aktualizacja w weekendy ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 września 2015

Dziecko i Opera Pekińska

Dziś w Łazienkach jest jakiś koncert, może weźmiesz dzieci – powiedziała Żona. Poszliśmy zatem na spacer i po obejrzeniu oczyszczonego Portu Czerniakowskiego dotarliśmy do Łazienek. Wejście od Agrykoli, niedawno otwarty Ogród Chiński, w pawilonie rozstawione mikrofony, pan za konsoleta potwierdza: tak, będzie koncert, opera pekińska…

Cóż, nie jest to może muzyka dla dwulatka, ale kto wie. Umysł młody, świeży, nieskażony, otwarty na wszystko… Może nawet zbyt otwarty…

Na scenę weszła piękna drobna dziewczyna o skośnych oczach i łamaną polszczyzną oznajmiła, że Pan Li Qikun - profesor Tianjin University of Technology, obecnie pofesor z Vistula University, dyrektor Instytutu Konfucjusza przy Vistula University, jest prywatnie wielkim miłośnikiem Opery Pekińskiej, a także praktykiem, wszak ten Mistrz Aktor Opery Pekińskiej w zeszłym roku nagrodzony został medalem w konkursie Opery Pekińskiej organizowanym przez telewizję CCTV w Chinach. Faktycznie obok dziewczyny stał już Pan w garniturze, jak się okazało nie w celu powitania szacownych gości, a w celu wykonania utworu.

Gdy zaczął się koncert spora część publiczności wydawała się być nieco skonsternowana, jakby nie wiedzieli czego się spodziewać. Na szczęście z trudem powstrzymywany wybuch nerwowego śmiechu znalazł uzasadnienie inne niż poważny Chińczyk w garniturze piejący wysokie tony Pekińskiej Opery: stłumiony chichot rozlał się po widowni, zaś palce dyskretnie usprawiedliwiały reakcję właścicieli wskazując na zadziwione miny malujące się na twarzach dzieci.



Gorzej było po powrocie do domu. Dwulatek bardzo zagustował w Pekińskiej Operze i od miesiąca mam codzienny koncert chińskiej muzyki. Tak to się kończy kontakt dzieci z kulturami świata…

piątek, 27 lipca 2012

Kosiarki o 6 rano

Leżąc w gorączce nie byłem pewny, czy to szum krwi dudniącej w uszach czy dźwięki z piekła rodem. Powoli docierało do mnie, że to jednak zupełnie na jawie ktoś warczy motorem bez tłumika w sąsiednim pokoju mojego mieszkania. Kolejny dzień z rzędu zostałem obudzony jakimś potwornym warkotem spalinowej kosiarki albo innej piekielnej maszyny do pielęgnowania przytulnej zieleni naszego parku. Byłoby to nawet zrozumiałe, wszak trzeba od czasu do czasu skosić trawę. Jednak czy na pewno 6 rano to najlepsza pora na takie działania?

Postanowiłem napisać list do Prezesa firmy, która wygrała przetarg z Miastem na pielęgnację naszego parku. Jeśliby Prezes zasłonił się wymaganiami umowy, trzeba by napisać do urzędu Miasta, żeby nie tworzyło umów nie pozwalającym mieszkańcom wyspać się przed kolejnym dniem pracy. Okazało się, że firma podeszła do sprawy profesjonalnie i ze zrozumieniem. A do urzędników i tak trzeba będzie napisać, mam ciągle nadzieję, że piekielne zapisy zobowiązujące do torturowania mieszkańców są efektem jedynie bezmyślności, a nie celowego działania.

Poniżej list do Prezesa firmy AG-COMPLEX:

Szanowny Panie,

Piszę w sprawie prac konserwacyjnych prowadzonych przez firmę AG-COMPLEX na terenie parku Rydza-Śmigłego, w okolicach skrzyżowania ulic Wilanowskiej i Czerniakowskiej.

Piszę bezpośrednio do Pana, ponieważ sprawa wydawałoby się dość oczywista jest przez Pańskich pracowników ignorowana. Chodzi o taką prozaiczną kwestię jak dzienna organizacja pracy ekip zajmujących się konserwacją parków. Otóż zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego prace generujące duże natężenie hałasu są wykonywane w godzinach 6-9 rano? Nie każdy musi się zerwać z łóżka o 5 rano by na 6 rano zdążyć do pracy. Po godzinie 9 park cichnie i wykonywane są prace nie wymagające stosowania hałaśliwych urządzeń. Czy naprawdę nie można odwrócić kolejności i dać się ludziom wyspać przed kolejnym dniem pracy? Czy naprawdę muszę mieć codzienną pobudkę o 6 rano zamiast o zaplanowanej 7:30?

Gdyby problem zdarzał się sporadycznie mógłbym to zrozumieć. Ale to sprawia wrażenie, jakby pracownicy poinstruowani filmem "Dzień świra" postanowili z premedytacją dokuczyć osobom, które idą do biura na późniejsza niż 6 rano godzinę. Od wiosny hałasują o świcie kosiarki, natomiast na jesieni liście nie są grabione tylko zamiatane hałaśliwymi odkurzaczami o natężeniu dźwięku dobrego motocykla. W zimne dni przy zamkniętych oknach można to jeszcze wytrzymać, ale w gorące letnie noce budzi mnie codziennie dźwięk spalinowego silnika, który zdaje się pracować w sąsiednim pokoju. Na prośbę o odwrócenie kolejności prac robotnicy reagują jak w PRL-u: "cisza nocna jest do 6 rano, a my mamy takie wytyczne i musimy się ich trzymać." Czy Pan może te wytyczne zmienić?

Rozumiem konieczność używania hałaśliwego sprzętu do konserwacji dużych przestrzeni parkowych. Nie rozumiem natomiast konieczności ich używania akurat w godzinach 6-9 rano, zwłaszcza w kontekście długich okresów ciszy w pozostałych porach dnia.

Uprzejmie proszę o interwencję i zmianę grafika dziennych prac na bardziej przyjazny dla mieszkańców budynków otaczających park.

Z poważaniem -
Igor Czajka

A oto profesjonalna odpowiedź firmy (miejmy nadzieję że nie będą to puste deklaracje):

Szanowny Panie,

Przysyłam Panu informację o sytuacji z nadzieją, że takich spraw jak "z dnia świra" będzie coraz mniej.

W odpowiedzi na Pana e-mail z dnia 26 lipca 2012 r. pragnę wyrazić ubolewanie z powodu uciążliwości jakie odczuwają mieszkańcy budynków sąsiadujących z parkiem "Rydza – Śmigłego” w okolicach skrzyżowania ulic Wilanowskiej i Czerniakowskiej w czasie wykonywania przez naszą firmę prac ogrodniczo – porządkowych.

Chcę jednak poinformować Pana o okolicznościach, które sprawiają, że hałaśliwe urządzenia spalinowe pracują już od wczesnych godzin rannych.

Sąsiadujący z blokami plac zabaw dla dzieci ma być zgodnie ze zleceniem codziennie wysprzątany do godz. 8.00 rano. Zmusza nas to do rozpoczęcia prac odpowiednio wcześniej. Ze względu na tzw. bezpieczną nawierzchnię sztuczną na placu ( trudną do zamiatania ręcznego) używamy urządzeń spalinowych.

Raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie mamy zlecenie posprzątania alejek parkowych do godziny 8.00 rano. Termin wykonania oraz duża powierzchnia alejek w całym parku, powodują konieczność użycia urządzeń spalinowych.

Koszenie trawników odbywa się natomiast raz w miesiącu i trwa 2 do 3 dni.

W trosce o spokój mieszkańców, pomimo niedogodności organizacyjnych dla naszej firmy, podejmiemy następujące działania ograniczające uciążliwość powodowaną przez hałas:

- koszenie oraz sprzątanie alejek będziemy rozpoczynać od terenów jak najbardziej odległych od budynków mieszkalnych

- codzienne sprzątanie placu zabaw będziemy starali się przeprowadzać ręcznie, używając urządzeń spalinowych tylko sporadycznie po nagromadzeniu się zanieczyszczeń, których nie można usunąć inaczej.

Pozostając w nadziei na satysfakcję mieszkańców z podjętych przez nas zmian organizacyjnych,

z poważaniem
Dariusz Żukowski
AG-Complex Sp. z o.o.

piątek, 15 maja 2009

Planet Doc Review - organizacyjna porażka

Zacinające się filmy, niezsynchronizowane napisy i niedziałające mikrofony to znak firmowy festiwali filmowych organizowanych w warszawskiej Kinotece. Wielkie nazwiska, wybitny repertuar, ciekawe osobowości stanowią niezwykły kontrast dla technicznego partactwa. To zdumiewające, z jak wielkim lekceważeniem organizatorzy festiwalu podchodzą do oczywistych wydawałoby się podstawowych spraw technicznych. Można by różnego rodzaju wpadki wytłumaczyć i próbować usprawiedliwiać brakiem doświadczenia, ale festiwale i przeglądy organizowane są już od wielu lat, a poziom i rodzaj problemów wcale się nie zmienia.

Czy naprawdę tak trudno sprawdzić film przed jego puszczeniem? Sprawdzić czy Płyta DVD przywieziona z drugiej półkuli jest prawidłowo odtwarzana w warszawskim odtwarzaczu? Rozumiem zaskoczenie przy jednym z pierwszych filmów, ale jeśli piąty film z rzędu zacina się w tym samym miejscu z powodu nieobsługiwania przez odtwarzacz drugiej warstwy DVD to zakrawa na paranoję! Taki stan rzeczy miał miejsce przy jednym z przeglądów dalekowschodniego kina.

Planet Doc Review nie ustrzega się tych samych, ciągle nierozwiązanych problemów. Napisy pokazują zupełnie co innego niż słowa aktorów. W trakcie niemal każdej dyskusji z reżyserem przestaje działać mikrofon. Gdy już jest przynoszony rzekomo działający, jest nieużywany pomimo protestów anglojęzycznej publiczności, która tez jest zainteresowana wypowiedziami gościa. Wygląda to wszystko tak, jak by organizatorzy zatrudnili przypadkowych przechodniów, którzy posługują się sprzętem kupionym na pchlim targu. Doprawdy położone w świetnym miejscu kinowy kompleks kulturalny, ze świetnymi pomysłami i znakomitym repertuarem mógłby naprawdę odrobinę zadbać także o te bardziej przyziemne organizacyjne sprawy. Kwestie finansowe nie mają tu nic do rzeczy. Jeśli tani bezprzewodowy mikrofon nie działa można użyć pięciokrotnie tańszego mikrofonu kablowego z odpowiednio długim kablem. Żeby zsynchronizować napisy z filmem trzeba po prostu go wcześniej obejrzeć, a synchronizacji może dokonać osoba z minimalna znajomością obsługi komputera.

Pokonanie tych pozornie nieprzekraczalnych trudności jest możliwe. Udowadnia to za każdym razem inny polski festiwal Nowe Horyzonty, którego pokazy zawsze są dopięte na ostatni guzik, obojętnie czy odbywają się w warszawskim Muranowie, czy dalekim Cieszynie. Natomiast o fakcie, że w kinotekowym barku od jakiegoś czasu nie można dostać ani kawy ani żadnego innego batonika - wspominać o tym w powyższym kontekście chyba nie warto...

piątek, 20 marca 2009

Schody i schodki - 17 akcja GTWb

Patiomkinowskie schody w Odessie mocno mnie rozczarowały, po prostu rząd stopni, które po prostu ciągną się prosto do morza. Warszawa też ma swoje schody ciągnące się prosto do Wisły. Leżą sobie spokojnie w Ogrodach Frascati łącząc Plac Trzech Krzyży z pomnikiem Sapera.





Pokonanie ich rączym susem gwarantuje zdrową zadyszkę, lecz na górze można uspokoić oddech podziwiając bulwar, kolorowa fontannę lub malowniczo ukryty między drzewami pałacyk Muzeum Ziemi, od którego oddziela nas jeszcze kilka kolejnych stopni:



Nad Wisłę można zejść wieloma schodami. Na przykład tymi pięknie odnowionymi obok Syrenki...



...można dojść do miejsca, gdzie głodna rzeka zaczęła pochłaniać schody do niej prowadzące. Pojona niczym smok wawelski wodami z wiosennych roztopów zagryza sobie czasem a to kawałkiem betonu, a to jakimś krzaczkiem...



Na koniec ulubiony plener Piotra Szulkina, czyli kosmiczne schody Mostu Poniatowskiego w najróżniejszych wydaniach:







I tyle. Tym razem bez wiersza, bo żaden mi nie pasuje...

wtorek, 20 stycznia 2009

XV Akcja GTWb - Powrót do przeszłości

Przeszłość wracająca w różnych formach dopada nas za rogiem. Czasem przybiera formy wulgarne, jak na przykład wspomnienie kapitalnego remontu mieszkania:



Czasem przybiera formę sztuki, która zaczepia nas na ulicy umożliwiając nam powrót do czasów kuglarzy i obieżyświatów, którzy prowadzili widownie w świat ludycznych przedstawień. Odgrzebałem gdzieś kilka fotek z warszawskiej Starówki latem 2005 roku. To był jeden z ostatnich razy, kiedy wybrałem się na pokazy Sztuki Ulicy. Wtedy dotarło do mnie po raz pierwszy uczucie starości: kurcze, mnie to przestało kręcić...



Aczkolwiek pokaz Węgrów, pomijając fakt, że znaczeniowo był kompletnie nieczytelny, wizualnie naprawdę przemawiał do wyobraźni:







kiedyś

słomiane dachy
ściany bielone wapnem
zęby czasu
zagryzają wargi

pamięć wykuta w skale
obrazy niezniszczalne
aż do końca
trzymają w napięciu

koła roweru
grzęzną w piasku
niedomówień
w środku lasu

pola i topole
były bardziej zielone
zawsze kiedyś
nigdy dzisiaj


wtorek, 18 listopada 2008

Ulica Profesorska

Wróciłem ze Sri Lanki i żyję, ale praca dorwała mnie i trzyma mocno. Zatem garść refleksji będzie nieco później, a tymczasem kilka zdjęć z jesiennego powiślańskiego spaceru. Cicha ulica Profesorska urzekła klimatem żywcem przeniesionym z Pragi. Zawsze gdy natykam się na takie miejsca, dociera do mnie, że to nasza polska buńczuczność sprawiła, że tak rzadko zachowały się perełki jak na przykład Zamość. Chmary obcych nie mogły sobie pozwolić na zostawienie nienaruszonej tkanki zdobywanych miejsc. Polacy i bez tego są zbyt mocni, by ich tolerować.



Czeska to stolica? Czy polska?



poniedziałek, 20 października 2008

Deszcz, jesienny deszcz - XII Akcja GTWb

Jak już wspominałem w poprzednim poście, tegoroczna jesień nie przestaje mnie zachwycać. Kolorowe liście przez większość czasu oświetlone są jasnym słońcem. Sporadyczny deszcz nie męczy, tylko uzupełnia różnorodność świata. Depresja jesienna jest w tym roku nieobecna, przynajmniej na razie.

Jak by tych cudów było mało, upolować można jeszcze od czasu do czasu na pochmurnym szarym niebie kolorową tęczę. Perliste krople na tle złotych liści, podświetlone od tyłu słońcem. Przyroda jest wybitnie łaskawa i hojna w tym roku jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. (Może to po to, by złagodzić stres związany z zawałem rynków finansowych?) Jedno jest pewne: jest co oglądać, choć żadne zdjęcia tego nie oddadzą:






Deszcz

kap
spadają słowa
plusk
w znaczeń kałuże
w piasek doświadczeń
wsiąka
idea

kap
kropla po kropli
plusk
drążony minerał
słowami rzeźbiona
wenus
ideał


środa, 15 października 2008

Zmiana tematu

Ostatnio nastąpiło spodziewane zmęczenie materiału. Muszę sobie zrobić przerwę od tematów azjatyckich i dla odpoczynku zamieszczę parę luźniejszych fotorelacji z najbliższego otoczenia. Zbiegło się bowiem to zmęczenie z nawałem zajęć w pracy i poza pracą, co skutkuje totalnym brakiem czasu nawet na odczytanie maili od znajomych oraz z przepiękną w tym roku polską złotą jesienią, która nie przestaje mnie zachwycać. Zatem na początek trochę kolorów, których próżno szukać w realnym świecie ;-)

Kolory w codziennej drodze do pracy:





I jeszcze odrobina kolorów nad Wisłą:



A w sobotę skorzystaliśmy z bliskiego sąsiedztwa teatru Ateneum i wybraliśmy się na "Kolację dla głupca". Sztuka lekka, śmieszna i przyjemna. Aktorstwo - rewelacyjne!!! Nie lubię Tyńca, ale w roli tytułowego głupca był po prostu boski! Reszta aktorów także na najwyższym poziomie. Czysta przyjemność - polecam każdemu z czystym sumieniem.


poniedziałek, 6 października 2008

Budyń z soczkiem

Na moje imieniny pogoda sprawiła mi słoneczny prezent pozwalający cieszyć się całą krasą polskiej złotej jesieni. Poszliśmy więc z żoną do parku, aby podziwiać wszystkie kolory jesiennej tęczy. Zrobiło się tak błogo i słodko, że brać należy pod uwagę poważne niebezpieczeństwo wystąpienia mdłości, stąd taki a nie inny tytuł noszący znamiona poważnego ostrzeżenia.



Młode Pary robiły sobie plenerowe zdjęcia w Parku Ujazdowskim...



...więc uciekliśmy do Łazienek, gdzie krzyki pawi przeplatały się z krzykiem dzieci.



Jakby krzyków w parku było mało, pojawiła się krzycząca papuga, która na chwile uciszyła rozwrzeszczane dzieci:





Na szczęście można jednak w łazienkach znaleźć także krótką chwilę ciszy i spokoju (tak, wiem, mnie też to wydaje się niemożliwe) i pogadać z polną myszą, która dostrzegła wreszcie ten fakt, że małe dziewczynki i niewiele więksi chłopcy piszczą ze strachu, a nie po to żeby zagrzać się do ataku. Zatem niewiele sobie robiąc z przechodniów zajadała się resztkami jakiegoś jedzenia upuszczonego przez krnąbrnego bachora:





Wszystkie zdjęcia zrobione są telefonem komórkowym, co sprawia że może nie są one najwyższej jakości, ale jednocześnie pozwalają wyobrazić sobie rzeczywistą odległość od nieustraszonej myszy. Czy myszy mogą być wściekłe?...

sobota, 20 września 2008

Komunikacja miejska

Jest to wpis na 11. Akcję GTWb: Komunkacja miejska.

8 lipca 2008 r., jechałem jak codzień do pracy na rowerze. Ok. godziny 8:40 w okolicach skrzyżowania ul. Kruczej i Al. Jerozolimskich zostałem obrzucony wyzwiskami przez kierowce autobusu linii nr 105, jadącego w kierunku Dworca Centralnego. Nr boczny autobusu mogłem źle zapamiętać, bo jadąc na rowerze nie miałem go jak zapisać: 8334. Wcześniej kierowca tego autobusu wyprzedził mnie używając klaksonu, a następnie, przy następnych światłach groził mi, że mnie rozjedzie, używając przy tym słów, których nie przytoczę, bo pozwolą zakwalifikować ten mail do kategorii: nie wymagający odpowiedzi.

Kolejny raz przypomnę że rowerzysta jest pełnoprawnym uczestnikiem ruchu. Uprzejmie proszę pouczyć o tym kierowców ZTM-u. Kultura jazdy na naszych drogach poprawia się z roku na rok, jednak ciągle (na szczęście coraz rzadziej) zdarzają się opisane wyżej sytuacje. Należy im przeciwdziałać uświadamiając kierowców, że tego typu zachowania są jak najbardziej niewskazane. W tym przypadku nie nastąpiło bezpośrednie zagrożenie życia a jedynie słowna groźba. Zdarzyło mi się jednak jakiś czas temu sytuacja w której kierowca autobusu mijając mnie-rowerzystę zwolnił i fizycznie zepchnął na chodnik. Gdyby nie niski w tym miejscu krawężnik, który pozwolił mi jakimś cudem wskoczyć z rowerem na chodnik - mógłbym dziś nie pisać tego maila. Także to nie są fanaberie fanatycznego rowerzysty tylko apel o poprawę kultury jazdy na drodze i co za tym idzie, apel o poprawę bezpieczeństwa. Kierowcy ZTM-u nie powinni chyba stanowić wyjątku w stosowaniu przepisów drogowych tylko dlatego, że mają duże pojazdy.


List tej treści wysłałem do ZTM-u. Wyszedłem z założenia, że należy reagować na takie przypadki, apelując o zmianę kultury organizacyjnej firmy, bo w ten sposób można powoli zmieniać mentalność kierowców. Jeden dostanie ochrzan, będą rozmawiać o tym między sobą, wyklinać na "pieprzonych rowerzystów", którzy nie dość że przepychają się pomiędzy samochodami, to jeszcze tarasują drogi, ale jednocześnie będą na nich bardziej uważać, bo ci rowerzyści są "popieprzeni" do tego stopnia, że wysyłają później oficjalne skargi i tylko nieprzyjemności z tego mogą być.

Po ponad miesiącu, w czasie którego list mój krążył od ZTM-u do MZA, od MZA do odpowiedniej zajezdni, dostałem oficjalne pismo, w którym poinformowano mnie, że zidentyfikowano kierowcę opisanego kursu, została przeprowadzona z nim rozmowa i kierowca przedstawił swoją wersję wydarzeń. Rowerzysta nie dość, że przeciskał się pomiędzy samochodami stwarzając zagrożenie dla siebie i innych, to jeszcze przejeżdżał na czerwonym świetle i robił wiele innych nieprzyzwoitych rzeczy. Jednak kierowca i tak został pouczony o zachowaniu się na drodze i traktowaniu rowerzystów.

Oczywiście można się z tego naśmiać i machnąć ręką, ale kropla drąży skałę. Ścieżki rowerowe jeszcze długo nie powstaną w odpowiedniej ilości, a nawet jeśli to i tak nie dojedziesz nimi wszędzie. A przecież jak sama nazwa wskazuje: jezdnia służy do jeżdżenia, a chodnik służy do chodzenia. Jakieś trzy lata temu inny autobus naprawdę o mało mnie nie rozjechał, a trąbienie i wygrażanie pięścią było na porządku dziennym. Dzisiaj trąbienie na rowerzystę jest coraz rzadsze, samochody coraz częściej ustępują rowerzyście miejsca, a agresja na drodze ograniczyła się do przekleństw. Warto zatem chyba jednak reagować na takie przypadki, bo z moich obserwacji wynika, że ten popieprzony świat jednak zmienia się odrobinę na lepsze.

wtorek, 9 września 2008

Skwer Iringha

Posta dedykuję Peterowi Horakowi ;-)

Gdy w poniedziałkowe południe wstałem skacowany, po długim i wyczerpującym weselu, wygramoliłem się na balkon, by odetchnąć świeżym powietrzem, zobaczyłem panów, którzy uzupełniali braki zadrzewienia na sąsiednim placu. Na codzień, dokładnie między godziną 6:45 a 7:30, panowie budzą mnie rykiem kosiarek, identycznie jak w sławetnym "Dniu Świra". Tym bardziej, że po 7:30 zapada już cisza i panowie zajmują się innymi cichymi czynnościami. Na prośbę o przesunięcie czasu pracy najbardziej hałaśliwych narzędzi usłyszałem tylko "prosie pana, od 6 rano ciszy nocnej już ni ma i hałasować mogę dowoli". Kiedyś jeszcze dojrzeję, by zrobię awanturę, na razie cieszę się z nowych drzewek:



Po pewnym czasie obok skweru Iringha pojawiło się sporo samochodów i zaczęło gromadzić się wojsko:



Pomiędzy tłumem udało mi się dostrzec udzielającego wywiadu ministra Kamińskiego z Kancelarii Prezydenta:



Następnie minister oraz oficerowie wojska polskiego i słowackiego razem z kombatantami wysłuchali przemówień:


Najpierw ambasador Słowacji w Polsce:


Następnie w imieniu Prezydenta RP minister:


Oraz kapelan:



Później nastąpiło składanie kwiatów:






Następnie rozpadało się dokumentnie i wszyscy zniknęli w samochodach, a ja wróciłem do leczenia kaca...

Natomiast osoby chcące pogłębić wiedzę o słowackim oddziale walczącym w Powstaniu Warszawskim pod komendą Mirosława Iringha odsyłam pod odpowiednie linki.

środa, 20 sierpnia 2008

Człowiek z liściem na głowie...

Przygotowania do wesela nie zostawiają mi wiele czasu na rozrywkę, ale to jeszcze nie powód, by nie wyrzucić z siebie jakiejś obrazkowej historyjki w ramach X. Akcji GTWb. Zaczęło się od tego, że powodowany chęcią sprawdzenia czy Wisła nie występuje z koryta napotkałem kapitalny pomysł Fundacji "Ja Wisła" z udostępnianiem leżaków ZA DARMO wszystkim, którzy nad brzegiem naszej dzikiej rzeki chcą poczekać, aż na głowę spadnie im jakiś liść z okolicznych krzaków:


Gdy woda opadła leżaki przeniosły się na plażę:

Obok można było wejść lub wjechać na rowerze na prom, który przewozi na drugą stronę Wisły. Także ZA DARMO!!! No a w krzakach na wydmach - liście na głowie gwarantowane!

Z leżaków można także podziwiać przepływające statki, jak ten wracający z poszukiwania ptaków wodnych. Ptaki spadające liście raczej omijają, a jeśli nie to, raczej łapią je w dzioby, niż noszą na głowie. Pasażerowie stateczku zawsze jednak mają szansę załapać jakiegoś liścia niesionego z wiatrem:

Niedaleko plaży trwa na posterunku, rozbrajając ciągle ta samą minę, warszawski saper, któremu niestety hełm uniemożliwia zaplatanie się jakiegokolwiek liścia we włosy.

Za to wieczorem, w tej samej okolicy, obok podświetlonej kolorowo fontanny, zmieniającej barwy i kształt wody...

...można sobie czasem potańczyć pod namiotem w Ogrodach Frascati. Tutaj osoby w wieku od 30 do 80 lat tańczyły jakiś taniec, którego nie byłem w stanie zidentyfikować, a który wyglądał i brzmiał jak coś sięgającego czasów daleko przedwojennych:


Ta sielanka sprawiła chyba, że sztandarowa postać człowieka z liściem na głowie, czyli Pan Witek z Atlantydy nie ma szansy na wzbudzenie sensacji w Stolycy i wyjechał ponownie do Sopotu:


Od tego wszystkiego i od przed-weselnego stresu dostałem takiego kręćka, że po spotkaniu Pana Witka z Atlantydy, na sopockiej plaży moja postać uległa metamorfozie dostosowując się fizycznie do stanu mojego Ducha:




A w Warszawie w bruk w bruk w bruk w bruk
Dorożkarze stuk stuk stuk stuk
Kopytami klik klak klik klak
A zegary tik tak tik tak

Dziś już tylko ciszą ciszą
O dorożkach piszą piszą
Na ulicach warkot warkot
Samochody szparko szparko
A jutro nad Wisłę ja pójdę i błysnę
Z lusterka zajączkiem lub poczytam książkę
A jutro z Zygmuntem zaśpiewam, nie umrę
Dorożkę zaprzęgnę i dziewczynę z wdziękiem

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka