Dziś w Łazienkach jest jakiś koncert, może weźmiesz dzieci – powiedziała Żona. Poszliśmy zatem na spacer i po obejrzeniu oczyszczonego Portu Czerniakowskiego dotarliśmy do Łazienek. Wejście od Agrykoli, niedawno otwarty Ogród Chiński, w pawilonie rozstawione mikrofony, pan za konsoleta potwierdza: tak, będzie koncert, opera pekińska…
Cóż, nie jest to może muzyka dla dwulatka, ale kto wie. Umysł młody, świeży, nieskażony, otwarty na wszystko… Może nawet zbyt otwarty…
Na scenę weszła piękna drobna dziewczyna o skośnych oczach i łamaną polszczyzną oznajmiła, że Pan Li Qikun - profesor Tianjin University of Technology, obecnie pofesor z Vistula University, dyrektor Instytutu Konfucjusza przy Vistula University, jest prywatnie wielkim miłośnikiem Opery Pekińskiej, a także praktykiem, wszak ten Mistrz Aktor Opery Pekińskiej w zeszłym roku nagrodzony został medalem w konkursie Opery Pekińskiej organizowanym przez telewizję CCTV w Chinach. Faktycznie obok dziewczyny stał już Pan w garniturze, jak się okazało nie w celu powitania szacownych gości, a w celu wykonania utworu.
Gdy zaczął się koncert spora część publiczności wydawała się być nieco skonsternowana, jakby nie wiedzieli czego się spodziewać. Na szczęście z trudem powstrzymywany wybuch nerwowego śmiechu znalazł uzasadnienie inne niż poważny Chińczyk w garniturze piejący wysokie tony Pekińskiej Opery: stłumiony chichot rozlał się po widowni, zaś palce dyskretnie usprawiedliwiały reakcję właścicieli wskazując na zadziwione miny malujące się na twarzach dzieci.
Gorzej było po powrocie do domu. Dwulatek bardzo zagustował w Pekińskiej Operze i od miesiąca mam codzienny koncert chińskiej muzyki. Tak to się kończy kontakt dzieci z kulturami świata…
wtorek, 22 września 2015
Dziecko i Opera Pekińska
o
09:31
1 komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli, Warszawa
niedziela, 2 grudnia 2012
Polski strajk inteligencji
Istnieje takie pojęcie jak "włoski strajk". Oznacza ono, jak wiadomo, bardzo dokładne wykonywanie wszystkich przewidzianych procedurą czynności. Okazuje się wtedy, że nic się nie da załatwić, nie da się zrealizować żadnego zadania, jeśli procedury są przestrzegane co do najdrobniejszego punktu.
Demaskowany nazwą tego pojęcia region Europy nie wydaje się przypadkowy. Jak wiadomo, w kraju tym, po latach rządów faszystów, czyli narodowych socjalistów, nastały długie lata rządów internacjonalistycznych socjalistów, czyli komunistów. Socjalizm zaś, jak powszechnie wiadomo, dąży do szczęścia ludzkości poprzez nadawanie poddanym coraz większego zakresu praw, regulowanych niekończącą się liczbą przepisów. Prawo rozszerzane i obwarowywane coraz liczniejszymi zastrzeżeniami przestaje być w efekcie czynnikiem porządkującym rzeczywistość, a zaczyna być czynnikiem będącym dodatkowym źródłem chaosu. Ludzie jakoś starają sobie radzić z pozbawionymi sensu absurdalnymi okolicznościami, ale po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego wkurzają się i nie łamiąc prawa, lecz respektując je do szpiku, unieruchamiają całą machinę. Bardzo to inteligentna forma protestu przeciwko władzy absurdu.
Mam wrażenie, że ostatnio stosowana jest jakaś polska odmiana strajku włoskiego. Doprowadzamy pewne sprawy do absurdu, być może by przywrócić im właściwą wagę. Być może zatem zamiast oburzać się na niektórych nadgorliwość (która jest jak wiadomo gorsza od faszyzmu), powinniśmy docenić inteligencję Polaków, którzy buntują się wobec unifikujących (poprzez anihilację jakiegokolwiek sensu) działań decydentów, ukrytych za plecami oficjalnych władz i testujących granice tolerancji społeczeństwa na ich totalizujące zapędy.
Otwarty bunt jest niemożliwy, bo przecież kredyty do spłacenia, nawet jeśli nie swoje, to najbliższej rodziny, skomplikowane i zbyt głębokie układy najróżniejszych zależności bynajmniej nie czarno-białego świata. Jak w tej sytuacji zaprotestować? Po włosku! Ośmieszyć propagandę i nieformalną cenzurę, skazującą nieprawomyślnych na zawodową banicję (jak to było w przypadku np. Mariusza Bulskiego) albo wręcz na długoterminowy areszt bez uzasadnienia (jak to jest w przypadku Piotra Staruchowicza). Zastosować się do wytycznych systemu, ale aż do "bulu", by skompromitować polityczną "poprawność" wymuszoną uwikłaniem w życie.
Jak można inaczej potraktować puszczonego w obieg mema o lesbijstwie Marii Konopnickiej, która dzięki temu jest rzekomo ikoną ruchu LGBT? Janda odruchowo zdrowo zareagowała śmiechem pytając "a co mnie obchodzi, z kim Konopnicka sypiała?" Ja zaś zacząłem się zastanawiać, kogo okrzykną patronem dłubiących w nosie, a kogo ikoną wyjadaczy miodu z uszu? Są przecież tacy, którzy to robią, ale w ukryciu, a przecież nie powinni się tego wstydzić, bo co jest wstydliwego w konsumpcji wydzielin własnego ciała?
Innym przykładem celowej (bo jakiejże innej?) kompromitacji jest młody Maciek Stuhr, twierdzący, że "Przywiązywaliśmy dzieci pod Cedynią jako tarcze i to jest super. To jest najlepsze, co Polskę spotkało." Przecież nie jest to człowiek, który kończył szkołę po ostatniej reformie oświaty, która to reforma niemalże usunęła nauczanie historii!
Kolejną sprawą wpisującą się w ten nurt demaskatorskich działań jest żądanie od wydawcy książki Gadowskiego "Wieża komunistów" usunięcia z okładki wizerunku Pałacu Kultury. Przypomina to trochę dowcip, w którym człowiek krzyczący, że premier jest głupi, został aresztowany pod zarzutem ujawnienia tajemnicy państwowej. Przecież na tej okładce jest artystyczna wizja artysty, zaś wątek tego obrazu pojawia się w książce wielokrotnie będąc pretekstem do tytułu samej książki. Pałac wpisany w różne dodatkowe budowle jest jedynie częścią wielkiej współczesnej wieży Babel. Jego otoczenie w niczym nie przypomina realnego warszawskiego PKiN. Ale nawet traktując tę wizję jak podobiznę realnego PKiN, to jest on przecież kopią wielu podobnych pałaców w różnych sowieckich miastach i nie jest niczym oryginalnym. Ale nawet gdyby był, to czy wizerunek budynku w centrum miasta może być obiektem restrykcji prawnych? A może Zakopane powinno wydawać zgody na wykorzystanie wizerunku Giewontu?
W tym kontekście też staram się rozumieć deklarację Mariana Opani, który odrzuca propozycję zagrania w filmie Antoniego Krauzego "z powodów politycznych", stwierdzając, że nie jest zwolennikiem PiS ani braci Kaczyńskich. Gdyby potraktować zadeklarowane powody poważnie, byłby to dobry pretekst do zupełnie nowego spojrzenia na dorobek tego aktora. Interpretacja takich filmów jak "Człowiek z żelaza" czy "Sauna" zyskałaby dodatkowe możliwości. Okazałoby się że grane przez Opanię postacie ubeka czy sowieckiego dygnitarza nie są jedynie przejawem genialnej roli aktorskiej, ale że role te stanowią coś w rodzaju ideowego manifestu tego wybitnego aktora. To byłby ciekawy przyczynek do dyskusji o wymowie całego filmu.
Nie wiem jakie są rzeczywiste intencje poszczególnych osób, ale intuicja podpowiada mi, by nie traktować tych zjawisk zbyt poważnie. Polacy zawsze na przykręcanie śruby reagują śmiechem i chcę wierzyć, że polska inteligencja także w tym momencie objawia się absurdalnym humorem rodem z Monty Pythona. Nie zmienia to faktu, że diagnoza obecnej sytuacji płynąca z powyższych konstatacji jest dosyć smutna, skoro zmusza praktycznie wszystkich do eskapizmu. Jednych w absurdalny humor rodem z filmów Barei, innych (jak ostatnio Agnieszkę Chylińską) w świat dziecięcych baśni. Czy gdzieś już tak kiedyś nie było? A podobno "nic dwa razy się nie zdarza"...
Tekst pierwotnie opublikowany na portalu wNas.pl
o
12:13
3
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
środa, 15 września 2010
Czasowa zmiana optyki
Jakiś czas temu poczułem się wypalony. Jednocześnie jednak zatlił się inny płomyczek, który sprawił, że nie byłem w stanie się powstrzymać i wewnętrzne ciśnienie znalazło swój zawór bezpieczeństwa w postaci komentarzy do tej części rzeczywistości, na którą wpływ mamy minimalny, jeśli w ogóle jakiś. Co zrobić, gdy ta świadomość nie powstrzymuje nas przez zabieraniem głosu na "te tematy". Poszukiwanie sensu można prowadzić na różnych polach...
Żeby jednak nie zaśmiecać tego bloga jakimiś bieżącymi erupcjami emocji wydzieliłem osobną przestrzeń: igor.czajka.art.pl - na którą serdecznie zapraszam. Tutaj wcześniej czy później wrócę, ale do tego czasu będę obecny raczej pod tym wspomnianym adresem.
A zatem na psy...
o
09:25
1 komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
poniedziałek, 6 października 2008
Budyń z soczkiem
Na moje imieniny pogoda sprawiła mi słoneczny prezent pozwalający cieszyć się całą krasą polskiej złotej jesieni. Poszliśmy więc z żoną do parku, aby podziwiać wszystkie kolory jesiennej tęczy. Zrobiło się tak błogo i słodko, że brać należy pod uwagę poważne niebezpieczeństwo wystąpienia mdłości, stąd taki a nie inny tytuł noszący znamiona poważnego ostrzeżenia.
Młode Pary robiły sobie plenerowe zdjęcia w Parku Ujazdowskim...
...więc uciekliśmy do Łazienek, gdzie krzyki pawi przeplatały się z krzykiem dzieci.
Jakby krzyków w parku było mało, pojawiła się krzycząca papuga, która na chwile uciszyła rozwrzeszczane dzieci:
Na szczęście można jednak w łazienkach znaleźć także krótką chwilę ciszy i spokoju (tak, wiem, mnie też to wydaje się niemożliwe) i pogadać z polną myszą, która dostrzegła wreszcie ten fakt, że małe dziewczynki i niewiele więksi chłopcy piszczą ze strachu, a nie po to żeby zagrzać się do ataku. Zatem niewiele sobie robiąc z przechodniów zajadała się resztkami jakiegoś jedzenia upuszczonego przez krnąbrnego bachora:
Wszystkie zdjęcia zrobione są telefonem komórkowym, co sprawia że może nie są one najwyższej jakości, ale jednocześnie pozwalają wyobrazić sobie rzeczywistą odległość od nieustraszonej myszy. Czy myszy mogą być wściekłe?...
o
15:17
5
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli, Warszawa
poniedziałek, 26 maja 2008
Powrót do Miasta
Przez ostatnie cztery dni rozszalały się demony na Otrycie. Niewinnie rozpoczęta podróż nocnym pociągiem do Zagórza przekształciła się w rozedrgany surrealistyczny koncert na gitarę i harmonijkę w otoczeniu okładających się pięściami żołnierzy na przepustce. Na szczęście dostrzegłem to już po fakcie i po tym, jak pomiędzy wirującymi ramionami dotarłem nietknięty do własnego przedziału. Poranna wysiadka w Sanoku połączona była z zaskakującymi pozdrowieniami z okien pociągu dla Pana Harmonijki. Dojazd autobusem do Dwernika był, zgodnie z przewidywaniami, kolejnym „najdłuższym przejazdem w moim życiu”.
Tyle preludium. Później było coraz gęściej. Nocnego wycia na Ganku Chaty nie dało się znieść na trzeźwo, zatem około pierwszej w nocy nie wytrzymałem i przystąpiłem do konsumpcji. Strojenie na wódkę zadziałało i nieskoordynowane dźwięki dawało się na powrót złożyć do kupy. Jedni kładli się spać, inni wstawali, lecz gdy świt rozjaśnił gęstą mgłę Chata zamarła, zasłuchana już tylko w szczebiot ptaków. Można się było położyć.
Następnego dnia udało się w końcu odrobinę porozmawiać z tym, z kim należało. Udało się też zaimpregnować deski podłogowe i kilka z nich przybić. Udało się, choć było trudno. Nieustający deszczyk majowy dbał o świeżość wody w ujęciu i poślizg na glinianych ścieżkach. Świat kołysał do snu jednych bardziej, innych mniej. Wieczorem znowu koncert na gitarę, harmonijkę i dwadzieścia gardeł, przerywany meczami szachów siedmioletniej dziewczynki z dorosłymi facetami. Asia poznała reguły przed paroma godzinami, lecz rozkładała na łopatki kolejnych śmiałków, którzy zdecydowali się poddać szachowej próbie.
Koncert zakończył się, gdy główni grajkowie dojrzeli do nocnej dyskusji o transcendentnych rzeczywistościach. Dyskusja ta zabiła nawet najbardziej wytrwałe w oczekiwaniu świtu jednostki i zakończyła się, jak większość nocnych dyskusji, gdy zawitał do Chaty widok kolejnej mgły za oknem, w towarzystwie śpiących zwłok. Kilka godzin snu, porządki i kolejne deski na podłodze, kolejne wyjście po zakupy, kolejne niedotrzymane słowa, kolejne złamane postanowienia, kolejne papierosy, kolejne wiadra z wodą, kolejne kosze drewna i kolejny wieczór pełen napięć i wyładowań.
Gdy ostatnie dziewczyny poszły spać, kontemplowałem, w towarzystwie dwójki pasjonatów otryckich poranków, proces rysowania przez świt drzewa na tle nieba. Towarzyszyło temu radio trzech tenorów, recytujących pieśń o niedostępności dla płci żeńskiej pewnej sfery duchowości, zarezerwowanej dla szamanów i magów. Zakrzywienie czasu sprawiło, że przy akompaniamencie nieprzerywanej rozmowy, wynurzanie się drzewa z ciemności było płynne, dostrzegalne i namacalne. Dobrze, że dziewczyny poszły spać. Ten rodzaj mentalnej lewitacji połączonej z porozumieniem w gronie otryckiego nocnego paktu nie byłby do osiągnięcia w ich towarzystwie.
Sobota była dniem rozwiązań. Dlatego słońce z trudem pokonało w końcu chmury. Wraz ze światłem rozpoczęły się wariacje temperatury, która skakała jak oszalała zmuszając do gimnastyki: polar włóż, polar zdejm, polar włóż, polar zdejm. Niebo oddało nam Połoniny i znów można było siedzieć na balkonie i mieć na czym zawiesić wzrok, utkwiony do tej pory jedynie w mlecznej spleśniałej zawiesinie mgły. Nadchodząca noc była spokojna lecz ponownie bezsenna.
Powrót do Miasta, jak zawsze, jest bardzo trudny.
o
23:22
2
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli, Otryt
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Nauki przedmałżeńskie
Przygotowując się do ślubu trzeba odbębnić wiele rzeczy, miedzy innymi trzeba przejść przez nauki przedmałżeńskie. Można to zrobić odwiedzając swoją lub wybraną parafię 9 razy przez 9 kolejnych tygodni. Można też spróbować zapisać się na tzw. rekolekcje dla Narzeczonych, które zaliczają ci kurs w jeden weekend. My wybraliśmy ten drugi wariant. Gośka dostała namiary od znajomych i przez pół dnia, we dwoje wisieliśmy o wyznaczonej porze na telefonie, by dodzwonić się na zapis. Udało się. Teraz trzeba sie przemęczyć.
Nie mam jednak zamiaru powielać w tym miejscu opisów, jakie młodzi małżonkowie roztaczają przed tymi, którzy takich nauk jeszcze nie doświadczyli. Dość powiedzieć, że w tych opowieściach nieustannie i same wykłady i komentarze o biorących w tych wykładach narzeczonych, przedstawiane są w taki sposób, że jedyne oczekiwanie jakie pojawia się w człowieku przed wyjazdem to: "oby jak najszybciej to minęło" oraz "oby jakoś to przetrwać". Z takim też nastawieniem my pojechaliśmy do Lasek. Tak, macie rację, wyjechaliśmy z poczuciem zaskoczenia. Zostałem o to poproszony, więc nie zdradzę metody prowadzenia zajęć, niemniej mogę podzielić się kilkoma refleksjami.
- Nieoczekiwanie chyba dla wszystkich uczestników, rekolekcje te COŚ im dały. Widać to było nie tylko w podsumowujących komentarzach na zakończenie spotkania, ale również w rozmowach na papierosie. Ludzie wyjeżdżali z Lasek z poczuciem ułożenia, uporządkowania w głowach, wyciszenia i autentycznego skupienia się na sobie nawzajem w poszczególnych parach. Przy czym, co zupełnie normalne i zrozumiałe, każdy miał jakieś zastrzeżenia co do treści lub formy zajęć, niemniej widać było, że pomimo deklaracji obojętności, niemal każdy jest w jakiś pozytywny sposób poruszony i zbudowany.
- Prawie każda para deklarowała brak jakichkolwiek nowych informacji o sobie nawzajem, ale jednocześnie każda para zauważała, że jakaś sfera jest jeszcze nie przegadana i nie poruszona. A przecież to też bardzo ważna informacja.
- Myślę, że dużo więcej by dały takie spotkania parom, które pobierały się, jak kiedyś - niespełna po pół roku znajomości ;-) Po pięciu, ośmiu, czy jak w naszym przypadku po dwunastu latach bycia razem - niewiele pozostaje tematów nieporuszonych, nieprzegadanych. Niemniej materiał jaki wynieśliśmy z tych spotkań jest dobrą podstawą, którą można niejednokrotnie wykorzystać w przyszłości.
- Nie, nie można jednak spodziewać się zbyt wiele. Choć była jedna para, która być może dopiero będzie myśleć o oświadczynach, nie są to raczej spotkania mogące diametralnie odmienić jakikolwiek światopogląd czy opinię, albo które mogą odkryć przed uczestnikami jakieś inne pokłady wiedzy o sobie czy o świecie.
- Co dla mnie było niezwykle ważne i czego chyba najbardziej się bałem, atmosfera była naprawdę bardzo liberalna. Co prawda faceci spali w oddzielnych pokojach niż kobiety, a przed każdą prawie czynnością była krótka modlitwa, ale w sumie na wyjeździe organizowanym na zlecenie Kościoła trudno sie tego nie spodziewać. Niemniej panowała naprawdę atmosfera tolerancji i brak było jakiejkolwiek ostrzejszej indoktrynacji religijno-ideologicznej, o co w przypadku tego typu spotkań niezwykle łatwo. Prowadzili to ludzie naprawdę o wysokim poziomie wyczucia i taktu. Dla mnie było to naprawdę cenne.
- Należy zdecydowanie zabrać ze sobą wałówkę. Niestety siostry fatalnie gotują i wyjątkowo niezdrowo. Kuchnia oparta jest na kiełbasie i parówkach, o warzywach w zasadzie można zapomnieć. Ja naprawdę nie jestem wymagający, ja tylko liczę kalorie (ważne, by było ich jak najwięcej), ja rozumiem że ascetyczna kuchnia ma pozwolić na lepsze skupienie, ale nie jestem przekonany, by skupieniu pomagał ból brzucha, który stał się udziałem połowy uczestników wyjazdu.
- Niedostatki jedzenia wynagradza za to piękna okolica. Jest kilka przerw, gdy można pójść na krótki spacer po lesie. Cisza, spokój, zieleń i świeże powietrze pozwalają przystanąć, odsapnąć i naprawdę się skupić na tym co ważne.
o
09:20
5
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
czwartek, 6 marca 2008
Agregatory nie lubią mojego bloga
Przepraszam za odrobinę prywatnej frustracji, ale może ktoś w sieci pomoże rozwiązać pewien techniczny problem, który dorwał mnie i nie chce puścić, i trzyma będąc kolejnym powodem dla wielu innych życiowych frustracji. Chodzi o RSS i różne blogowe agregatory.
Zarówno MyBlogLog, jak i BlogCatalog, a ostatnio również Blogbox nie widzą nowych postów z mojego bloga. Żadne odświeżanie, pingowanie i tym podobne praktyki nie przynoszą żadnego rezultatu. Zlikwidowanie adresu kanału i zdefiniowanie go na nowo także nic nie daje. Nie ma też znaczenia czy adres kanału RSS jest oryginalny blogspotowy czy przekierowany na feedburnera. Ech...
Masz lub miałeś kiedyś podobny problem? Poradziłeś sobie z nim? Daj mi znać! Proszę... ;-)
o
10:23
4
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
piątek, 15 lutego 2008
Niesamowita Słowiańszczyzna, cz.2
Postanowiłem wyrzucic to z siebie i na tym poprzestać. Chaos myśli i uczuć kotłuje się gdzieś w głębi, ale trudno. Przyjdzie jeszcze czas na uporządkowanie. Tymczasem pies szczeka w ciemność, przeczuwając tylko, bez cienia wiedzy...
Tutaj część pierwsza.
Dlaczego tak mało wiemy o prasłowiańskich wierzeniach, obrzędach, obyczajach? Czy dlatego nic lub prawie nic się nie zachowało, bo nie miało się co zachowywać? Czy nie trzeba było w zasadzie niczego wykorzeniać, wystarczyło ponazywać inaczej różne święta, nadać im chrześcijańskich patronów i już? Stara wiara szła w zapomnienie? A może inaczej? Z jakąś niezwykłą zaciętością tępiono wszelkie przejawy starej obrzędowości, gusła i zabobony, które przetrwały jedynie w enklawach, gdzie naprawdę diabeł mówi dobranoc?
Kto wie cokolwiek o buncie Masława? Kto wie o misjach Cyryla i Metodego w dzisiejszej Małopolsce? Jak przetrwały Dziady na Litwie niemal do naszych czasów? Wracam do Niesamowitej Słowiańszczyzny. Wracam do świetnej faktograficznie, aczkolwiek nudnej książki Religia Słowian Szyjewskiego, świetnej Mitologii Słowian Gieysztora. Warto do nich zajrzeć i wrócić do Janion, by zrozumieć dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.
Wittgenstein stwierdził w swoim traktacie, że "granice mojego języka oznaczają granice mojego świata". Myśląc w innym języku przechodzimy do innego świata. Język strukturuje nasze rozumienie otaczającej rzeczywistości. Dlatego nosimy w sobie ten pierwiastek prasłowiański niezależnie od tego, jakie są nasze biologiczne korzenie. Jesteśmy ludźmi lasu, jesteśmy kulturą wiecu, jesteśmy anarchistami, jednoczącymi się i niepokonanymi wobec zewnętrznego zagrożenia, ale nie akceptującymi żadnej władzy, która by chciała nam narzucić coś innego niż to co sami sobie wymyślimy. Zarówno w skali makro jak i wśród przyjaciół. Gdy wszyscy się zgadzamy co do celu, to możemy góry przenosić. Jeśli ktoś się buntuje natychmiast wybucha kłótnia, konflikt narasta, by dobry pomysł zetrzeć w pył. Nie znamy pojęcia podporządkowania się demokratycznej większości. Jedyną drogą do wspólnego działania jest zauroczenie wszystkich uczestników wiecu. Pod tym względem mamy wiele wspólnego z Chińczykami...
Słowianie na Tarace - polecam!
Slavinja
Słowiańskie miejsce w Sieci
Na Wikipedii o Słowianach ogólnie
Religia Słowian na Wikipedii
Na razie wystarczy.
o
00:26
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
środa, 13 lutego 2008
Niesamowita Słowiańszczyzna
Luźne myśli inspirowane "Niesamowitą Słowiańszczyzną" Marii Janion.
Idee panslawistyczne nie mają w Polsce dobrej opinii kojarząc się z imperialną polityką Rosji. Do tego stopnia są na cenzurowanym, że wszelkie myśli o słowiańskiej wspólnocie i słuszności bratania się Słowian dostają pejoratywna łatkę panslawizmu. Na każdym kroku, z gorliwością neofity, podkreślamy swój związek z Zachodem, jakbyśmy bali się jakiejś demaskacji zbrodni. A przecież nasz związek z Zachodem jest co najmniej tak samo silny jak ze Wschodem. Jesteśmy Europą Środkową w pełnym tego słowa znaczeniu.
Kontusz szlachecki wykazuje wybitne wpływy wschodniej sukmany. Ale nigdzie indziej niemieccy osadnicy tak szybko się nie zasymilowali tworząc polskie mieszczaństwo. Nie chcę tu jednak pisać wielu przykładów naszego polskiego stania okrakiem w dwu różnych światach. O tym można przeczytać choćby w eseju Janion dostępnym on-line tutaj. Chcę zasygnalizować tylko bardzo dobrą lekturę, która otwiera oczy na dawno wyparte z historycznej świadomości fakty i zależności. Odświeżone spojrzenie na słowiańskie mity, które często grzęzły "w panslawistycznych lub nacjonalistyczno-faszystowskich pułapkach" (z okładki). Niezła recenzja zamieszczona jest na stronie Książkowo.
Pierwsza część "Niesamowitej Słowiańszczyzny" Marii Janion opisuje w szeregu esejów to, o czym zapomnieliśmy; to, co zostało wyparte; to, co zostało zniszczone. Pokazuje jak pierwotna słowiańskość walczyła i buntowała się przeciwko nowej wierze, jak ścierały się frakcje zachodniego i wschodniego rytu chrześcijańskiego, jak zepchnięte do podświadomości słowiańskie duchy trwają i zasilają zbiorową wyobraźnię aż do dzisiaj. To nie jest sielanka. To jest historia słowiańskiej traumy, historia kompleksu niższości i współistniejącego kompleksu wyższości, historia poczucia "przynależności do strony słabszych i pokrzywdzonych, zniewolonych i poniżonych, pozbawionych jakiegoś ukrytego dziedzictwa, niesprawiedliwie zapomnianych, a także usuniętych na bok bądź miażdżonych przez proces, który określono jako dziejowy postęp" (z okładki).
Fascynującą lekturę w zasadzie można zakończyć na tej pierwszej części. Druga część poświęcona psychoanalizie współczesnej literatury, przeprowadzonej z feministycznego punktu widzenia, niestety pozbawia ogromnej części przyjemności. Oczywiście to, co dla mnie jest przeszkodą dla kogoś może być zaletą, ale jednak świetna podstawa pierwszej połowy książki, nie owocuje zadowalającym rozwinięciem w drugiej. Niemniej, wszystkim którzy widzą jedynie proste odpowiedzi i proste rozwiązania w kwestii relacji Polski ze Wschodem - polecam lekturę "Niesamowitej Słowiańszczyzny".
Książka w Wydawnictwie Literackim
Maria Janion - Polska między Wschodem a Zachodem
Recenzja na blogu Książkowo
Recenzja na portalu Granice.pl
Kilka luźnych myśli na blogu fotoptikona
Do tematu słowiańskiego wrócę jeszcze, ale na razie tylko sygnał, nie można zbyt dużo słów na raz... tutaj część druga...
o
23:04
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli, Recenzje
piątek, 8 lutego 2008
Szukanie Muzyki
Jakiś czas temu dotarło do mnie, że słuchanie muzyki przestało mi sprawiać frajdę. Było to bardzo dziwne uczucie, ponieważ jak nudził mi się jeden rodzaj to przeskakiwałem do następnego, odkrywając po drodze fascynujące światy dźwięków, które pozornie nie miały ze sobą wiele wspólnego. I tak, od Slayera przepłynąłem sobie jeszcze w podstawówce swobodnie do bluesa, by znaleźć się w latach sześćdziesiątych i odkrywać dla siebie także lata siedemdziesiąte. Wtedy zakochałem się w Black Sabbath, ale np. do Zeppelinów jeszcze nie dorosłem. Kiedyś wracając z jakiegoś koncertu, wdałem się w rozmowę z jakimś gościem, który stwierdził – wiesz, do Zeppelinów trzeba dojrzeć. Jeszcze do nich dojrzejesz i się zakochasz. – pokiwałem głową z pobłażaniem, ale facet miał rację: parę lat później już po objawieniu Nirwany i Pearl Jam odkryłem Zeppelinów także dla siebie.
To był moment przełomowy, ponieważ od tego czasu połknąłem bakcyla muzyki poważnej. I o ile klasycy nigdy mi nie podchodzili, o tyle Beethoven i nieco późniejszy Bruckner otworzyli przede mną labirynt dźwięków, w który wszedłem bez najmniejszego zająknięcia. A później? Później byli już Strawiński, Szostakowicz, Webern i Schönberg, Lutosławski i Penderecki. Ten ostatni rzadko lubiany, ale chyba tylko z powodu swojej popularności. Do mnie jakoś trafiają jego monumentalne konstrukcje. To chyba pozostałość po zamiłowaniu do ciężkiego metalu. Zresztą do dzisiaj zachwycam się płytą Clouds zespołu Tiamat. Na równi z nagraniami utworów Palestriny czy Ockeghema.
Gdy już przesłuchałem niemal całą XX-wieczną awangardę muzyczną, wszystkie eksperymenty Cage’a i innych Stockhausenów, ogarnęło mnie dawno zapomniane uczucie nudy. I wtedy usłyszałem w knajpce w Lutowiskach (Bieszczady) przyjemną nieskomplikowana muzykę sącząca się z głośnika. Zapytałem. To były Tołhaje. Tak rozpocząłem przygodę z nieco inaczej rozumianym folkiem. Zachwyciła mnie Kapela Ze Wsi Warszawa. Później wpadłem w objęcia różnych innych muzycznych planet. Z Indii przywiozłem kilkanaście płyt z tamtejszymi wytworami i wpadłem jak śliwka w kompot. Stałem się fanem rytmów hinduskich i arabskich.
I co z tego, jak przy każdym nowym kawałku mam coraz bardziej wrażenie, że już to gdzieś, kiedyś, słyszałem? Żyjemy w świecie, gdzie po raz pierwszy w historii możemy obcować z wytworami kultury w sposób nieograniczony zarówno terytorialnie jak i czasowo. Średniowiecze? Proszę bardzo: płyta taka. Mozambik? Proszę bardzo: płyta śmaka. W efekcie coraz mniejsze pole do odkrywania, coraz bardziej wymieszana kultura, coraz nudniejsza papka płynie z głośników. Może postawa inżyniera Mamonia jest jedyną, która pozwoli przetrwać w świecie, w którym poszukiwanie oryginalności skazane jest z góry na porażkę? A ja? Ja coraz bardziej zbliżam się do momentu, gdy jedynym ciekawym utworem będzie 4:33 Johna Cage’a na milczący fortepian i publiczność. Żeby go posłuchać w zasadzie nawet nie musze wychodzić na balkon… ;-)
o
12:06
1 komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli, Muzyka
piątek, 29 czerwca 2007
Dialogi tekstów
Jakiś czas temu po zakończeniu lektury naszły mnie dziwne myśli. Na przykład taki Kapuściński opisuje to co już opisał wiele setek lat temu Herodot, w dodatku obszernie go cytując. Ciekawe czy Herodot musiał czekać te dwa i pół tysiąca lat na taki zaszczyt, czy już wcześniej ktoś zrobił sobie z niego temat swojej całkowicie autonomicznej opowieści. Nie mówię tu o recenzjach, ale gdyby ktoś teraz zaczął pisać autorski komentarz do tego co zrobił Kapuściński to czy można powiedzieć, że Kapuściński miał więcej szczęścia od Herodota? Czy też krążenie kultury jedynie nabrało tempa? I czy uprawniony byłby taki komentarz do poczynań Kapuścińskiego czy też w jego przypadku byłoby to pójście kolejnego autora na łatwiznę? Oczywiście że wiele zależy co by się z tym pierwotnym tekstem zrobiło, na ile twórczy byłby to komentarz. Ale interesuje mnie czysto ideologiczne apriori podejście krytyków do takiego tekstu przetwarzającego nie tekst, który ma grubo ponad dwa tysiące lat, ale który ma lat kilka.
I co z tego? I nic.
o
12:48
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
środa, 20 czerwca 2007
nuda...
Ależ ten czas... itd. A w międzyczasie koncerty, próby, kłótnie, bolące zęby. W sumie normalka. Pralka-normalka. Przemielone jak kotlet, aż sie pisać nie chce. Przy pewnym stopniu nasilenia wydarzeń, przy pewnej dozie nadwrażliwości na bodźce, wszystko zlewa się w papkę codzienności. Kaktusy wypuściły nowe kolce, dużo słońca było ostatnio. A jak spadła ulewa to skrzynki balkonowe wypełniły sie po brzegi. Wyjazd na Pomorze i pomalowanie kuchni. Stolik na balkon i żyrandole do kuchni. I kogo to interesuje, skoro nawet dla mnie jest życiową papką. Nie, nie to że nieistotną. Jak dobrze zjem (np. Baraninę biryani masala albo sandacza z pieca) to jest to fantastyczna treść życia. Ale żeby ten akt kulinarnej przyjemności wymieniać jako ciekawy przypadek? Że co? Że jak nie lubię ryb a sandacz mi smakował to trzeba się podzielić ze światem tym doniosłym wydarzeniem? Zresztą może kiedyś opiszę tego sandacza. W sumie czemu nie. Przyda się w momencie gdy np. Stracę możliwość czucia smaków. Wtedy pozostaną tylko wspomnienia. Te wspomnienia.
Chyba słońce mi mózg wypaliło...
o
12:42
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
wtorek, 29 maja 2007
Upał
Dziś się wzięli za montowanie ostatniej dużej rzeczy w naszym mieszkaniu. Ostatnia szafa rozpoczęła poród. Poród bez przygód? To nie w naszym stylu! W pierwszej z dwu szaf do poprawki były tylko drzwi, w których zostały nawiercone dziurki na rączki z nieodpowiedniej strony. Dalej czekamy na poprawione drzwi. Teraz juz na wstępie okazało się że pomimo długich dyskusji na ten temat, projektant zapomniał uwzględnić w projekcie oświetlenia wewnątrz. Ale co tam. Będą dorabiać. Pytanie co tym razem spieprzą robotnicy? Nic? To jest niemożliwe. Na pewno jeszcze się wydarzy cos niezmiernie ciekawego. Jak to było z tym przekleństwem? Obyś żył w ciekawych czasach?
Upały ostatnie, tak wyczekiwane przeze mnie z utęsknieniem sprawiły, że moje kaktusy wreszcie będą miały szansę odrobinę urosnąć. Postawiłem je na zewnątrz balkonu od południowej strony i w tych warunkach maja wreszcie temperaturę i ilość światła niemalże jak w rodzinnych stronach. Druga zaleta takiej pogody jest bardziej ulotna. Otóż wracając ostatnio rowerem z pracy poczułem na krótkim odcinku ulicy zapach rodem prosto z hinduskiej ulicy. Nie ma w okolicy żadnych egzotycznych sklepów ani knajp, wiec zapach musiał powstać z nagrzanej wysuszonej ziemi zroszonej krótką i gwałtowną i burzą. Dość zaskakujące jednak było zetknąć sie przez chwilę z niezbyt dawno, ale jednak juz powoli przebrzmiałym wspomnieniem. Trzecią zaleta upałów, jest możliwość wytłumaczenia sobie i innym własnego otępienia umysłowego, które ostatnio nasiliło mi się do tego stopnia, że przestało to być denerwujące, a zaczęło być błogim stanem upojenia podobnym do działania THC. I to zupełnie bez żadnych używek!
Tyle. Dziś po prostu musiałem sie podzielić z klawiaturą taką prostą codziennością, zostawiając gdzieś z boku wszystkie te głupoty, które i tak do niczego nie prowadzą...
o
12:42
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
poniedziałek, 21 maja 2007
Zaręczyny
Skapitulowałem. Niepomny doświadczeń poprzedzających mnie pokoleń, niepomny ostrzeżeń statystyk, niepomny napomnień zatwardziałych kawalerów – skapitulowałem. Wybieram wspólne starzenie się, zamiast samotnej wolności. Wybieram papierową stabilizację, zamiast satysfakcji ryzyka wspólnego trwania. Wybieram szczęście drugiej połowy, zamiast wierności nastoletnim ideałom. Dojrzałość zgniotła mnie w swych kleszczach, bilans wyraźnie wskazał kierunek. Oświadczyłem się.
Dokładnie jedenaście lat temu wszystko sie zaczęło. Brazylijski serial najwyższa pora zamienić w dynastię. Łzy wzruszenia, piosenki-niespodzianki, szampan i krąg – trzeba ciągnąć teatr życia najlepiej jak się potrafi, najciekawiej jak można. Olać zarzuty kiczowatości, pieprzyć postmodernizm, sztuka to sztuka, życie to życie i koniec. Reszta jest trwaniem.
o
12:40
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
wtorek, 15 maja 2007
Egocentryzm
Nie jestem w stanie otrząsnąć się z obsesyjnej potrzeby myślenia na temat własnej osoby. Kilka dnie nieprzerwanego upojenia alkoholowego, megamelanż połączony z megalansem na szczycie Świętej Góry Przemienienia. Kilka dni odkrywania kolejnych granic zabawy, prowokacji, możliwości wpływu na otoczenie. Poza tym niezwykle silna potrzeba odreagowania nawarstwionych pokładów emocji, których wcześniej nie było kiedy rozładować. Codzienne trzeźwiejące kursowanie na dół i codzienne wejście na Górę w stanie coraz większej nietrzeźwości. Granie na czym tylko się da, na gitarze, harmonijkach, nerwach i stołach, pijackie pogadanki do białego rana, urywany sen od piątej rano, przerywany codziennie po dwu godzinach uczuciem głodu w ściśniętym żołądku... Ile tak można? Cztery, max pięć dni, by doprowadzić się do stanu gdy łapiący o piątej rano sen będzie trzymał 24 godziny, by móc zacząć od nowa.
Po co? Głowa inaczej pracuje. Umysł inaczej postrzega. Ma to w sobie coś z szamańskiej ekstazy. Różnica jest taka, że nie kontaktujesz się z duchami przodków i nie odkrywasz głębokich pokładów podświadomości, docierasz jedynie do podstawowej wiedzy na temat możliwości własnego organizmu i dostrzegasz odcienie tego samego świata, których bez tego nigdy byś nie dostrzegł, gdy zamknięty we własnych lękach boisz się o niektórych rzeczach nawet pomyśleć, bo przez głowę może przemknąć myśl o szaleństwie. Wrócić z takiej wyprawy bez ran na ciele i duszy – oto sztuka! Choć w tym przypadku zdecydowanie nie o sztukę chodzi.
Po kilku dniach szlaban i przymusowy sen bo postanowiłem zobaczyć Słowacki Raj, czyli przedsionek nieba. Chodziłem po wąwozach pomiędzy skałami, przechodziłem po kładkach i pod drzewami, lecz prawdziwa podróż trwała gdzie indziej, prawdziwy trip trwał w mojej głowie. Tak naprawdę wytrzeźwiałem chyba pod koniec wyjazdu po rozwaleniu sobie nosa i puknięciu się w czoło przy użyciu kilku zwalonych drzew.
Po powrocie, rozmowy z zaniepokojonymi przyjaciółmi dały znać, że podróż była chyba głębsza niż zwykle, eksploracja bardziej agresywna, bardziej inwazyjna, mój introwertyzm został zgłuszony w stopniu proporcjonalnym do wcześniejszego zdominowania mojej osoby. Gdzie mnie to zaprowadzi? Czy wywoła jakieś trwałe zmiany? Czy utwierdzi w obranej drodze? Czy moje intuicje są słuszne? Czy odmienne interpretacje zewnętrznych obserwatorów są bliższe rzeczywistości? Czy rzeczywistość jest dostępna intersubiektywnie? Czy jesteśmy leibnitzowymi monadami i wara innym od mojej głowy? Czy uwolnię się kiedyś od oceny innych? Czy stuprocentowa wewnątrzsterowność jest słuszna i prowadzi do właściwych rezultatów? Czy można być szczęśliwym będąc egocentrykiem? Czy można myśleć o Człowieku nie będąc egocentrykiem? Dobranoc.
o
12:39
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
wtorek, 6 marca 2007
Wspomnienie o DKF PodSpodem
Sam juz nie wiem, czy lepszym określeniem na stan moich wspomnień jest „pamiętam jak przez mgłę” czy też „pamiętam jak dziś”. Ale z uwagi na późną porę tamtego spotkania lepsze jednak będzie chyba pierwsze określenie. Najpierw daleka wyprawa z drugiego końca miasta gdzieś na ulicę Ciołka. Nie miałem w tej okolicy żadnych znajomych, więc czułem się, jakbym jechał do innego miasta, w deszczu i po nocy. Okolica ciemna, kino małe, kameralne, ale za to w kasie znajome twarze w nowych dla mnie rolach. Na ekranie Szulkin. Jak mi pasowały te filmy do tej scenerii i tego czasu! Science-fiction w orwoskich kolorach, w ledwo trzymających się kupy tekturowych dekoracjach, z małą ilością światła, świat naprawdę nie z tej ziemi. Zupełnie jak kino na Ciołka.
Po projekcji miało być spotkanie z reżyserem. Byliśmy wszyscy na pierwszym roku, dobrze sie jeszcze nie znaliśmy, w zasadzie się jedynie rozpoznawaliśmy. Drobne, chude szczawie gołowąsy, do których miał przyjechać Reżyser. Byłem sztywny jak sklejka. Wszyscy dookoła starali się wprowadzić w stan sztucznego luzu sącząc jakieś piwo, paląc papierosa za papierosem i opierając się nonszalancko o filary w luzackich pozach wygłaszając od czasu do czasu jakieś mądre zdania. Niestety wypowiadane kwestie miały wszystkie w sobie tyle głębi, że żadnej nie zapamiętałem.
Nie pamiętam, już dzisiaj czy Szulkin zaczął od spotkania w sali, pamiętam, że w zasadzie zbierał sie do wyjścia gdy zaczęliśmy nieoficjalnie naprawdę Rozmawiać w poczekalni. Jak ludzie sie juz rozeszli, ktoś sie zakręcił, nagle sie pojawiły krzesła i popielniczka i to gawędzenie tuż przed wyjściem trwało do trzeciej w nocy. Sztywność do końca nie znikła, ale atmosfera na tyle się rozluźniła, że kilka osób z tych, które miały coś do powiedzenia usilnie zaczęło się starać uzyskać odpowiedź na swoje pytanie. Wojtek Klata ciągnął mistrza za język na temat warsztatu. Jacek Karnowski trzecim uchem paląc Westa rozważał sens bycia we współczesnym świecie i rolę wartości w ludzkich działaniach. Szulkin kluczył by nie odpowiadać wprost, może dlatego że nie znał odpowiedzi, może dlatego, że wolał aby pytający sam ją odnalazł, jednak przypierany do muru w końcu artykułował swoje zdanie. Monika Stec wychwytywała niekonsekwencje w słowach Mistrza, a ja tylko stałem i patrzyłem chłonąc każde słowo czekając, aż wreszcie usłyszę cos istotnego. W jakiś klasycznie tajemniczy sposób czas i hierarchie straciły znaczenie i było tak jak trzeba.
W końcu Mistrz zaczął utyskiwał na poziom umysłowy kandydatów na reżyserów przychodzących na wstępne egzaminy do łódzkiej filmówki. Dowodem na ignorancję kulturową była na przykład deklaracja zabrania miedzy innymi wódki Szopen na bezludną wyspę jako czegoś przypominającego o polskości. Żeby to jeszcze była Wyborowa! Przyjeżdżają tacy seatem cordobą na egzamin i nie mają absolutnie nic do zaproponowania. Nagle pojawiła się w szkołach filmowych spora grupa ludzi mających pieniądze, ale niestety kompletna pustkę w głowach. Utyskiwania trwały pomimo wszelkich prób wniknięcia głębiej w tworzywo twórcze, w tajniki języka filmowego czy sztuki w ogóle i nic nie było w stanie zakłócić tego potoku dowodów na niemożność odnalezienia się w otaczającym świecie. Pewnego smaczku dodawał fakt, że sam Mistrz przyjechał na spotkanie... seatem cordobą. Nie zmienia to faktu, że wieczór trwający prawie do rana był naprawdę wieczorem magicznym.
Zapytany przeze mnie po kilku latach na innym spotkaniu Szulkin o to, czy dalej uważa, że młode pokolenie nie ma nic do powiedzenia, czy też może coś sie w tym względzie zmieniło, odpowiedział, że ludzie z wiekiem łagodnieją i jego też to dotknęło, i ma większą tolerancję na wiele rzeczy, na artystyczne postawy młodych adeptów filmówki również. Może artyści później dojrzewają po prostu :) Albo dziecinnieją na starość.
Parę lat później, już u Węgrów na Marszałkowskiej gościliśmy Wojciecha Hassa. Poza bardzo ciekawymi opisami przygotowań reżysera do pracy, tego jak każda scena musi być rozplanowana wcześniej na kartce, każdy ruch aktora wcześniej zaplanowany, każdy ruch kamery wyliczony na otrzymanie określonego efektu, uwagę Hassa zajmowało w największym jednak stopniu skretynienie obecnych decydentów na wszelkich możliwych etapach rozdzielania funduszy na kino. W zasadzie jedyną przyczyną wszelkich bolączek współczesnego kina jest niewłaściwe dysponowanie pieniędzmi i całkowita ignorancja artystyczna wszelkich osób mających wpływ na finanse kinematografii. Czasami zastanawiam się w jakich proporcjach artyści naprawdę myślą o materii swojej twórczości w stosunku do myślenia o powodach niemożności realizacji artystycznych zamierzeń i dlaczego te powody są zawsze finansowe?
Dużo ciekawszy opis sytuacji usłyszałem od Bogusława Lindy, który postanowił promować scenariusze młodych polskich scenopisarzy, ale niestety: pojawiają się albo scenariusze kompletnie czarne, ciężkie i depresyjne albo po prostu głupie. Jak jest dobry scenariusz to jest niezwykle mroczny. A nie można kręcić przecież samych mrocznych filmów. W efekcie bardzo mało jest scenariuszy, które można zrealizować w formie filmu.
Spotkanie z Bogusiem było w ogóle bardzo zabawne. O tym że po filmie „Przypadek” będzie Boguś wiedziała jedynie garstka osób. Z obawy przed szturmem rozszalałych fanek nie było o tym szerszej informacji. Po projekcji, gdy widownia opuszczała już powoli kino, wszedł po schodach do salki klubowej niepozorny niski facet w skórzanej kurtce, trzymając się za daszek szoferki naciągniętej głęboko na oczy. Drzwi szybko zostały zamknięte, ale i tak sporo czasu zabrało przekonanie kilku osób, że spotkanie ma charakter zamknięty i że nie ma więcej wolnych miejsc. Linda nie dał się zbić z tropu żadnym nawet najbardziej bezczelnym pytaniem i z humorem opowiadał o swojej diagnozie filmu w Polsce. Wspominam o tym spotkaniu dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych dyskusji, tutaj naprawdę dowiedziałem się czegoś nowego. O depresji i fascynacji ciemnością młodych twórców, o powodach dewaluacji jakości filmów - „nie gram w filmach moralnego niepokoju bo takich filmów po prostu nie ma. A poza tym lubię po prostu się dobrze bawić, a skoro mi jeszcze za to płacą, to dlaczego mam tego nie robić?” O próbach przełamania impasu i o nadziei na przyszłość zbudowanej na poczuciu falowej natury społecznych procesów.
Anegdot ze spotkań w DKFS można opisać jeszcze wiele. O dziadku-referencie, który po projekcji wróżył dziewczynom z ręki, o imprezach z Akoszem, operatorem kina u Węgrów, o koncertach fortepianowych po projekcji, o aferze z filmem o Amwayu i o wielu innych kameralnych wieczorach z reżyserami i krytykami z pierwszych stron gazet. Ale trzeba robić wybór, bo przecież kogo to tak naprawdę interesuje? ;-)
o
11:26
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
piątek, 24 listopada 2006
Marzenia?
W szeregi moich myśli zakrada się rezygnacja. Tracę zainteresowanie kolejnymi aspektami życia. Uciekam w świat literatury, rozmawiam tylko przez internet. Kontakty z żywymi ludźmi to zawsze jedynie pozór, gra, aktorstwo. Tak zwanych „prawdziwych relacji” brak. Brakuje ich coraz bardziej. Coraz bardziej przewrażliwiony jestem na przejawy braku zainteresowania moją osobą ze strony świata. Coraz bardziej dotykają mnie coraz mniejsze gesty olania. Zagłębiam się w jakiejś chorobie, której nazwy nie znam. I nawet mnie to nie interesuje.
Czy o czymś jeszcze marzę? Marzę jedynie o chwili spokoju, o kilku dniach, w czasie których nikt nie będzie ode mnie chciał bym cos dla niego zrobił, ani nie będzie miał do mnie o coś pretensji. Marzę o śnie, marzę o nic nie robieniu. Marzę o takim czasie, po którym poczuję ta nudę, która pcha człowieka do działania, tą fantastyczną nudę, która sprawia, że czujesz w sobie energię do przeniesienia góry i czekasz tylko na impuls. Nuda to trampolina, na której rozbujane pragnienia dostają kopa do realizacji. Czy to są marzenia zdrowego człowieka?
Czy nie brak mi w życiu na przykład miłości? Albo pieniędzy? Albo przyjaciół? Albo sensu życia? Albo innego gówna, które pochłania identyfikację każdego nastolatka doprowadzając go na skraj samobójstwa. (Kurcze, może to nie najszczęśliwsze spostrzeżenie w czasie, gdy gdańskie wypadki mogą nasunąć błędne interpretacje) Nie, całą energię wkładam w zabicie w sobie tamtych pragnień. Jak nie możesz wroga pokonać to musisz go pokochać. Albo: wyzwól się z pragnień, one bowiem czynią cię nieszczęśliwym. No to staram się wyzbyć. Czy chcę żeby mi się udało? Nie wiem. Dlatego napisałem, że marzę JEDYNIE o spokoju. Czy to nie jest pragnienie psa? Nie wiem, nie umiem dogadać się z psami...
o
11:41
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
poniedziałek, 25 września 2006
Remonty
Nie ma czasu usiąść i pomyśleć choć przez minutę o niebieskich migdałach, a co dopiero stukać w klawisze... Remont mieszkania jest dość traumatycznym przeżyciem i zgodzą się z tym chyba wszyscy, którzy go przechodzili. Trauma remontu nie polega chyba jednak tylko na patrzeniu, jak Twoje mieszkanie jest niszczone, jak wszystko pokrywa się pyłem, przed którym nie sposób uciec, który wnika we wszystko i pokrywa ciało juz po pięciu minutach przebywania w remontowanym mieszkaniu. Trauma polega głównie na tym, że nigdzie indziej nie czułem się tak zlewany przez kogokolwiek. Robotnicy, których jestem klientem, wyznają dokładnie przeciwne zasady, tym które obowiązują w normalnym, to znaczy niezdrowym i połączonym z wyścigiem szczurów, biznesie. Mają totalnie gdzieś dotrzymywanie terminów, robienie rzeczy zgodnie z wytycznymi, czy jakiekolwiek myślenie o pomyślności klienta. Oczywiście przy rozmowie potakują każdemu Twojemu słowu, na każdą spieprzoną rzecz znajdą tysiące uzasadnień i każdy termin przesuwa się nie z ich winy.
To, że jeden kaloryfer przykręcany jest przez cały dzień, a praktycznie przez te 20 minut, gdy jestem na miejscu i patrzę hydraulikowi na ręce - to nie ma żadnego znaczenia - dzisiaj było mnóstwo roboty. No w sumie fakt. Odpakowanie grzejnika i wypicie piwa zajmuje kupę czasu. Podobnie elektryk, który robotę przeznaczoną na 3 dni (wg jego słów) wykonuje w trzy tygodnie, nie widząc w tym nic niestosownego ani nic dziwnego. I nie ma znaczenia fakt, że o godzinie 14 w sobotę zostaje uprzedzony, że przyjdę jeszcze raz o godzinie 18 - nie przeszkadza mu to wykuć 20 cm rowka pod kabel i usnąć jak dziecko na zapylonej podłodze przy otwartych drzwiach. Aż się przestraszyłem czy mu się cos nie stało. Ale nie. Te 20 cm rowka to był fajrant na dzisiaj i tego dnia był juz zbyt zmęczony, a następny raz przyszedł po 3 dniach.
Najgorzej jak weźmiesz robotników z polecenia - wtedy głupio jest ich wyrzucić, ochrzanić, zrobić cokolwiek, bo przecież robią ci po znajomości po kosztach. Zadzierając z nimi po pierwsze narażasz się na to że zamurują ci jajko w ścianie, a po drugie robisz przykrość znajomości. Ale bez znajomości nie masz już żadnej gwarancji i w efekcie kierując się instynktem wybierasz coś znanego niż coś obcego. Skutki potrafią być opłakane. Użerasz się i tak, a ręce są spętane.
o
11:38
2
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
poniedziałek, 18 września 2006
dosyć ideologizowania
Dosyć już jałowego wołania na puszczy o prawdę, o poszanowanie dla właściwych znaczeń pojęć, o właściwą pamięć historyczną. Zawsze gdy biorę udział w tego typu słownych przepychankach rozmówcy sprowadzają każdy problem do kwestii w rodzaju: ten twój PiS którego tak bronisz też kradnie, Kurski kupił sobie leśniczówkę za pół darmo, a radio Rydzyka założone jest za kasę agenta, więc PiS jest jeszcze gorszy od SLD i wszystkich poprzedników razem wziętych, bo wyciera sobie gębę farmazonami o sprawiedliwości, mając na widoku tylko własny interes. Gdy zwracam uwagę, że mi nie chodzi o obronę PiS-u, a o obronę pewnych wartości, których w Polsce nie ma, obojętnie czy po prawej czy lewej stronie, bo zło nie zostało nazwane w odpowiednim momencie złem – znowu słyszę: tak! Po 17 latach PiS-owi w głowie tylko rozliczenia i poszukiwania urojonych układów, a gospodarka leży! W Polsce nie da się porozmawiać na jakikolwiek temat ideologiczny, bo od razu latają ciupagi politycznych szufladek. Nie wiem, czy jest to przypadłość polska (powiedzenie, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania powinno być zastąpione zdaniem, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy dyskusje), czy też jest to przypadłość post-sovieticusa, ale to pewnie jacyś mądrzy ludzie zdefiniują.
Tymczasem z wszelkich tych dysput i z wszelkich tekstów wyziera jedynie wszechogarniająca obezwładniająca nuda. Zatem chyba trzeba coś z tym zrobić i albo wprowadzić element sensacji, albo po prostu zaprzestać tych pseudo-intelektualnych zabaw, będących efektem erupcji frustracji niedowartościowanego ego. A ponieważ do sensacji mam predyspozycje jedynie podczas podróży - zatem nie pozostaje mi nic innego jak po prostu się zamknąć.
o
11:37
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli
środa, 13 września 2006
Tatry
Zawsze marzyłem, aby przejść się po skałach, o których pisał stary Witkiewicz, z których spadł Karłowicz i o których opowiadali znajomi. Ładna pogoda, góry i adrenalina zagłuszająca zmęczenie. Marzenie o Granatach czy Kościelcu pewnie jeszcze jakiś czas zostanie nie zrealizowane, ale kilka dni temu przeszedłem się wreszcie po skałach, na które moja druga połowa miałaby chęć ale brakuje odwagi. Pojechaliśmy z grupą znajomych w słowackie Tatry Wysokie.
Pierwsza rzecz: kupa ludzi jak to w Tatrach, choć jednak bardziej rozciągnięta w przestrzeni. Ludzie wszędzie na szlaku, ze zdecydowaną przewagą Polaków. Zaskoczyła mnie spora liczba Węgrów i niska frekwencja samych Słowaków. Mniej niż w polskich górach było także trampkowiczów i pań na szpilkach. Być może w te rejony trudno jest dotrzeć w kilka godzin.
Druga rzecz: schroniska dużo bardziej surowe, o architekturze blaszanego baraku. Szczególnie te w wysokich górach. Nie bardzo rozumiem, jak nie zawalają się pod śniegiem te płaskie dachy. I zaopatrzenie przynoszone faktycznie na plecach. W jednym schronisku widzieliśmy rekordy tragarzy, którzy na własnych plecach przynieśli do poszczególnych schronisk od 160 do 201 kg. Niestety w pierwszej chwili nie skumaliśmy o co chodzi i nie zapisałem jako ciekawostki które schronisko jaki dzierży rekord.
Trzecia sprawa: góry. Dziś już chyba nikt nie chodzi w góry by szukać samotności kontemplacji i skupienia. Nie sposób tego zaznać w tym zadeptanym przez turystów regionie. Jeszcze może w Gorganach czy Czarnohorze (z tych najbliższych nam gór) można iść przez tydzień nie spotykając żywej duszy. Ale tam też pewnie się to zmieni, jak codzienność trosk zejdzie do poziomu pozwalającego korzystać z życia. Jest jednak w wysokich skalistych górach coś, co pozostanie chyba niezmienne, pomimo widocznych z daleka sunących wydeptanymi ścieżkami ludzkich mrówek. Tą rzeczą przyciągającą jak magnes jest przejmujący i nieprzemijający majestat. Szczególnie teraz, gdy jakiekolwiek resztki majestatu szargane są z niezwykłą zaciekłością, gdy ostatnie wyspy zamieniane są w bagno, teraz to doświadczenie wielkości pozbawione ludzkiego udziału, ludzkiego wymiaru pozwala uporządkować sobie świat i wartości własnego marnego życia.
o
11:36
0
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli