aktualizacja w weekendy ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri-Lanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri-Lanka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 maja 2009

Pociągiem do Ella

Z Nuwara Eliya trzeba najpierw autobusem podjechać kilka kilometrów do Nanu-Oya. Z Nanu-Oya odchodzi pociąg do Ella. Wszystkie przewodniki oraz pan w informacji turystycznej w Colombo zachwalali kolejową trasę ze stolicy do Kandy. Nic to! Droga z Nanu-Oya do Ella to najpiękniejsza kolejowa trasa, jaką jechaliśmy w życiu! Tory kolejowe wiją się po porośniętych dżunglą stromych górach, co chwila wpadamy w kolejny krótki tunel, przejeżdżamy przez wiszący nad głęboką doliną potężny most. Na malutkich stacyjkach wsiadają i wysiadają kolorowi ludzie. Bajka.


Z okien pociągu rzadko jest daleki widok. Horyzont jest z reguły zasłonięty mgłą. Pomiędzy kolejnymi tunelami przejeżdżamy przez odmienne światy. Każda dolina sprawia wrażenie, jak by była porośnięta zupełnie inną roślinnością. Mijamy wielkie drzewiaste paprocie i całą masę niezidentyfikowanych gatunków egzotycznych drzew. Czekałem tylko, kiedy zobaczę za którymś krzakiem głowę jurajskiego gada...


Z dżungli wyjeżdżamy znowu na herbaciane plantacje. W oddali widać kolejne kolorowe ubrania zbieraczek, czasem idą wzdłuż torów wracając do domu z koszami herbaty na plecach.


To była magiczna droga.

wtorek, 26 maja 2009

Pola herbaciane

Nie pojechaliśmy w końcu na Pik Adama. Nie starczyło czasu i energii. Nie było dobrego połączenia. Wszystkie znaki nam mówiły „odpuśćcie sobie”. No to sobie odpuściliśmy. Wybraliśmy się zamiast tego na okoliczne plantacje herbaty. Malownicze wzgórza porośnięte równo przystrzyżonymi krzakami, których liście zaparzamy sobie niemal codziennie. Byłem zaskoczony jak grube są to liście! Podobnie jak byłem zaskoczony paroma innymi informacjami.


Mianowicie herbata rośnie na dużych wysokościach. Im wyżej - tym lepsza. Takie z wysokości 1200-1500 m npm. to najpośledniejsze gatunki. Te rosnące i zbierane powyżej 2000 m npm. są najlepsze. Oglądane na zdjęciach we wszystkich folderach reklamowych, pięknie ubrane w kolorowe sari kobiety zbierające z uśmiechem na ustach młode listki herbaty, w rzeczywistości należą do najbiedniejszej grupy społecznej na Sri Lance. Większość z nich to Tamilki, które przyjechały z Indii kontynentalnych na przełomie XIX i XX stulecia. Do dzisiaj ich status niewiele się poprawił.


Niewątpliwie domy na plantacjach wyglądają dużo lepiej niż w środkowych Indiach, a mieszkańcy nie wyglądają na beznadziejnie zrozpaczonych, niemniej taki widok jak na powyższym zdjęciu nie należy do rzadkości, a raczej stanowi normę.


W fabryce Pedro Estate, ponoć najstarszej na całej wyspie, zaopatrzyliśmy się w herbatę w fabrycznym sklepiku. Niestety nie udało się obejrzeć ponad stuletnich, ciągle działających maszyn, bo była niedziela, ale i tak widoki wokół fabryki nie należały do brzydkich...

piątek, 8 maja 2009

Na targu w Nuwara Eliya

Nasz hotel w Nuwara Eliya był chyba najbardziej wypasionym hotelem, w jakim spaliśmy w trakcie tej podróży. Urządzony w kolonialnym stylu, z kominkiem (którego jednak nie rozpaliliśmy, choć w nocy było całkiem chłodno!) z zewnątrz nie sprawiał wrażenia jakiegoś najwyższego standardu. Właściciel był całkiem miły, czuliśmy zresztą do niego wdzięczną sympatię, z powodu ratowania z opresji naszego kierowcy.


Wieczorem zaczynało się chmurzyć, ale poranek znowu był słoneczny. Poszliśmy zjeść śniadanie do miasta. Trafiliśmy do knajpy, gdzie wszyscy klienci patrzyli na nas jakbyśmy mieli co najmniej zielone czułki zamiast uszu. Energiczny "kelner" nakładał ręką na metalowe talerze grube naleśniki. Do tego dostaliśmy miseczki z porządnie ostrymi sosami i po butelce coli. Cena, podobnie jak standard była miejscowa. Za śniadanie dla dwu osób zapłaciliśmy 130 rupii czyli nieco ponad 1$. Był to chyba nasz najtańszy posiłek. Po śniadaniu poszliśmy sprawdzić dalsze połączenia i przespacerować się po okolicy. Trafiliśmy na miejscowy bazar, gdzie weseli sprzedawcy machali do nas byśmy zrobili im zdjęcie.


Na rozłożonych na ziemi straganach było mnóstwo różnych warzyw i owoców, z których rozpoznawaliśmy tylko niektóre. Kilka rodzajów krótkich bananów, dziwnie wyglądająca cebula, ananasy czy kokosy jeszcze byłem w stanie rozpoznać. jednak do czego służyły dziesiątki innych warzyw - nie byliśmy w stanie dociec. Tym bardziej że sprzedawcy posługiwali się angielskim ograniczonym w zasadzie do liczebników. Niemniej bazar był bardzo ciekawy i potrzeba obejrzenia egzotycznego handlu została w pełni zaspokojona.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Droga do Nuwara Eliya

Gdy wyszliśmy z botanicznego ogrodu, kupiliśmy dwie koszulki od ulicznych sprzedawców. Ceny były przyzwoite, sprzedawcy mili, bez żalu daliśmy się naciągnąć. Kierowca z uśmiechem pomachał do nas ręką, nie wykazując cienia zniecierpliwienia. Poczuliśmy się jak na wakacjach. Bez pospiechu i na luzie. Co za odmiana po tych kilku nerwowych dniach.

Ravi zaproponował, że zawiezie nas do niedrogiej przydrożnej knajpy na wczesny lunch. Zgodziliśmy się, wyobrażając sobie kolejna spelunę, jaka proponował nam poprzedni kierowca. Knajpka była bardzo przyjemna, czysta i schludna. Obiad kosztował 180 rupii czyli ok. 1,5$ i za to było kilka dań rozłożonych na misach szwedzkiego... ups, przepraszam, lankijskiego stołu. Jedzenie było pyszne, pomimo, że ostrzejsze niż zwykle. Ravi jednak wyrażał się lekceważąco, twierdząc, że jedzenie tutaj to "jedzenie dla starych ludzi", bo jest zupełnie bez smaku - przystosowali je po prostu specjalnie pod turystów. W domu Ravi je dużo ostrzejsze jedzenie i wtedy jest naprawdę dobre. Pomimo rzekomej turystyczności tego miejsca, zarówno Ravi i wiele innych osób jadło bez używania sztućców - palcami. Nad nami kelner się zlitował i dostaliśmy zestaw noży i widelców ;-)



Po posiłku dotarliśmy w końcu na pierwsze przełęcze. Droga wiła się pod górę niemalże ślimakami. Robiło się coraz chłodniej, aż w pewnym momencie trzeba było założyć polary. Sama Nuwara Eliya jest położona na wysokości ponad 1800 m npm. zaś żeby do niej dojechać trzeba było się przebić przez przełęcz powyżej 2000 m. Ravi pokazał nam po drodze fabryki herbaty i spytał czy chcemy się w którejś zatrzymać? Okazało się, że każda fabryka umożliwia zwiedzanie części produkcji, by turysta mógł zobaczyć jak przygotowuje się herbaciane listki i kupić w fabrycznym sklepiku od razu parę paczek herbaty. Zatrzymaliśmy się w fabryce Mackwoods. Obejrzeliśmy fabrykę, kupiliśmy herbatę i pojechaliśmy dalej. Po drodze, pomimo zamglonego nieba, widoki były przepiękne.


Gdy wczesnym wieczorem dojechaliśmy do Nuwara Eliya, Ravi był już wyraźnie zmęczony. Na jednym z rond pojechał pod prąd, zobaczył to policjant i próbował go zatrzymać. Ravi nie był pewien, czy to pojedyncze machniecie lizakiem było do niego czy nie, więc po chwili namysłu, powoli pojechał dalej, rozglądając się za hotelem dla nas. Niestety, policjant trochę się zdenerwował, dogonił nas i zabrał Raviemu prawo jazdy, każąc zgłosić się na posterunek. Na szczęście było to pod hotelem, którego właściciel znał miejscowego komendanta. Po rozpakowaniu, pożegnaliśmy się z Ravim, a hotelarz wsiadł do samochodu i razem z kierowca pojechali na posterunek. Później się dowiedzieliśmy, że sprawa skończyła się dobrze, tylko Ravi do Kandy wracał już po ciemku...

piątek, 10 kwietnia 2009

Ogród botaniczny Peradeniya

Gdy rozpoczynaliśmy rozmowy o wycieczce w pierwszym hotelu w Kandy, właściciel bardzo zachwalał nam ogród botaniczny niedaleko Kandy. Postanowiliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak wspaniały, jak go opisywał hotelarz. Zajechaliśmy pod bramę i weszliśmy do środka. Ogród rzeczywiście był bajkowy, aczkolwiek być może wygórowane oczekiwania sprawiły po raz kolejny, że nie padliśmy na kolana. Szpalery niesamowicie wysokich palm, białe antylopy (albo inaczej się nazywające rogate-kopytne), gęste bambusowe zagajniki i zakochane pary ściskające się pod każdym krzakiem. Wyglądało to tak, jakby ten ogród był jedynym miejscem w okolicy, gdzie dozwolone było potrzymanie ukochanej za rękę (lub co innego). Klimat zupełnie jak w chiwskim minarecie ;-)




Oprócz wspanialej flory, oprócz palm, agaw, ponoć największego figowca na świecie, można było spotkać także dziwne dla europejczyka okazy fauny. Nas najbardziej zafrapowały stada nietoperzy wielkości myszołowa, tłumnie obwieszających wielkie lankijskie drzewa niewiadomej nazwy. Przenikliwie piszczące, podczas lotu wydawały niepokojący dźwięk ciężko bijącymi powietrze skrzydłami. Można było się poczuć jak na prawdziwym horrorze, albo jak w krainie Narnii czy jakiejkolwiek innej krainie z mrocznej baśni.



Oprócz moich zdjęć - tylko dla wytrwałych - kawałek znalezionego w necie filmu z wizyty jakiejś hinduskiej z wyglądu rodziny w tym botanicznym ogrodzie:


piątek, 3 kwietnia 2009

Sierociniec dla słoni - Pinnawala

Nie wiem czemu Gośka tak się uparła na ten sierociniec dla słoni w Pinnawala. Być może miały na to wpływ opowieści Michała, a może po prostu rzeczywiście w słoniach jest coś przyciągającego jak... a może to sama Ganeśa ciągnęła nas do tego miejsca? Nie wiem, niemniej jednak mój spory sceptycyzm zamienił się na równie spory entuzjazm.





Entuzjazm wywołało obcowanie z tymi wielkimi zwierzętami, choć nie da się ukryć, że cały cyrk wokół tego napawał rezerwą. Opiekunowie wyłudzający pieniądze za robienie zdjęć, popisy różnych figur, jakie mogą zrobić słonie, łańcuchy na nogach co bardziej krnąbrnych zwierząt... Pamiętać jednak należy, że w tym miejscu nie są więzione dzikie słonie, tylko trzymane są zwierzęta z różnych względów ułomne. Słonie osierocone lub poważnie okaleczone na skutek różnego rodzaju wypadków: przy pracy, na ulicy, w wybuchu miny itp. Pobyt tutaj nie jest dla nich tragedia a wybawieniem, jakkolwiek komercyjnie by to nie wyglądało. Tak przynajmniej jest to przedstawiane na miejscu.



Po karmieniu słonie zostały zaprowadzone do rzeki, gdzie odbywało się zbiorowe ich mycie. Słonie nie wyglądały na zainteresowane czystością, woląc obsypywać się piaskiem pobieranym z grzbietu sąsiada. Niektóre osobniki samodzielnie robiły sobie prysznic za pomocą trąby. Opiekunowie wybierali kilka najbrudniejszych słoni, kazali im się położyć i myli je szczotkami. Wyglądało to wszystko dość efektownie nawet pomimo tłumu turystów oblegających okolicę.





Na koniec jeszcze fragment harców dość rozbrykanego słonia cierpiącego na ADHD (dźwięk usunąłem, bo i tak było słychać tylko szum wody. Może kiedyś się zbiorę, by podłożyć jakąś muzyczkę pod te tańce na ekranie):



wtorek, 24 marca 2009

Ravi Desappriya - nasz drugi kierowca

Po powrocie do Kandy i niesympatycznej rozmowie o kierowcy w hotelu Sharon Inn, już po zmroku zarzuciliśmy plecaki na plecy i poszliśmy szosą w dół. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, nie mógłbym spisywać teraz tych wspomnień. Kierowca też był świadomy niemocy swojego wzroku, więc dwa dni później przysłał nam zabójczo brzmiącego sms-a. Ten jednak też nic nam nie zrobił. Doskonale rozumiem rozgoryczenie tego kierowcy, który działał pewnie dokładnie tak, jak ustalił ze swoim szefem. Pech sprawił, że turyści trafili na żonę szefa, która jako Europejka nie była w stanie zrozumieć niuansów trudnego turystycznego biznesu i wściekła się na męża, który odreagował na bogu ducha winnym pracowniku. No ale trudno. Życie to nie bajka i tak jak teraz kryzys dotyka wszystkich, tak ta sytuacja też nie była przyjemna dla nikogo.

Minęliśmy ze dwa małe hoteliki i zatrzymaliśmy się przy bardzo ładnym domu, gdzie z werandy zapraszała nas cała rodzina. Pokój ładny i czysty, zostajemy. Teraz tylko trzeba znaleźć samochód. Okazuje się, że Ravi, kuzyn właścicielki, który akurat u niej gości, ma terenowy samochód i może nas zawieźć gdzie chcemy, jeśli nie przeszkadza nam to, że jest to odkryty samochód, w którym trochę wieje. To nie jest dla nas problemem, jednak cena za dzień, zbliżona do ceny poprzedniego samochodu, nie zadowala nas i po zostawieniu bagaży idziemy szukać innego samochodu. Niestety, inne samochody nie były tańsze. Gdy wróciliśmy, kierowca ciągle czekał na naszą decyzję. W końcu wytargowaliśmy dla równego rachunku 5 tys. rupii (ok. 40$) za całodzienna wycieczkę i przystąpiliśmy do ustalania harmonogramu.

Pochyliliśmy się nad mapą, by wynegocjować najlepszą trasę. Chcieliśmy zobaczyć sierociniec dla słoni, ogród botaniczny i dojechać do Nuwara Eliya. Ogród botaniczny otwierają dopiero o dziewiątej. A w sierocińcu o dziesiątej rano jest karmienie słoni. Ogród botaniczny jest po drodze do sierocińca, jednak pojechanie najpierw do sierocińca, a następnie do ogrodu kolosalnie wydłuża trasę. Nie chcemy olać ogrodu, więc w końcu z ciężkim sercem Ravi zgadza się na nadłożenie drogi. Jednak żeby dotrzeć do Newara Elya przed zmrokiem, musimy powinniśmy wyjechać z Kandy o 6 rano.
- O rany tak wcześnie! - jęknęła Gośka.
- No to właśnie dobrze - zdziwił się Ravi - przecież rano najlepiej się podróżuje! Jeszcze nie jest gorąco, jest przyjemnie rześko i to jest najlepszy czas na podróżowanie!

Ravi nie dość, że z problemu potrafił zrobić zaletę, to wykazywał się zakorzenionym głęboko w duszy pacyfizmem. Podczas rozmowy fruwały wokół nas stada owadów, przyciągnięte światłami domu. Zarówno Gośka jak i ja odruchowo klepaliśmy małe muszki, które siadały nam na rękach. Ravi starał się nie reagować, ale w końcu nie wytrzymywał i przerywał rozmowę delikatnymi prośbami:
- Don't kill them! Don't kill them! One nie zrobią ci krzywdy, zobacz - i mówiąc to nadstawiał palec, by chodzące po stole muszki mogły na niego wejść. Pokazywał nam w ten sposób, że te muszki naprawdę są nieszkodliwe i też chcą żyć, i żebyśmy im żyć pozwolili. Bardzo nas tym ujął i wspominamy to ze śmiechem do dzisiaj, gdy pojawia się w okolicy jakaś biedronka albo inny pająk.



Z Ravim spędziliśmy cały dzień, nigdy nie zaoponował gdy chcieliśmy się gdzieś zatrzymać, albo jeszcze coś zobaczyć. Do Nuwara Eliya dojechaliśmy późnym wieczorem, a facet musiał jeszcze wrócić do Kandy. Nie usłyszeliśmy jednak cienia skargi. Ravi poprosił nas jedynie, aby opowiedzieć o nim naszym znajomym i reklamować jego stronę internetową. Jeśli będziecie chcieli zrobić sobie wycieczkę nie tylko wokół Kandy, ale jakiś dłuższy trekking po licznych lankijskich parkach narodowych - z całym sercem mogę polecić Raviego, którego uczynność, cierpliwość i uprzejmość gwarantuje naprawdę duży komfort: http://www.srilankatrekking.com

wtorek, 10 marca 2009

Nalanda

Po wszystkich przepychankach z kierowcą, po męczących poszukiwaniach jedzenia, na koniec dnia dojechaliśmy do Nalandy, świątyni spokoju położonej w zakolu rzeki i otoczonej wysokimi tropikalnymi drzewami. Zbliżający się zmierzch wydłużał cienie i ocieplał kolory. Cisza przerywana była tylko odgłosami owadów. Wewnątrz tej buddyjskiej świątyni migotał w wyobraźni lingam, którego cień spowijał całą okolicę. Pomiędzy gałęziami dostrzec można było nieprzyzwoicie dla Europejczyka ukształtowany pagórek. Na ścianie świątyni latające mrówki uwiły nieprzyzwoite gniazdo. Nawet alfabet, w którym spisano informacje o tym miejscu zaczynał się kojarzyć z widocznym od pleców rzędem rozebranych kobiet.

Chciało się tu zostać jak najdłużej. Jednak przyszedł po nas, zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością nasz kierowca, niwecząc cały nastrój. Trzeba było wracać.




Na koniec kolejny znaleziony w internecie film, ostrzegam że nudny, tylko dla pasjonatów, którzy chcą się bliżej przyjrzeć, jak wygląda Nalanda:



wtorek, 3 lutego 2009

Anuradhapura

Pierwsze kroki w starożytnej Anuradhapurze skierowaliśmy do jaśniejącej z daleka dagobie Ruwanwelisaya. Wystająca zza zielonego parawanu na tle intensywnie błękitnego nieba białe półkole robiło wrażenie. Biorąc pod uwagę, że stupa powstała w II w p.n.e. można sobie łatwo wyobrazić jakie wrażenie robiła na ówczesnych mieszkańcach wyspy.



Całe miasto rozciągnięte jest na jeszcze większej przestrzeni niż Polonnaruwa. Ulice krążą wokół olbrzymich sztucznych zbiorników na wodę, dojeżdżając do ukrytych pomiędzy drzewami starożytnych ruin królewskich pałaców i buddyjskich świątyń. Najstarsze z nich pamiętają czasy zakładania miasta w III w p.n.e. W progach pałaców do dziś leżą tzw. księżycowe kamienie, mające chronić przed złymi mocami. Są to kamienne półkola, na których wyrzeźbione są kolejne półkręgi różnych zwierząt, postaci i innych przedmiotów. Towarzyszy temu oczywiście bogata symbolika, której nie podejmuje się tutaj objaśniać. Tym bardziej, że kamienie te są dość mocno zużyte (co nie jest dziwne biorąc pod uwagę że mają ponad dwa tysiące lat!) i poza słoniami nie daje się na nich wiele zobaczyć.

Oprócz licznych stup, posągów Buddy i licznych kolumnad zaznaczających miejsce położenia budynków pałacowych, oprócz olbrzymich zbiorników wodnych zabezpieczających miasto w okresie suszy, natknąć się można także na takie rzeczy jak czterdziesto-metrowej długości podwójny basen pływacki Kuttam Pokuna. W sumie też niby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego świetnie zachowane ściany maja ponad dwa tysiące lat!



Dzisiaj z basenu korzystają głównie okoliczne małpy, rosnąca na dnie zielona rzęsa nie zachęca do ochłody. Wylaliśmy zatem mineralną wodę na swoje głowy, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w kierunku Nalandy.

piątek, 23 stycznia 2009

Sri Lanka - przygody z kierowcą

Nie wspominałem chyba jeszcze o naszych przygodach z kierowcą? Kierowca, którego wynajęliśmy, by objechać tzw. Lankijski Złoty Trójkąt był bardzo uprzejmy. Śmiesznie mówił po angielsku przeciągając każdą sylabę, jakby się zastanawiał nad każdym następnym słowem, namyślając się, czy to, co chce powiedzieć, to na pewno właściwe słowo. Było to trochę męczące, ale i tak miał nade mną spora przewagę: on mówił po angielsku, co w moim przypadku jest prawie niemożliwe ;-)

Plan był taki, że chcemy spać blisko sigirijskiej skały. Wyszukaliśmy w przewodniku kilka hoteli niedaleko "centrum" miejscowości i poprosiliśmy, by nas tam zawiózł. Kierowca, gdy usłyszał nazwę hotelu Flower Inn, zrobił przestraszoną minę i ostrzegł nas, żebyśmy absolutnie nie jechali do tego hotelu, bo tam mają bardzo złe jedzenie, które specjalnie jest zepsute, by chorzy turyści zostali w hotelu kilka dni dłużej. Nie mieliśmy powodu mu nie wierzyć, jednak lubię jednak na własne oczy przekonać się co to znaczy brudny hotel. Tym bardziej, że po przybytkach w środkowych Indiach już chyba niewiele rzeczy jest nas w stanie zniechęcić. Kierowca zaproponował, że zawiezie nas do innego hotelu, gdzie nie jest tak blisko centrum, w którym i tak nic nie ma, za to jest bardzo dobre jedzenie.

OK. Zatrzymaliśmy się po drodze, jakieś 10 km przed Sigiriją. Obejrzeliśmy. Standard był taki sobie, ceny również, więc stwierdziliśmy, że chcemy zobaczyć jeszcze cos innego. Zajechaliśmy do drugiego hotelu i było tam bardzo podobnie. OK. Wiemy jak jest w miejscach proponowanych przez kierowcę, zatem chcemy pojechać do Sigiriji, tym bardziej, że potrzebowałem dość pilnie zajrzeć do Internetu, a w centrum podobno była kafejka. Kierowca niestety zrozumiał, lub udał, że tak zrozumiał, że chcemy jeszcze dzisiaj wejść na skałę. Przejechaliśmy obok jednego hotelu, przejechaliśmy obok kafejki, a na znak protestu kierowca powiedział że to nie tutaj. Trochę zbaraniałem, ale dobrze. Gdy zaczął wjeżdżać na teren pałacowych ruin powiedzieliśmy stop.

- Gdzie my właściwie jedziemy?
- No do wejścia, przecież chcecie dzisiaj wejść skałę?
- Nie, my chcieliśmy wstąpić do hotelu Nilmini Lodge, który minęliśmy po drodze!
- Ale to jest ta sama firma, co ten hotel Flower Inn, o którym mówiłem, oni tam trują jedzenie!
- Ale ja chce zobaczyć ten hotel, poza tym potrzebuję Internet!
- Ale tam Internet nie działa i trują jedzenie!
- A nie możesz nas tam zawieźć?
- Mogę, ale tam jest nieczynne i trują jedzenie i nie należy tam wchodzić! Teraz jedziemy do wejścia, bo przecież mówiłeś, że chcecie dzisiaj zobaczyć Sigiriję!

W tym momencie byliśmy już tak zagotowani, że machnęliśmy ręką i kazaliśmy się zawieźć w cholerę do tego drugiego oglądanego hotelu. Tam było w miarę znośnie, a my byliśmy już tak głodni, że przestawaliśmy myśleć. Niestety, to nie był koniec. Na miejscu okazało się, że kuchnia jest już zamknięta i nie dostaniemy nic do jedzenia. Kierowca stwierdził, że w tym pierwszym hotelu można na pewno zjeść, więc zostawiliśmy tu rzeczy i podjechaliśmy na jedzenie. Na szczęście nie było daleko.

Hotel, w którym ostatecznie zostaliśmy:


Czekając na obiad postanowiliśmy poprosić kierowcę, by podwiózł nas ostatniego dnia, oprócz Arunadhapury, jeszcze do oddalonego o 10 km Mihintale oraz do Ridigamy, gdzie także trzeba było zboczyć z drogi o ok. 20 km. Samochód mieliśmy wynajęty na określony czas, a nie na kilometry, więc wydawało się to nie być problemem. Niestety było. Według kierowcy te dwa punkty oznaczały nadrobienie kilkudziesięciu kilometrów drogi, a umawialiśmy się na określone miejsca przed podróżą, które to miejsca zostały rzeczywiście pracowicie wypisane na kartce. Dodatkowy program wycieczki wymaga dopłacenia 5000 rupii (za jeden cały dzień płaciliśmy tyle) ale w ramach promocji on nas tam zabierze po zapłaceniu tylko 3000 rupii. Zdębieliśmy.

Przed podróżą właściciel samochodu chciał od nas całą kasę z góry. Na to nie mogliśmy się zgodzić, a facet opowiadał nam o honorze, o tym, że autor przewodników LonelyPlanet był u niego w hotelu Sharon Inn i w przewodniku wypisane są dla niego podziękowania, że on jest solidną firmą i że na Sri Lance wszędzie tak jest, że płaci się z góry. Nie mogliśmy z tym polemizować, bo był to pierwszy samochód, który wynajmowaliśmy. Jednak zgodzić się na to też nie było można. W końcu stanęło na tym, że za dwa dni zapłacimy teraz, a za jeden dzień po powrocie. Chcemy później jechać jeszcze dalej z Kandy do Nuwara Eliya, ale o tej wycieczce zdecydujemy po powrocie. Jednak w perspektywie był jeszcze jeden dodatkowy dzień wynajęcia tego samochodu. Chcieliśmy się powołać na wszystkie gadki o solidności, więc Gośka zadzwoniła zgodnie z sugestią kierowcy do szefa. Niestety, najpierw nie mógł rozmawiać, później nie mail czasu, a na koniec rzucił słuchawką. Faktycznie niezwykle solidna firma!

No dobrze, to wiemy na czym stoimy, jakakolwiek współpraca jest niemożliwa. Reszta podróży przebiegała w coraz gęściejszej atmosferze. Chcieliśmy by kierowca zatrzymał się w jakiejś przydrożnej knajpie gdzie będzie dużo ludzi (gwarancja dobrego jedzenia), więc zatrzymał się w jakimś przeraźliwie brudnym lokalu, gdzie much i komarów było tyle, że trudno było rozmawiać, nie mówiąc o jedzeniu. Gdy pokazywaliśmy po drodze jakieś miejsce, gdzie chcieliśmy, aby się zatrzymał, facet stwierdzał, że to jeszcze nie tutaj i jechał dalej. Bod koniec podróży mieliśmy serdecznie dość i kierowcy i jego szefa, o czym nie omieszkaliśmy po powrocie powiedzieć jego żonie (szef akurat był "nieobecny"). Żona lojalnie zwaliła wszystko na nieporozumienia komunikacyjne z kierowcą i przeprosiła nas w imieniu męża. Zabraliśmy plecaki i poszliśmy do sąsiedniego hotelu prowadzonego przez niezwykle sympatyczna rodzinę. Syn właścicielki miał terenowy samochód, którym zawiózł nas do Newara Eliya. O tym będzie później.

Finał sprawy był taki, że tydzień później dostałem z nieznanego numeru sms na mój lankijski telefon o dziwnej treści: „Poland people very fucking bad idiat mad pepole get out sri lanka. Future time kiled for lady. COLOMBO THAK”. Tylko dwie osoby na Sri Lance znały ten numer telefonu: nasz kierowca i jego szef...

;-)

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Polonnaruwa

Polonnaruwa przejęła rolę stolicy na przełomie tysiącleci i pełniła tą rolę przez około dwa stulecia. Przez ten czas zbudowano olbrzymie miasto, którego ruiny można oglądać dzisiaj. Rozsiane jest ono na tak dużym terenie, że pomimo jeżdżenia wynajętym samochodem nie objechaliśmy wszystkiego przez pół dnia. Ruinki nie są specjalnie okazałe, ale gdy człowiek sobie uświadamia, że są to czasy najstarszych romańskich kościołów w Polsce, to rzednie mina na widok misternie rzeźbionych ozdób w zachowanych fragmentach. Kolumnady w świątyniach, gładkie i doskonałe posągi Buddy, resztki rozległego pałacu, cały kompleks różnych świątyń w tutejszym świętym mieście... Patrząc na hindusko ubranych miejscowych turystów można sobie doskonale wyobrazić życie sprzed prawie tysiąca lat.





Nieco dalej pomiędzy drzewami prześwituje olbrzymia stupa wysoka i szeroka na kilkadziesiąt metrów. Obejście jej zajmuje całkiem sporo czasu, a człowiek na jej tle wygląda jak krasnoludek. Aż się wierzyć nie chce, że w środku nic nie ma poza duchowymi skarbami tego miejsca.



Dalej dotarliśmy do kolejnego śpiącego Buddy, który tym razem nie był pomalowany. Jest to najsłynniejszy Budda na wyspie, którego artyzm wykonania przejawia się między innymi w naturalnym ugięciu poduszki pod głową oraz w pięknie fałdów jego szaty, które zdają się poruszać w rytm oddechu śpiącego Świętego. Sen rzeczywiście wygląda na dość smaczny. Jest to o tyle zrozumiałe, że jest on pilnowany przez kilka innych posągów wykutych w tym samym kawałki skały.



Ciekawostką jest fakt, że świątynie, które od wieków niszczały teraz odzyskują powoli nawet drewniane zadaszenie. Odkrywam to dopiero teraz oglądając różne zdjęcia, na których widoczne są gołe ściany, a my oglądaliśmy ciemne kamienne wnętrza pod drewnianym stropem.

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Sigirija

Przygotowania świąteczne oderwały mnie od stukania w klawisze, ale choć chwilę oddechu trzeba złapać. Wracam więc do najbardziej magicznego miejsca na Sri Lance: starożytnej stolicy Sigiriji. Nazwa oznacza Lwią Skałę. Wchodziło się na jej szczyt najpierw przez lwią paszczę wymurowaną z cegieł przyklejonych do skalnej ściany, a następnie po wąskich schodkach na grzbiet lwa dźwigający królewskie budynki. Dzisiaj jest to malutka wioseczka położona u stóp tego samotnie wystającego z rozległej równiny wielkiego kamienia. Płaski na wierzchu, o dosłownie pionowych ścianach stanowił naturalną twierdzę nie do zdobycia. Jednak zadziwiające jest to, że miejsce było wykorzystywane w zasadzie tylko przez jednego władcę z V w n.e., króla Kassapę. Choć są oczywiście i inne teorie, że góra była pustelnią, świątynią, twierdzą, także dużo wcześniej jak i dużo później. Niewątpliwie całość robi wrażenie.





Po przejściu przez rozległy park, w którym przed kilkunastoma wiekami płynęły sztuczne strumyki, a w licznych sadzawkach kąpały się nałożnice króla, docieramy do stóp skały, gdzie najpierw wspinamy się po metalowych schodkach do tajemniczych malunków całkiem ponętnych babeczek. Dziś nikt nie wie, kim one były. Czy to boginie opiekujące się Lwią Skałą? Czy to najpiękniejsze nałożnice króla? A może ideał kobiety do którego powinny dążyć wszystkie poddane wokół Sigiriji? Nie wiemy tego ale pochodzące sprzed 1,5 tysiąca lat rysunki zatrzymują na długo.



Ze szczytu skały rozciąga się na trzy strony świata widok na rozległą dżunglę. Jedynie na południu stosunkowo blisko wyrastają z równicy jakieś niewysokie ostre pagórki. Można sobie wyobrazić króla Kassapę, który w dole stał dumnie na swym słoniu na czele licznego wojska naprzeciwko armii swojego brata. Na odpowiedni znak słoń ruszył do ataku, armia za nim. Niestety, ukryty w trawie dół, kałuża albo inna żmija sprawiła, że słoń zrobił niespodziewany unik. Część armii zinterpretowała to jako znak do przegrupowania, inna jako znak do odwrotu, na polu bitwy powstał chaos zanim nastąpiło jakiekolwiek zwarcie. Chaos wywołał panikę i natarcie załamało się na dobre. Opuszczony król ratował honor w podobny sposób jak Japończycy - poderżnął sobie gardło. Sigirija zakończyła karierę lankijskiej stolicy. Dlaczego jej naturalne walory obronne nie przyciągnęły innych władców? To jest bardzo dobre pytanie...



Znalazłem jeszcze na YouTubie film nakręcony na szczycie Lwiej Skały. Role główna graja jaszczurki, ale ruinki pałacu cesarskiego także trochę widać:



poniedziałek, 8 grudnia 2008

Dambulla

Nie ma co się rozpisywać o Dambulli, skoro już ktoś to zrobił - patrz linki poniżej. Wybudowany w 2001 roku, za pieniądze japońskiego ofiarodawcy, wielki posąg Złotego Buddy robi wrażenie... Wrażenie kiczu pierwszej klasy. Jednak obok tej kiczowatej świątyni znajdują się schodki wykute w skale z... gipsu i bandaży. Wrażenie kiczu się potęguje przyprawiając o mdłości. Na szczęście po wejściu kilkudziesięciu stopni pod górę, złota świątynia zostaje w dole za drzewami i można by skupić się na powolnym marszu w kierunku świętych jaskiń, gdyby nie dziesiątki sprzedawców próbujących wcisnąć koszulki, owoce, sekretne pudełka niewiadmonaco i kilkanaście innych rodzajów przedmiotów, których potrzebowaliśmy i pragnęliśmy równie mocno jak złamaną gałązkę z zeszłorocznego kompostu. Na szczycie czekały jaskinie, do których można było dojść, jak do każdej świątyni, na bosaka.

Niestety nie założyłem skarpetek do sandałów i poparzyłem sobie stopy od gorących kamieni. Na dodatek jeden z miejscowych turystów miał plastikową nogę, która błyszczała się na brązowo spod resztek bandaży. Zastanawialiśmy się, najpierw osobno, później już razem, czy to błyszczące to krew, czy ropa czy coś innego jeszcze gorszego. Wyglądało to tak, jak by stopa była trędowata, odpadała z niej skóra, a facet przybył na pielgrzymkę by modlić się o uzdrowienie. W efekcie zamiast patrzeć na posągi, pilnowaliśmy się by nie stawać tam gdzie przeszedł ten facet. Przyglądałem się także chodnikowi w poszukiwaniu śladów krwi lub ropy z jego nogi. Dopiero pod koniec wizyty doszliśmy do wniosku, że noga jest plastikowa, a gość nie zostawia żadnych śladów.

Same posągi nie robią zbyt wielkiego wrażenia. Staliśmy się chyba zblazowanymi zobojętniałymi turystami, których przestaje cokolwiek obchodzić. Po setkach indyjskich świątyń, po chińskich posągach w grotach Yungang koło Datongu oraz po grotach Longmen, miejscowe rzeźby miały o wiele lepiej zachowane barwy, kolory i zdobienia sufitów. Jednak jeśli chodzi o kształty, poza figurą śpiącego Buddy nie byłem w stanie dostrzec wyjątkowości kilkudziesięciu niemal identycznych siedzących posągów.



Po powrocie na trasę, zajrzeliśmy jeszcze do jednego z licznych tutaj Herbal Garden, czyli ogrodu z najprzeróżniejszymi przyprawami. Oprowadził nas bardzo sympatyczny facet cierpliwie opowiadając o każdej roślinie. Wreszcie zobaczyliśmy jak wygląda młode drzewo cynamonowca, kakao, krzew curry, gałka muszkatołowa, drzewo kauczukowca i wiele wiele innych bardzo ciekawych roślin. Pokaz jest za darmo, ale oczywiście po prezentacji można, ale nie trzeba, kupić coś w miejscowym sklepiku. Ceny nie były wysokie, wiec kupiliśmy to, co i tak planowaliśmy i pojechaliśmy dalej.

Na zdjęciu poniżej owoc gałki muszkatołowej:



Linki do stron o Dambulli:

Kilka słów na portalu Onetu
Fotki na stronie Macieja Swulińskiego
ExploreLanka.com
Dambulla Rock Temple

czwartek, 4 grudnia 2008

Matale

Jadąc z Kandy w kierunku Sigiriji zatrzymaliśmy się na chwilę w Matale. Pięknie rzeźbiona świątynia, wewnątrz nie robiła już takiego dobrego wrażenia. Od zewnątrz wzrok ściągała bogato zdobiona wieża, odwracając uwagę od betonowych dobudówek. Natomiast w środku witają pokryte olejna farbą ściany i podłogi oraz liczne rzeźby. W dodatku miejscami brakuje sufitu, jakby trafiła jakaś bomba... jednym słowem typowa hinduska świątynia. Jakież było moje zdziwienie jak Gośka doczytała się, że jest świątynia buddyjska!



Wewnątrz oczywiście nie wolno kręcić filmów ani robić zdjęć, ale Lankijczycy podobnie jak większość Hindusów, są z przekonania liberałami i towarzyszący obrządkowi grajkowie wdzięcznie pozowali dmuchając w piszczałkę i waląc kościanymi naparstkami w rytualny bębenek:



Filmik nagrany jest aparatem fotograficznym więc proszę o wyrozumiałość ;-)

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka