy. A z atmosferą miejsca jest zazwyczaj tak, że zaczyna się ją właściwie odczuwać po kilku dniach dopiero. W przypadku podróży o dość napiętym planie, można powiedzieć jedynie o czymś w rodzaju przeczucia atmosfery, która mogłaby nas pochłonąć, gdybyśmy zostali tutaj dłużej. Opisanie tej atmosfery jest pewnym progiem, przeszkodą, która może okazać się niepokonaną. Jednak spróbujmy...  Po wieczornym spacerze po usypanych z piasku miejskich murach, po przygodach z aparatem, po lichym śniadaniu mającym chyba tylko zaostrzyć apetyt, poczłapaliśmy niespiesznie w kierunku głównej cytadeli, obok której wznosi się symbol Chiwy, czyli niedokończony minaret Kalta Minor. Można do niego wejść od środka położonej tuż przy nim medresy Amin Khan, obecnie zamienionej na hotel. Niestety, w środku trwał remont, więc musieliśmy zadowolić się obejrzeniem klinkierowych mozajek tylko z zewnątrz. Minaret kazał wybudować w 1852 roku Mohammed Amin Khan. Miał on mieć ponad 70 m wysokości i miał to być najwyższy minaret na całym świecie. Niestety w 1855 roku budowę przerwano i tu źródła nie są zgodne. Jedna wersja mówi o tym, że architekt zgodził się potajemnie wybudować jeszcze wyższy minaret w Bucharze. Rozgniewany chan kazał zrzucić architekta z wieży i minaret stanął na marnym 26 metrze. Druga wersja mówi o tym, że po prostu chan zabrał się z tego świata i wszystkie jego ziemskie zachcianki zostały anulowane. Jak by nie było, niebieska szeroka baszta wygląda bardzo malowniczo na tle zachodniej chiwskiej bramy. Następnie poszliśmy obejrzeć Kuhna Ark, czyli główną fortecę, ale poza fantastycznym widokiem na miasto niewiele tam było ciekawego. Podobnie jak w kolejnej zamienionej na hotel Mohammed Rakhim Khan Medresie, gdzie poza piękną mozaiką na wejściowym portalu, największą atrakcją byli młodzi akrobaci myślący o karierze w dalekiej Europie. Włócząc się po nasłonecznionych zaułkach podglądaliśmy kobiety tkające dywany, dzieci rzeźbiące podstawki pod Koran, targowaliśmy się z przekupkami sprzedającymi pamiątki, nie mając zamiaru nic kupować. Jednym słowem sielankowa zabawa w turystę. Dotarliśmy w ten sposób do Pahlavon Mahmud Mauzoleum, czyli grobu faceta, który oprócz tego, że był poetą i filozofem, był także legendarnym zapaśnikiem nazywanym przez potomnych Herkulesem Wschodu. Legenda sobie przez lata rosła i doszła do takich rozmiarów, że gość awansował na patrona Chiwy, a jego skromny początkowo grób rozrósł się na początku XX wieku do dzisiejszych rozmiarów całkiem pokaźnej budowli w stylu perskim.  Ze studni na dziedzińcu, przechodnie wyciągali wiadrami zimna świętą wodę. Wokół, na rozłożonych pod dachem dywanach, odpoczywali przechodnie. My trafiliśmy, już któryś raz z rzędu na tą samą grupę, sprawiającej wrażenie starej wielopokoleniowej uzbeckiej rodziny, z licznymi kuzynami i żonami, której przewodniczył miejscowy Don Corleone. W ciemnych okularach i z różańcem w dłoniach zwracał na siebie uwagę i koncentrował wokół siebie liczna rzeszę rodziny. Przed mauzoleum grupa grzecznie podzieliła się, osobno usiadły kobiety, osobno mężczyźni, a przewodnik pośrodku między obiema grupami opowiadał o randze tego miejsca. Wewnątrz budynku całe rodziny modliły się, rytmicznie kiwając głowami w takt melodyjnych psalmów, imam błogosławił jedzenie, a niewierni podziwiali misterne kolorowe mozaiki na ścianach i suficie, delektując się chłodem dającym wytchnienie od pustynnego upału na zewnątrz. Zupełnie niezamierzenie sprofanowałem święte miejsce wypinając się na imama przy ustawianiu aparatu na miniaturowym statywie. Duchowny ograniczył się do zabicia mnie wzrokiem, wywołując salwę zakłopotanego śmiechu na twarzach moich towarzyszy podróży. Przeprosiłem w duchu Allacha i minutą ciszy uczciłem pamięć świętego męża, w którego mauzoleum się znajdowaliśmy. Chiwa na stronie Uzbek WorldInna strona o Chiwie
Jeszcze raz przeszukaliśmy nasze plecaki. Wypakowaliśmy wszystko i spakowaliśmy ponownie. Nerwowe próby odtworzenia w pamięci minuta po minucie czasu po wyjściu z taksówki. Nikt do nas w tym czasie nie podchodził. Samochód przeszukałem trzy razy. Aparatu nie ma. Gdzie został – nie wiadomo. Dobra, trzeba pójść do hotelu, ochłonąć, pomyśleć. Nic teraz nie poradzimy. Miejscowy telefon pre-paidowy tutaj nie ma zasięgu. Może uda się zadzwonić z hotelu. Jeszcze raz wypakowanie plecaków – aparatu nie ma. Zresztą Marcin pamięta, że miał go osobno, żeby robić zdjęcia po drodze. Nic to, zaraz zapadnie zmierzch, chodźmy na mury, pomyślimy wieczorem.  Z murów przepiękny widok bajkowego miasta oświetlonego zachodzącym słońcem. Wszystko utrzymane w kolorach jasnobrunatnego piasku wzmocnionego drewnianymi żerdziami. Bliżej centrum miasta nad dachy domów wznoszą się turkusowo zdobione wyniosłe gmachy medres, meczetów i minaretów. Na zewnątrz murów straszy sowiecka architektura poprzetykana zaniedbanymi i rozsypującymi się budynkami o dłuższej niż ostatnie sto lat historii. Nie jesteśmy jednak w stanie odbierać tych wszystkich wrażeń, bo każdy myślami szuka aparatu. Marcin co prawda z uśmiechem ciągle powtarza: - Spoko, to tylko aparat, tylko przedmiot, nie ma tragedii – ale widać, że robi to samo co każdy z nas: próbuje odszukać miejsce, gdzie mógł go zostawić. Zapadł zmierzch, w hotelu czekała na nas kolacja. Zjedliśmy tradycyjny płow, który rozczarował małą ilością warzyw i mięsa. Jego głównym składnikiem był tłusty ryż. Otworzyliśmy piwo i poprosiliśmy gospodynię o telefon. Wiedzieliśmy, że nasz kierowca mieszka w Urgenczu. Wiedzieliśmy, że naszego kierowcę zna kierowca polecony przez Tazabaya. Pierwszy telefon był więc do Tazabaya. Marcin wyjaśnił mu całą sytuacje i poprosił o dwie rzeczy. Po pierwsze, niech Szymbergen sprawdzi samochód, czy może tam nie został ten aparat. Po drugie, czy mógłby zdobyć telefon do naszego taksówkarza? Aparat mógł zostać zarówno w samochodzie jak i w knajpie, w której jedliśmy obiad. Nie byliśmy w stanie go zlokalizować w naszej pamięci i, szczerze mówiąc, nie liczyliśmy na to, że któryś z kierowców okaże się na tyle uczciwy, by przyznać się do znalezionego aparatu. Jednak zawsze warto spróbować, chociażby po to, by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co w było można. Po piętnastu minutach zadzwonił Tazabay i powiedział, że nie udało mu się odszukać kontaktu do naszego kierowcy oraz że w samochodzie Szymbergena nic nie zostało. No trudno. Zatem aparat trzeba najwyraźniej spisać na straty. Jak uspokajał nas Marcin – to tylko przedmiot. Fajnie. Nowy aparat, nowy obiektyw. Sprowadzony ze Stanów specjalnie na ten wyjazd. Początek wyjazdu i trach, ani aparatu, ani zdjęć, koniec. Zamówiliśmy kolejne piwo, gdy gospodyni odebrała telefon i po długiej i bardzo głośnej wymianie zdań zapytała Marcina czy mówi po rosyjsku. Marcin mówi, więc dostał słuchawkę. Po drugiej stronie wzburzony głos tłumaczył mu, że w jego samochodzie nic nie zostało, że przecież sprawdzał trzy razy, czy coś nie zostało! I jak może go oskarżać, że ukradł mu aparat, jak on by nigdy w życiu nie wziął nic cudzego! I niech mu ręka uschnie, jeśli jest inaczej i jest bardzo obrażony, że mogliśmy go posądzić o coś takiego... - Ale spokojnie, ja nic takiego nie twierdzę – udało się w końcu Marcinowi przebić przez słowotok taksówkarza – mi tylko chodzi o to, by Pan sprawdził jeszcze raz samochód, czy może ten aparat nie wpadł gdzieś pod siedzenie lub nie ukrył się w jakimś innym miejscu? - Ale przecież sprawdzałeś trzy razy samochód i nic tam nie zostało! Zgubiłeś aparat gdzieś indziej! Na pewno nie w moim samochodzie! – dalej krzyczał taksówkarz. - A czy mógłby Pan jednak sprawdzić, ja nie twierdzę, że zostawiłem go w samochodzie, mogłem zostawić ten aparat także w restauracji lub gdzie indziej, ale mi chodzi tylko o to by sprawdził Pan jednak jeszcze raz swój samochód. - Ty mnie obrażasz! Ja dwadzieścia lat wożę ludzi i stąd i turystów i nigdy nikomu nic w moim samochodzie nie zginęło! Jak możesz mi coś takiego zarzucać!... - Ale ja o nic Pana nie oskarżam! Ja tylko proszę żeby Pan sprawdził samochód... Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność, obie strony powtarzały swoje kwestie, w końcu jakoś udało się to zakończyć, ale konkluzji żadnej nie było. Marcin stwierdził tylko, że facet sprawia wrażenie podchmielonego i raczej nic się z nim nie wynegocjuje. Zatem dalej jesteśmy w tym samym punkcie wyjścia, pomimo, że najwyraźniej Tazabayowi udało się zdobyć numer do gościa i z nim rozmawiać. Minęło kolejne piętnaście minut, gdy znowu zadzwonił telefon. - Jest! Jest aparat – rozległ się uradowany głos naszego taksówkarza. – leżał pod tylną szybą! Ale jak on się tam schował, przecież sprawdzałeś samochód trzy razy! - No to się bardzo cieszę! Tylko jak teraz mógłbym go odebrać? – zapytał Marcin. - A przyjechać po niego nie możesz? - No nie bardzo, bo jest już po 22 i na postoju nie ma tu taksówek, chyba że jutro, ale ja i tak nie wiem gdzie mam przyjechać, bo ja nie znam Urgenczu. - Rozumiem. Ale ja mam problem, bo u mnie są goście i my już wypiliśmy trochę i ja nie mogę przyjechać. Ale mogę wziąć taksówkę i wtedy aparat przyjedzie do ciebie. Ja za ten aparat nic nie chcę, ale taksówkarzowi trzeba będzie zapłacić za kurs w tę i spowrotem. Ile możesz zapłacić? - Ile będzie trzeba tyle zapłacę, byle mieć ten aparat. - Dobra, to ja poszukam taksówki i do ciebie zadzwonię. Po dwudziestu minutach kolejny raz zadzwonił telefon. - Taksówkarz chce 15 tys. somów, bo to jest późna pora. Możesz tyle zapłacić? - Dobra, zgoda, niech przyjeżdża. Jak się umawiamy? - Bądź za pół godziny przy tej bramie gdzie was wysadziłem. Marcin się rozłączył i dalej nie mógł uwierzyć, że jednak aparat się odnalazł i niedługo go odzyska. Gotowy był zapłacić każde pieniądze (no, może prawie każde) za taksówkę, mógłby zapłacić nawet jakieś znaleźne temu taksówkarzowi. 15 tys. somów czyli jakieś 25 zł za odzyskanie aparatu wartego o wiele więcej było dla nas jakimś nieprawdopodobnym fartem i darem od losu. Taksiarz, który przywiózł nas do Chiwy, pałał na samym początku takim oburzeniem, a później tak się zarzekał, że absolutnie nic nie chce za ten aparat i że cieszy się, że się znalazł, że Marcin nawet nie zaproponował mu jakiejś doli za znaleźne. Wszyscy mieliśmy poczucie, że mógłby to być kolejny powód do obrazy. Po umówionym czasie przyszliśmy pod bramę miasta, pod którą podjechała taksówka. Wysypał się z niej nasz kierowca, uściskał nas obu na misiaka, upewnił się, że to na pewno nasz aparat, jeszcze raz opowiedział historie swojej kariery, że nigdy mu się coś podobnego nie trafiło, że przecież oglądałem samochód trzy razy i że nie wie jak do tego doszło. W końcu udało się z nim pożegnać i wróciliśmy do hotelu, ciągle nie wierząc w szczęśliwy koniec tej historii.
Z Nukusu do Chiwy jest około 250 kilometrów. Po karakałpackich bezdrożach jazda dziurawą autostradą z podróżną prędkością 140 km/h była ciekawą odmianą. Samochodów nie mijaliśmy dużo, choć to droga najbardziej główna i w zasadzie jedyna przelotowa. Krajobraz dalej pustynny, ale już nie tak równinny. Pagórki, z których czasem wyrastały bardziej ostre różnokolorowe skały. Czasem minęliśmy jakąś osadę wokół fabryki, bardzo rzadko dostrzec można było niewielkie stado wielbłądów, albo kóz czy owiec. Przez większość czasu przeważał jednak żółty kolor piasku urozmaicony kępkami suchych traw i krzaków.  Przez Amu-Darię przejechaliśmy po pontonowym moście. Przejazd przez most był płatny. Płacił kierowca. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do Urgenczu, jak się okazało rodzinnego miasta naszego taksówkarza oraz miasta skąd według pierwotnych planów mieliśmy wyruszać nad Aral. Kolejny raz okazało się, że coś, co postrzegaliśmy jako wielki pech, okazało się w rezultacie sporym fartem i oszczędnością przynajmniej trzech godzin w samochodzie. Dobry los czuwał. Sam Urgencz zaskoczył mnie zielenią, czystością na ulicach i świeżością odnowionych budynków. Nie miał nic wspólnego z zapyziałym i szarym Nukusem. Nawet powietrze pachniało inaczej. Nie zatrzymując się, po 25 kilometrach dotarliśmy do Chiwy. Po drodze minęliśmy pola przygotowane do wzrostu bawełny. Przy szosie liczne drzewa i nawet niewielkie zagajniki, w samym mieście całkiem zielono. Dość zaskakujące po tych kilku pustynnych dniach.  W końcu dotarliśmy do samej Chiwskiej starówki, gdzie zamierzaliśmy poszukać jakiegoś małego hotelu. Taksówkarz wysadził nas przy jednej z czterech bram miasta otoczonego ze wszystkich stron jasnobrunatnym wysokim murem. Mur z półokrągłymi flankami wyglądał jak zamki na piasku budowane na plaży. Wypakowaliśmy z samochodu plecaki, trzy razy sprawdziłem, czy nic nie zostało w środku, rozliczyliśmy się i kierowca odjechał. Hotelu nie szukaliśmy długo, pierwszy z brzegu XXX okazał się na tyle sympatyczny i na tyle tani (8$ za noc od osoby), że od razu w nim zostaliśmy. Hotel, to może za dużo powiedziane. Był to po prostu dom prowadzony przez rodzinę. W środku trzy gościnne pokoje. Rano śniadanie w cenie, a wieczorem dla chętnych tradycyjny obiad za dopłatą. No dobrze, zbliżał się zmierzch i chcieliśmy z wysokości miejskich murów, zobaczyć miasto wyglądające jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Pojawił się jednak pewien problem, który dość gwałtownie zburzył nasz zachwyt: Marcin nie miał swojego, kupionego tuż przed wyjazdem, fotograficznego aparatu...
Droga z Moynaqu do Kungradu mogłaby być prawie linia prostą. Mogłaby być, gdyby nie grób miejscowego szejka. Wytyczono na mapie linię i dopiero w trakcie budowy okazało się, że trasa zakłócałaby spokój świętego męża. Nie dyskutowano wiele, choć było to za głębokiego sojuza. Miejscowi wiedzieli swoje, oficjalnym argumentem zostały trudności geologiczne i drogę wygięto w łuk, by ominąć o kilkaset metrów święte miejsce. Nie wszyscy jednak akceptują ten fakt. Tradycja nakazuje, że jeśli zatrzymasz się w pobliżu, powinieneś oddać hołd przy grobie i zostawić trochę drobnych jako ofiarę. Jak wieść gminna niesie, jakiś czas temu podróżował tu Karakałpak z Rosjaninem. Było już ciemno, gdy zatrzymali się w pobliskim lesie za potrzebą. Miejscowy zgodnie ze zwyczajem zostawił parę drobnych między gałęziami drzew i poradził Rosjaninowi, by zrobił to samo. Ten obruszył się, że nie wierzy w zabobony i nie będzie wyrzucał pieniędzy w błoto. Machnął ręką i poszedł w krzaki. Nie było go dłużej niż mogłaby na to wskazywać sytuacja i kierowca zaczął się już niepokoić. Nagle spomiędzy drzew doszedł wściekły krzyk. Kierowca wyciągnął z samochodu latarkę i pobiegł do lasu. Szybko znalazł Rosjanina, który wściekły trzymał się za głowę, cały ubrudzony krwią i ziemią. Twierdził, że wpadł po ciemku na drzewo, ale Karakałpak wiedział swoje. To szejk rozgniewany rosyjską pychą pokazał jak powinno traktować się zarozumiałych chłopców. - Zobacz, tam po prawej stronie, taki nieduży budynek z cegły – powiedział Szymbergen do Marcina. – Nie wolno pokazywać grobu palcem. Powiedz Igorowi, że tam jest ten grób, tylko pamiętaj żeby nie pokazywać palcem. Marcin odwrócił się do nas i przetłumaczył słowa Szymbergena. Wyrwana ze snu Aldona nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Gdy się dowiedziała, stwierdziła, że nie widzi żadnego budynku. - Marcin, gdzie?! - No tam, między drzewami – Marcinowi wskazujący palec sam się wyciągnął w odpowiednim kierunku. - Nie pokazuj palcem! – prawie krzyknął Szymbergen. - O! Przepraszam – zawołał Marcin. - Tu nie ma co przepraszać! Na przeprosiny już za późno. Teraz trzeba palec uciąć! – odpowiedział ze śmiechem Szymbergen.  Umówiliśmy się, że za Kungradem pojedziemy do jakiejś miejscowej knajpy gdzie dają naprawdę dobry, oryginalny miejscowy płow w rozsądnej cenie. Niestety okazało się, że przyjechaliśmy za wcześnie i w tych knajpach, do których chciał nas zawieźć Szym, wszystkie dania obiadowe jeszcze nie były gotowe. Piwo, wódka, herbata – owszem. Ale jedzenie to za jakąś godzinę. Trudno. Pojechaliśmy do Nukusu, po drodze odwiedzając jeszcze muzułmański cmentarz. Teoretycznie niewierni nie powinni zakłócać spokoju zmarłych. Po naszych kilku prośbach Szymbergen zgodził się w końcu, ale krótko, po cichu i po sprawdzeniu, że na cmentarzu nikogo nie ma. Groby ustawione są niezwykle blisko siebie, trudno dostrzec jakiekolwiek ścieżki, nigdy nie masz pewności, czy nie chodzisz po jakimś grobie. Wymurowane z brunatnej cegły, z reguły na planie kwadratu mają przyklejone marmurowe tablice, na których oprócz nazwiska i dat często widnieje wizerunek zmarłego. Dość osobliwe biorąc pod uwagę religię cmentarza. W Nukusie spotkaliśmy się znowu z Tazabayem. Przy rozliczeniu zaczął się kolejny i nieostatni kołowrót ze starymi dolarami. Wychodziło na to, że nie mamy tyle „dobrych” dolarów. Liczenie na to, że w obrocie nieoficjalnym data wydrukowana na banknocie nie będzie miała znaczenia okazało się zbyt daleko idącym optymizmem. optymizmem tej sytuacji musieliśmy pojechać do banku. Tazabay twierdził co prawda, że w żadnym banku w Nukusie nam ich nie przyjmą, ale uparliśmy się. I to skutecznie. Po wezwaniu kierownika zmiany przyjęcie wszystkich spornych banknotów okazało się możliwe. Tazabay dostał swoja dolę kilku kupek somów i mogliśmy przejść do tematu dojazdu do Chiwy. Cena kierowcy, którego załatwił Tazabay nawet dla początkujących turystów po Uzbekistanie była sufitowa. Podziękowaliśmy zatem i postanowiliśmy szukać szczęścia na postoju taksówek przy bazarze. Marcin z Gośką długo się targowali, ale gdy z kierowcą z najlepszą ceną przywitał się facet od Tazabaya, nie było sensu tego przeciągać. Stanęło na 58 tys. somów. Czyli niecałe 100 zł za prawie 300 km odcinek - i tak nie najgorzej. Zapakowaliśmy plecaki do bagażnika i pojechaliśmy do wybranej przez taksówkarza restauracji. Miało być smacznie i niedrogo. I tak było.
Poranek był zaskakująco chłodny. Na szczęście nie zmarzliśmy, ale wyjście ze śpiwora było bolesne. Musieliśmy wstać wczesnym świtem, bo chcieliśmy jeszcze dzisiaj dojechać do Chiwy. Szybko wrzuciliśmy rzeczy do plecaków, plecaki do samochodu, chleby do żołądków i ruszyliśmy w kierunku Moynaqu. Wschód słońca niestety był zasłonięty przez chmury, wiec ten punkt programu trzeba było wykreślić. W ramach rekompensaty spotkaliśmy po drodze samotnego orła, który upolował coś jakieś sto metrów od drogi.  Po zjechaniu na dno kierowca zatrzymał samochód, żeby wymienić jakąś zużytą część przy silniku. Było zatem kilka minut na rozprostowanie kości i kontemplację księżycowego krajobrazu. Łyse wzniesienia klifu, rachityczne powysychane krzaczki, na których osadziła się warstwa soli, spękana ziemia pokryta małymi muszelkami, które znaliśmy z aralskiego wybrzeża, porozrywana i zardzewiała karoseria starego autobusu – wszystko razem tworzyło niezwykłą aurę antytezy tajemniczego ogrodu, który był przecież kwintesencją życia, w przeciwieństwie do tego miejsca, które było kwintesencją końca. Wszyscy robiliśmy zapamiętale zdjęcia spękanej ziemi, by pamiętać czemu należy szanować wodę. W miarę oddalania się od klifu pejzaż stawał się coraz mniej przyjazny. Myślałem że to nie możliwe, ale każdy kolejny kilometr zmieniał moje wyobrażenie o znaczeniu pojęcia „pustkowie”. Droga nie była tak wyboista jak poprzedniego dnia. Koleiny były płytkie i nie rozjeżdżone oraz prawie bez zakrętów. Mogliśmy jechać znacznie szybciej. W pewnym momencie całkowicie skończyła się jakakolwiek roślinność. Szary suchy popękany muł upstrzony był koralikami muszel. Miałem wrażenie, że zaraz przyjdzie fala i nas pochłonie jak egipską armię która goniła Mojżesza przez Morze Czerwone. Nikt z nas nic nie mówił, każdy zafascynowany patrzył przez okno, z zaciśniętymi wargami wypatrując na horyzoncie końca pustki. Szymbergen opowiadał poprzedniego wieczoru, że po drodze do Moynaqu jest fragment lasu, gdzie czasem poluje na króliki albo kuropatwy. Zdarzają się też inne zwierzęta, na przykład lisy. Dojechaliśmy w końcu do tego „lasu”. Gdyby kierowca nie powiedział mi że to jest to miejsce z jego opowiadania, nigdy bym się nie domyślił, że można to coś nazwać lasem. Zarośla, faktycznie były gęściejsze i bardziej zielone niż gdzie indziej. Ale żadna roślina nie była wyższa od samochodu. Droga doszła do miejsca, które po deszczu jest ponoć bardzo trudne do pokonania. Szymbergen opowiadał, jak kiedyś przez dwie godziny walczyli, by przejechać mały wąski rów. Gdy jest sucho można go nawet nie zauważyć, ale gdy zaczyna padać - płynie nim woda, a brzegi robią się cholernie śliskie. Na szczęście dla nas tym razem pogoda była normalna.  Wjechaliśmy w końcu na coś w rodzaju utwardzonej drogi na specjalnym nasypie. Nie było asfaltu, ale też nie była to już zwykła polna droga. Co więcej, drogi co kilkadziesiąt kilometrów krzyżowały się ze sobą. Zagadka ich przeznaczenia szybko się wyjaśniła wraz z pojawieniem się na horyzoncie szybów Gazpromu. Szymbergen ostrzegł, żeby nie pokazywać aparatów fotograficznych, bo pracownicy tych szybów bardzo nie lubią zdjęć. Wyschnięcie Aralu na pewno ułatwiło eksploatację tutejszych złóż gazu. Czy następstwo przyczyny i skutku nie zachodzi również w drugą stronę (np. doprowadzono do wyschnięcia jeziora by odsłonić dno i ułatwić eksploatację) – to oczywiście pewnie zbyt daleko idące teorie, ale znając historię planów zawracania syberyjskich rzek, samo zastanawianie się nad tym na pewno nieuprawnione nie jest ;-) Po przejechaniu 250 km po niegdysiejszym dnie Morza Aralskiego wjechaliśmy znowu na asfalt. To była miejscowość Uchsay. Kilkanaście kilometrów dalej rozpoczął się Moynaq. Kierowca pokazywał raz na prawo, raz na lewo: o tu była największa fabryka konserw, a tu była fabryka czegoś tam, a tam była inna fabryka. Dziś te miejsca straszą wybitymi szybami albo odartymi ze ścian żelbetowymi szkieletami. Jeden z nielicznych zadbanych domków to szare parterowe biuro Gazpromu. Jest to jedyny obecnie pracodawca w okolicy. Z miasta liczącego kilkadziesiąt tysięcy ludzi zostało do dzisiaj kilkaset osób. Zajechaliśmy na parking przy starym porcie. Na parkingu ustawiono tablice informujące o rozmiarach zmian w granicach Morza Aralskiego oraz o historii tych terenów. Zdjęcia satelitarne z 2004 oraz 2007 roku uświadamiają tempo wysychania, które ciągle rośnie. Całkiem możliwe, że już za kilka-kilkanaście lat Morze Aralskie będzie jedynie wspomnieniem. W Kazachstanie, przy pomocy Banku Światowego, wybudowano tamę Kok-Aral na wąskim przesmyku łączącym północną i południową część jeziora. Dzięki temu wody Syr-Darii są w stanie zasilić mniejszy akwen Jeziora Północnoaralskiego. Jest szansa, że ten fragment dawnego Morza przetrwa. Dla części Uzbeckiej raczej już nie ma nadziei. Kilka lat temu przywódcy państw regionu spotkali się by radzić, co zrobić dla ratowania Aralu. Jedynym wyjściem byłaby rezygnacja z wielkich obszarów upraw bawełny, zamknięcie kanałów i przewrócenie głównego nurtu wody w koryto Amu-Darii. Jednak Uzbekistan stwierdził, że nie może pozwolić sobie na taki krok, że jego po prostu na to nie stać i w związku z tym nic nie zostało zrobione, ani nawet postanowione.  Na białym słonym piasku straszą stare rdzewiejące rybackie kutry. Będące symbolem katastrofy aralskiej widnieją na fotografiach przy wszelkich informacjach o tym regionie. Szczerze mówiąc, te mojnackie statki mocno mnie rozczarowały. Wyobrażałem sobie okręty na pustyni, w pozostałościach portu zasypanego piaskiem, albo wręcz gdzieś na horyzoncie, pośrodku pustyni. Statki w Moynaqu to były zwykłe małe kutry rybackie, przerdzewiałe do szpiku, z poszyciem rozebranym na złom. Nie zostało ich dużo. Dosłownie kilka sztuk. Tylko na jednym można dostrzec resztki farby. Po zabudowaniach portowych też nie zostało najmniejszego śladu. W sumie nad polskim morzem też można obejrzeć kutry rybackie, w trochę lepszym stanie, ale wyciągnięte na piaszczysty brzeg. Ostatni rzut oka na horyzont i pojechaliśmy w kierunku Nukusu żegnając ostatecznie przygodę z Aralskim Morzem.
Karakałpakstan jest największym wilojatem (czymś rodzaju województwa) Uzbekistanu, który dodatkowo posiada status autonomicznej republiki. Według innych źródeł to nie jest żaden wilojat tylko po prostu autonomiczna republika. Zajmuje obszar ponad 1/3 powierzchni Uzbekistanu, na którym mieszka ok. 1300 tys. osób czyli niecałe 5% ludności Uzbekistanu. Niegdyś teren ten był częścią Kazachstanu, później został włączony do Imperium Rosyjskiego, a od 1930 roku jest częścią Uzbekistanu. To tutaj Amu-Daria wpada do Morza Aralskiego, to tutaj był jeden z dwu największych aralskich portów – Moynak. Jeszcze w połowie XX wieku rosły tu ponoć lasy, w których grasowały tygrysy, a na polach uprawiano bawełnę. Według amerykańskiego przewodnika w czasie głodu w 1921 roku, na apel Lenina rybacy z Moynaku wyłowili w krótkim czasie rekordową ilość 21 tys. ton ryb ratując od śmierci głodowej mieszkańców regionu nadwołżańskiego. Znając historię, źródłem tej informacji mogła być jakaś propagandowa ulotka albo komunistyczna czytanka. Nawet jeśli rzeczywiście tak było, to kilkanaście lat później historia nie miała szansy się powtórzyć w związku z głodem na Ukrainie. Dziś pejzaż Karakałpacji stanowi głównie słona pustynia. Uzbecy stanowią jedynie 33% mieszkańców Karakałpaku, a sami Karakałpacy twierdzą, że zdecydowanie bliżej im do Kazachstanu niż do Uzbekistanu. Ich języki są bardzo zbliżone, natomiast uzbecki postrzegają jako zupełnie inną rodzinę. Gdyby mieli wybierać, to nie ma wątpliwości, że wybraliby Kazachstan. Ale los rzucił ich w objęcia Taszkientu i trudno, starają się żyć jak mogą. Tutaj zawsze rządziło jakieś inne imperium. Od Czyngis Chana, przez Tamerlana, po Imperium Rosyjskie. Nawet Uzbekistan jako taki został niepodległym krajem dopiero w 1991 roku. W całym Uzbekistanie mieszkańcy twierdzą, że za Sojuza było lepiej niż teraz, była praca, nie było aż takiej korupcji, natomiast teraz zupełnie jawnie kabzę nabija tylko klasa rządząca. W Karakałpacji ta opinia jest jeszcze bardziej nasilona. Taszkient traktuje ten region jak zbędnego bękarta. Wstrzymane są jakiekolwiek inwestycje i dotacje, w państwowych firmach niewypłacane są pensje po kilka miesięcy, a jak w końcu są wypłacane to tylko częściowo. Region wysycha coraz bardziej i coraz bardziej biednieje. Stolica nie zamierza z tym absolutnie nic robić. Jedynie Gazprom inwestuje w eksploatację bogatych złóż gazu. Reszta chyba już postawiła na tym regionie krzyżyk. Pomimo tego ludzie tutaj są, podobnie jak w większości krajów Azji Środkowej, niezwykle uprzejmi i uczynni. Zarówno wobec siebie nawzajem jak wobec obcych. Z jednej strony nienawidzą Karimowa i jego klikę, ale jednocześnie nie pałają żądzą odwetu lub zemsty. Są nastawieni pokojowo. Kilka miesięcy wcześniej jacyś „terroryści” wysadzili i spalili największy w Nukusie dom handlowy. Ani prasa, ani telewizja nie zająknęła się na ten temat. Cisza. Nic się nie stało. Ale wypalony szkielet stoi do dzisiaj. A Karakałpacy się dziwią, kto to mógł być? Prowokacja Taszkientu? Przecież oni tylko zniszczyli dobytek normalnych ludzi oraz ich miejsca pracy. Według miejscowych to żadni terroryści, tylko zwykli wandale. Bo jakiś dom handlowy w Nukusie stolica i tak ma w głębokim poważaniu. Zastanawia w takim razie dlaczego Karimow i jego ludzie są nieustająco wybierani w kolejnych wyborach? Odpowiedź jest prosta. Nie muszą w tym celu uciekać się do fałszerstw. Wystarczy dla zachowania pozorów demokracji wystawić kilku kandydatów, z których każdy będzie z „układu”, ale na różnych poziomach zaufania. Kandydat z najniższej półki będzie przedstawiany jako opozycja. A po wyborach głosy są liczone i okręgi, w których człowiek Karimowa dostał najmniej głosów lub gdzie poszło mało ludzi do urn, mają radykalnie obcinane i tak wątłe budżety. Tworzy się więc specyficzne współzawodnictwo, aby mieć jak największy odsetek głosów na właściwego człowieka. Kontrkandydat i tak jest tylko figurantem. Nie opłaca się głosować niewłaściwie albo w ogóle nie głosować. Tak wygląda Uzbecka demokracja na poziomie zwykłych ludzi. Jak sobie dołożymy aresztowania politycznych aktywistów, tortury i wysyłanie wojska na ulicę w razie najmniejszych demonstracji – nie powstaje zbyt różowy obraz. Obraz postkomunizmu w pełnej krasie z zachowaniem najlepszych radzieckich wzorów. Jest też oczywiście druga, jaśniejsza strona medalu. Na ulicach jest niezwykle bezpiecznie. Nawet po zmroku nie widać śladu agresji. Kiedyś zmorą turystów były powszechne haracze na niezwykle częstych na drogach punktach kontrolnych. Teraz policja najwyraźniej otrzymała prikaz, aby do turystów podchodzić bardzo pobłażliwie, opiekuńczo i pomocnie. Osławione łapówki przy bramkach odeszły w zapomnienie. Gdy policjant widzi, że kierowca wiezie zachodnich turystów, przepuszcza samochód bez żadnej kontroli. Karimow wziął się w końcu za solidny PR, który może przynieść odpowiedni skutek, bo w każdym z turystycznych miast liczba turystycznych wycieczek (wśród których prym wiodą Francuzi) jest powalająca. Kasa zostaje w kraju, a opinie wracają razem z podróżnikami. Nie niepokojony turysta będzie się zastanawiał, podobnie jak w Chinach Roku Olimpiady: dlaczego ci żądni sensacji dziennikarze piszą tylko o torturach, zamiast o pięknych zabytkach Samarkandy? Republika Uzbekistanu po 1991 roku - z portalu psz.plOficjalna strona Karakałpacji
Wódka, którą postawił na stole nasz kierowca, pomimo tego, że była ciepła, nie była ostra i miała lekki posmak gruszki i śliwowicy. Nie mogłem się nadziwić, że jedynym surowcem była pszenica. - To najlepsza nasza wódka – wyjaśnił Szymbergen. – Można ją dostać tylko w jednym miejscu w Nukusie. Poza Karakałpakstanem już jej nie dostaniesz. Ponieważ każdy z nas miał w swoim plecaku spory zapas „na prezenty” i „na wszelki wypadek”, popijaliśmy sobie w promieniach zachodzącego słońca i grantsa i żołądkową, na koniec dobijając naszego kierowcę żubrówką. Nie był chyba przygotowany na taki obrót sprawy, bo dotychczas woził Japończyków, Niemców albo Francuzów. Niemniej jednak do śpiewania karakałpackich piosenek nie dał się namówić.  Zanim jednak doszło do śpiewów przy ognisku wysłuchaliśmy opowieści, jak czyste i zdrowe powietrze jest w okolicy. Rzeczywiście, nie ma w promieniu kilkuset kilometrów żadnej fabryki, jeśli nie liczyć szybów gazowych Gazpromu. A plaga kamieni nerkowych, wynikająca z pyłu solnego w powietrzu, która występuje wśród mieszkańców nadaralskich wiosek to chyba tylko wroga propaganda. Podobnie jak informacje o gigantyźmie niemowląt, zapadalności na wszelkiego rodzaju odmiany raka czy zatrucie wód gruntowych solą i pestycydami. Zastanawiałem się czy jest to objaw zwykłej ignorancji, czy też to wszystko zdawało się nie istnieć w umyśle lokalnego patrioty? Wrażenie narastało wraz z kolejnymi opowieściami. Niedaleko od naszego obozowiska, na największej na morzu wyspie, umiejscowiony był za czasów sowieckich, tajny poligon broni biologicznej. Co tam robiono, do dzisiaj nie wiadomo, oficjalnie produkowano wąglika. Teren został opuszczony i pozostawiony samopas. Morze Aralskie wysycha, wyspa stała się już dawno półwyspem, tylko kwestią czasu może być zmaterializowanie horrorów, gdy jakiś lis albo inny zając przeniesie na zamieszkałe tereny nieznane dotąd wirusy. W 2002 roku zorganizowano podobno ekspedycję w celu neutralizacji wąglika i dziś Szymbergen tylko wzrusza ramionami. Jak do tej pory nic stamtąd nie przyszło, to pewnie już nie przyjdzie. A kiedyś teren był pilnie strzeżony. Tu gdzie siedzimy jeszcze 20 lat temu nie wolno było dojeżdżać. Na całym klifie istnieją tylko trzy zjazdy. I ten znajdował się już w strefie chronionej. Drugim zjedziemy jutro jadąc do Moynaku. Trzeci jest jeszcze 50 kilometrów na północ. Tutaj stacjonowali żołnierze i nikt nie miał prawa wstępu pomimo, że od poligonu teren był odgrodzony przestrzenią kilkudziesięciu kilometrów wody. Teraz niegdysiejsze eksperymenty nie są już takie tajne. O poligonie można poczytać w wikipedii. * Szymbergen uprzedził nas, że gdyby nie daj Boże w nocy zaczęło padać, to natychmiast mamy go obudzić. Ziemia jest tu bardzo gliniasta i gdy rozmięknie, to samochód nie podjedzie pod górę, bo będzie się ślizgał. Gdyby w nocy spadł deszcz to jest niebezpieczeństwo, że będziemy czekać kilka dni aż ziemia wyschnie. Ostrzeżenia o niebezpiecznych skutkach możliwych opadów zabrzmiały absurdalnie w okolicy, gdzie wszystko dookoła było wyschnięte na pieprz. Gdy zrobiło się ciemno, obłupaliśmy jedno z okolicznych rachitycznych drzewek z wyschniętych konarów. Szymbergen pilnował, żeby nie łamać „zielonego”, choć naprawdę trudno było odróżnić, który konar żyje a który jest już suchy. Ostatecznie jednak kryterium było dość proste: suche było kruche, żywe nie dawało się ułamać. Dorzuciliśmy do ogniska, kierowca bardzo ekologicznie podlał gałęzie benzyną i zrobiło się znowu jasno. Jak już wspominałem, kilka prób namówienia go na zaśpiewanie karakałpackich piosenek, połączone z prezentacją polskich i łemkowskich „pieśni masowego rażenia” przyniosło jedynie taki efekt, że facet puścił nam jego ulubione miejscowe kawałki ze swojej komórki. Jedynym wyjściem było pójść spać. Jednak nic z tego, bo gdy tylko weszliśmy do namiotów usłyszeliśmy rytmiczny odgłos kropel. Nastąpiła chwila paniki. Dziewczyny zarzekały się, że za żadne skarby nie wsiądą do samochodu z kierowcą w takim stanie. Ale też nie chcieliśmy nocować na dole, bo nie mamy ani czasu ani jedzenia na kilkudniowe grzebanie się w glinie. Zdawaliśmy sobie też sprawę, że piechotą na szczyt klifu będziemy szli co najmniej godzinę. Deszcz na razie padał malutki i Szymbergen był zdezorientowany. - Jak myślisz Igor? Rozpada się czy przejdzie? - Szym! Przecież to Ty tu mieszkasz! Ja nie wiem! - U nas taki deszcz może przejść w ulewę, ale może też zaraz minąć, coś tam można po chmurach, temperaturze i prognozach powiedzieć, ale tutaj? Nie mam pojęcia jakie bywają deszcze na pustyni w samym środku Azji!!! Zwijamy się! Ustaliliśmy w końcu, że spakujemy rzeczy, do skarpy dojedziemy w samochodzie wszyscy razem, najbardziej stromy podjazd na skarpę Szymbergen pokona sam, a my wejdziemy na piechotę. OK, udało się wrzucić wszystko w miarę sprawnie do samochodu, wsiedliśmy i powolutku ruszyliśmy. Tuż przed stromizną kierowca zerknął w lusterko na dziewczyny, spojrzał pytająco na siedzącego obok Marcina i, nie zatrzymując się, podjechał na samą górę. Dziewczyny nie zdążyły zaprotestować. Gdy rozbiliśmy namioty i ponownie zapakowaliśmy się w śpiwory, przestało kropić...
Jeszcze kilka aralskich linków: Na Zgapie.plWywiad z Wojciechem Tworkowskim z Ośrodka Studiów WschodnichArtykuł w Tygodniku Przegląd
 Po ponad dziewięciu godzinach jazdy po wypalonym i suchym półpustynnym stepie dotarliśmy do celu. Kierowca nagle skręcił w kierunku krawędzi klifu i wjechał na wąską drogę schodzącą stromo w kierunku brzegu Morza. Koleiny wiły się malowniczo pośród zielonych, brązowych, żółtych i czerwonych skał. Okolica wyglądała tak, jakby ktoś postanowił zrobić tu wystawę wszystkich możliwych rodzajów minerałów. Jeden pagórek wyglądał w miarę normalnie, porośnięty wysuszonymi brunatnymi krzaczkami. Ale już następny pokryty był czymś rodzaju wulkanicznej zwietrzeliny w kolorze butelkowej zieleni. Jeszcze dalej przestrzenie pokryte gruba warstwą soli. Za chwilę żółty piasek i w końcu dotarliśmy do plaży. Szymbergen zatrzymał samochód i powiedział, że dalej nie możemy jechać. Gdyby były dwa samochody, wtedy można: jeden się zapadnie - to drugi go wyciągnie. Z jednym samochodem jest zbyt duże ryzyko. Piasek jest niestabilny i nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy samochód utknie w miękkim fragmencie podłoża. Temperatura nie była zbyt wysoka, od wody wiał chłodny wiatr, założyliśmy więc polary i ruszyliśmy na piechotę. Do obecnego brzegu mieliśmy do przejścia około kilometra. Otaczała nas rozległa plaża z widoczną na horyzoncie wodą. Klif za naszymi plecami nie wydawał się już tak groźny i wyniosły. Na jego szczycie wrażenie robiły rozległe warstwy skał, które odłupane od krawędzi tworzyły niedostępne rozpadliny. Teraz mieliśmy pod nogami grubą warstwę szarej soli. Sól pękała pod butami odsłaniając ukrywający się pod nią żółty piasek. Jakiekolwiek pozostałości wodorostów, patyków czy innych przedmiotów leżących na ziemi również pokryte były równomierną solną masą.  Dojście do samej wody okazało się dosyć skomplikowane. Grunt blisko morza zrobił się grząski. Wielkie kałuże wody, liczne mikroskopijne mierzeje. Trudno znaleźć miejsce, gdzie można postawić nogę bez zapadnięcia się po kostki. Najedliśmy się trochę strachu, bo nie wiadomo, czy miękki piasek jest miejscowo, czy po daniu większego kroka nie zapadniesz się jak w bagno. Jednak jechać kilkaset kilometrów i nie dotknąć wody? Nie! To niemożliwe! W końcu udało się. Boczkiem, boczkiem, przy pomocy ławic muszli w końcu dotarliśmy do właściwej krawędzi. Śmiesznie wyglądały ślady na piasku po Marcinie i Aldonie. Od razu widać, kto miał większe problemy z dotarciem na brzeg ;-) Woda Morza Aralskiego jest niesamowicie mętna. Kolor biały zwalam na zasolenie. Ale przecież Morze Martwe jest chyba jeszcze bardziej zasolone i nie jest biało mętne. Zatem prawdę pisali o zanieczyszczeniu wody pestycydami, nawozami i innymi świństwami. Nie wiadomo, czy całe życie wymarło tutaj z powodu zwiększającego się zasolenia, jak głosi oficjalna wersja, czy z powodu zatrucia wody chemią, co jest chyba bardziej prawdopodobne. Przy brzegu tonami leży warstwa nie tylko pustych morskich muszelek, ale również warstwa najróżniejszej maści owadów. Powrót do obozu, który zaczął już przygotowywać Szymbergen trwał subiektywnie dużo dłużej. Plaża sprawiała wrażenie, jakby była jeszcze szersza niż wtedy, gdy szliśmy w kierunku wody. Zaskakujące, ale niektóre z brązowych zasuszonych roślin żyły w tych warunkach i co więcej – niektóre nawet kwitły! Gdzieniegdzie z piasku wystawały małe kolonie zielonych porostów. Namioty i samochód zajęły niewielki płaski placyk. Kierowca wyjął składany stolik i krzesełka, zrobił prowizoryczny ruszt i na ogniu z rachitycznego chrustu zagotował wodę na herbatę i zupki chińskie. Gdy przygotowaliśmy jedzenie zapytał: - A u was wodka jest? – spojrzeliśmy po sobie... - No jest...? - Bo u mienia samaja haroszaja karakalpakskaja wodka, chcecie popróbować? - Pewnie, że chcemy! Ale najpierw coś zjemy...
Ostatni w ciągu najbliższych dwu dni, poranny prysznic w zimnej wodzie, zakończył się urwaniem węża od natrysku. Na szczęście dało się go jakoś wcisnąć z powrotem w metalową obudowę, więc mogłem spłukać z siebie resztki mydła. Hotel Nukus, w którym się znaleźliśmy, cały był w opłakanym stanie. Popękane szyby, porwane łóżka, porozbijane kafelki w łazience, nie wspominając o rozpadającym się dosłownie w rękach prysznicu. Jednak jest nadzieja. Na parterze trwa remont. I robota naprawdę się toczy! Sądząc po tym co widać, to może być z tego jeszcze niezły standard. Ktoś ewidentnie postanowił zainwestować. Poprzedniego dnia, gdy szukaliśmy samochodu nad Aral, zajrzeliśmy do drugiego w mieście hotelu Taszkient, ale tam poza niezłą dyskotekową mordownią nie funkcjonowało chyba nic. I nie wyglądało, żeby trwał jakiś remont. O umówionej porze czekał na nas kierowca w swoim UAZie. Samochód przekroczył nasze najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że jest to całkiem nowoczesna terenówka, bardzo przestronna w środku i bardzo wygodna. Naprawdę pełen komfort. W kontekście naszych dotychczasowych doświadczeń było to dość surrealistyczne. Kierowcą był rodowity Karakałpak o okrągłej twarzy i wąskich oczach. Niezwykle kontaktowy, miły, sympatyczny, a jednocześnie bardzo taktowny i nie narzucający się w żaden sposób swoim pasażerom. Na imię miał Szymbergen, albo jakoś tak.  Po niecałych dwu godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w Kungradzie na zakupy. To ostatnie miasto na trasie, a właściwie ostatnia większa miejscowość. Na bazarze nie targowaliśmy się zbytnio, nasz kierowca znał ceny i albo sprzedawca to akceptował albo szukaliśmy dalej. Kupiliśmy żółty ser, ryby w konserwach, nieśmiertelne chińskie zupki, jakąś kiełbasę i wodę. Na koniec kierowca zaprowadził nas do miejscowej piekarni, gdzie w tandorze piekli przepyszny miejscowy chleb. Gdy po zakupach ruszyliśmy dalej, zniknęły od razu dwa wielkie placki. Przy bazarze był niewielki parking, na którym stały obok siebie nowoczesne i rozpadające się autobusy. Było trochę samoróbek, przeważały jednak stare poradzieckie samochody, których marek nie byłem w stanie rozpoznać. Ludzie z reguły skośnoocy, patrzyli na nas z zaciekawieniem, ale trzymali się na dystans. Niedaleko ktoś targował się o zawartość wielkich worków na drewnianym wózku, ktoś inny suszył czerwone jeszcze, świeżo zdarte skóry. Upał dopiero nadchodził. Nukus przy Kungradzie był całkiem cywilizowanym miastem. A z każdym kilometrem za Kungradem było jeszcze gorzej. Minęliśmy ostatnią wioskę i skończyła się jakakolwiek zielona roślinność. Pustynia była miejscami poprzecinana płytkimi równoległymi rowkami w odstępach kilku metrów. Szymbergen wyjaśnił, że robią tutaj eksperymentalne próby wprowadzenia specjalnych słonolubnych roślin, które pozwolą zatrzymać piasek na miejscu. W czasie piaskowych burz, sól z wysychającego morza potrafi zawędrować kilkaset kilometrów dalej. Woda gruntowa jest zasolona i większość roślin nie jest w stanie tego wytrzymać. Na razie jednak te eksperymenty nie przynoszą chyba oczekiwanych rezultatów, bo pustynia jest sucha i jałowa.  Na horyzoncie majaczyła skarpa płaskowyżu Ustiurt. Plato, jak mówią miejscowi. W miarę jak płaska wyniosłość powoli zbliżała się do drogi, tak droga robiła się coraz bardziej wątła, jakby traciła siły i ochotę do dalszej podróży wobec niepokojącego zjawiska. Tuż przed podjazdem, spłoszony wypalonymi w słońcu skałami, skończył się asfalt. Wjechaliśmy pomiędzy kamieniami na górę i dalej toczyliśmy się już wyschniętymi koleinami poprzez brunatną pustynię, bez jednego żywego krzaczka. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie jakich prastary strumień wyżłobił kiedyś krótka dolinę. Ponoć stąd było kiedyś widać morze. Teraz widać jedynie brązowo-żółty horyzont. Po około stu kilometrach rozjeżdżających się na różne strony dróg minęliśmy ogrodzone gospodarstwo Gazpromu. Szyby wydobywcze są na dnie jeziora. Domki pracowników leżą na skarpie. Na mapie miejsce jest oznaczone jako Komsomolsk na Ustyurte. Absurdalny widok. Zapytałem kierowcę, czy nie ma mapy tych okolic, bo chciałbym zobaczyć gdzie dokładnie jesteśmy, ale kierowca nie ma mapy. Skąd on wie którędy jechać? Odpowiedział z uśmiechem: mapę mam tu, w mojej głowie! Kiedyś wziął go ze sobą znajomy, który też ma UAZ-a. Przyjechali do niego jacyś zachodni turyści i chcieli jechać nad morze. On twierdził, że owszem, zna drogę, ale potrzebny mu drugi samochód, bo turystów zbyt wielu. Na każdym rozjeździe się zatrzymywał i dzwonił do Szymbergena: - Szym? Jak jechać? - No przecież podobno wiesz jak jechać?! - Dobra dobra, gadaj szybko, żeby turyści się nie zorientowali! - Wiesz co? Jednak ja pojadę pierwszy.  Map tu nie ma i najpierw trzeba przejechać kilka razy tą trasę, by się nie pogubić. A wszystko wygląda niemal tak samo. Każde rozwidlenie dróg to jałowa i sucha okolica. Z pomocą przychodzi może licznik kilometrów, bo nie dostrzegłem żadnych wstążek ani innych znaków szczególnych pozwalających się zorientować w tym pustkowiu. Minęliśmy niewielkie stadko dzikich wielbłądów (co one jedzą?). Wcześniej zatrzymaliśmy się jeszcze przy ruinach latarni nad wielkim niegdyś jeziorem Sudachye. Kiedyś wskazywała drogę łódkom płynącym z okolic Moynaku, dzisiaj można stąd jedynie podziwiać (czasem) zieloną równinę, poprzetykaną resztkami błękitnych tafli wody. Pojechaliśmy dalej. Monotonia pejzażu działała na większość z nas usypiająco. Ja zaś nie mogłem oderwać oczu od horyzontu, na którym od kilku godzin nie widziałem śladu nie tylko człowieka, ale w ogóle czegokolwiek żywego. W pewnym momencie kierowca wskazał na wrzynający się ostro pomiędzy skały zjazd: - tędy będziemy wracać do Moynaqu. Jeszcze 50 kilometrów na północ i będziemy na miejscu.
|