|
|
Ponieważ i tak prawie nikt tu nie zagląda, pozwolę sobie na wyrwany z kontekstu żarcik słowno-fotograficzny, który pozostawiając czytelnika całkowicie obojętnym, powiększy zawartość internetowego śmietnika słów. A zatem na psy...
 z albumu Indie 2005 | Oparta w cieniu kolumny Chłonie swe chłodne dłonie Gorący oddech na plecach Nie daje wystygnąć lędźwiom
Blisko i wciąż coraz bliżej Poprzekraczane granice Ukołysane i smutne I ukochane i chmurne
Tak Zespolenie przeciwieństw Tak Usunięcie przestrzeni Tak Powrót do łona Natury Tak
Żarliwym wzrokiem muskane Niewydumane pozycje Już nieistotne pytania Co gdzie kiedy dlaczego
Zapamiętale kołyszą Drobne i wielkie demony Tak dojmująco ulotny Święty smak słonej kropli |
W niedzielę po południu przelot z Taszkientu do Nukusu. Wcześniej jeszcze jedna wizyta na bazarze. Sevinch zadeklarowała się, że pomoże nam w targowaniu sensownych cen. Warto to wykorzystać. Ale warto też zobaczyć, jak wygląda ten bardziej nowoczesny Taszkient.  Po porannym bazarze pojechaliśmy na miejsce, które na mapie wyglądało jak centrum: plac Timura. Okazał się on jednak sporą przestrzenią parkową z ogromnym pomnikiem imperatora na koniu. Nieopodal było umiejscowione, wyglądające jak latający spodek, muzeum Timura lub, jak kto woli, Tamerlana. Muzeum, bardzo polecane wczoraj przez gospodarzy jako jedno z najciekawszych w Taszkiencie potwierdziło tylko powszechna opinię, że w Taszkiencie nic nie ma ;-) Olbrzymie, jasno oświetlone freski na ścianach przedstawiające Timura i jego potomków w scenach i stylistyce jak z Biblii dla dzieci. Trochę skorup, zdjęć i broni. Dla mnie najciekawsze były makiety różnych zabytków głównie uzbeckich, ale także związanych z Uzbekistanem bardziej luźno. I tak obok makiet Registanu, czy mauzoleum Gur Emir z Samarkandy, stała także makieta Tadź Mahal. Sevinch, która bardzo się starała być naszą przewodniczka i jak najdokładniej objaśniać nam, co oglądamy przy każdym budynku pokazywała nam: o, to także w Samarkandzie! Gdy jednak usłyszałem to samo o Tadź Mahal, trochę się zdziwiłem. Próbowałem zabłysnąć i opowiedzieć Sevinch o Baburze, którego potomek postawił ten grobowiec w Agrze, ale Sevinch nie wykazała zainteresowania. Może była to wina mojego poziomu znajomości rosyjskiego… Skąd jednak makieta Tadź Mahal w muzeum Timura? Historia Azji Środkowej łączy się i splata z bardzo wieloma historiami świata. Timur, zwany tez Tamerlanem, potomek w linii żeńskiej Czyngis Hana, podbił połowę Azji od Turcji aż po Indie, od Iranu po Kazachstan. Jego imperium nie przetrwało długo, ale pozostawił po sobie całkiem niezłą spuściznę. Słynął z tego, że wycinał w pień podbite miasta usypując piramidy z czaszek wrogów, ale także z tego, że wielka opieka otaczał naukowców i literatów. Do tego stopnia gdzieś to w genach przekazał, że jego wnuk, Ulug Bek wolał zajmować się astronomia i matematyką zamiast polityką, co zresztą doprowadziło go do zguby. Ale o tym później. Po niezbyt długim czasie od śmierci Timura, jego imperium rozpadło się na różne zależne terytoria rządzone przez jego potomków. Jakieś 100 lat po Tamerlanie, w Ferganie był sobie jeden z takich potomków, a nazywali go Babur. Samarkanda została opanowana przez koczowniczych wtedy Uzbeków i Babur bezskutecznie próbował jakoś sobie z nimi dać radę. Uzbecy okazali się jednak twardzi. Na tyle twardzi, że mądry Babur stwierdził, że głową muru nie przebijesz i pojechał w stronę Kabulu. Tak mu ta wycieczka dobrze poszła, że pojechał dalej. Kandahar, później Pendżab, aż w końcu dotarł do Delhi, które zrobił swoją stolicą. Nie zatrzymał się jednak i zapędził się aż do Bengalu i Himalajów. Okolica okazała się na tyle sprzyjająca, że stworzone przez Babura Imperium Mogołów przetrwało znacznie dłużej niż państwo Tamerlana, a mauzoleum, które praprawnuk Babura, niejaki Szahdżahan wzniósł dla swojej ukochanej żony stało się współcześnie jednym z symboli Indii. W ten oto sposób ludy, z którymi walczyli Polacy pod Legnicą w XIII wieku, a które wyszły z mongolskich stepów, odcisnęły swój ślad nawet w tak odległych Indiach. A wszystkie drogi splatają się właśnie w Azji Środkowej.
Kiedy główny bohater powieści przyszedł na świat „wskazówki zegara złożyły się niczym ręce w tradycyjnym geście powitania”. Główny bohater urodził się „dokładnie w chwili uzyskania przez Indie niepodległości. Aż wszystkim dech zaparło.” Jego los „został nierozerwalnie przykuty do losu kraju.” (s. 9) Przez następne prawie sześćset stron bohater snuje swą opowieść w sposób, który nieustannie trzyma w napięciu. Jest coś takiego w języku Rushdiego, co też świetnie zostało przetłumaczone, co sprawia, że człowiek odkłada książkę dopiero wtedy, gdy oczy kleją się w stopniu uniemożliwiającym kontynuację lektury. Każde zdanie rozbudza pragnienie przeczytania następnego i tak aż do ostatniej strony.
Po drodze poznajemy historie różnych osób związanych z głównym bohaterem i mających niebagatelny wpływ na jego losy. Historie, którymi można by obdzielić kilka powieści. Przy tym przenikają się ze sobą: fantastyka z realizmem, magia z codziennością; uwznioślanie banału i trywializowanie wzniosłości odbywa się z tak typową dla Rushdiego lekkością i naturalnością, że czytelnik nie odczuwa podczas lektury żadnego dysonansu. Nawet krótki, nie związany z fabułą, epizod fekalny nie razi i, pomimo całkowicie odmiennego charakteru i stylistyki tego fragmentu, sprawia wrażenie bycia absolutnie na swoim miejscu w tej długiej i fascynującej opowieści. Pozwolę sobie go przytoczyć w całości, bo moim zdaniem, pomimo całkowitej niereprezentatywności, świetnie oddaje dystans i autoironię narratora, który na każdym kroku bawi się z czytelnikiem w swoją własną grę. Północ albo coś koło tego. Mężczyzna niesie złożony (i nienaruszony) czarny parasol, kroczy ku mojemu oknu od strony torów kolejowych, przystaje, kuca, wali kupę. Następnie dostrzega moją sylwetkę na tle światła i zamiast obrazić się za mój voyeuryzm, woła: - Spójrz tylko! - i dalej rąbie najdłuższą kupę jaką widziałem w życiu. - Ponad czterdzieści centymetrów! - krzyczy. - A ty jaką robisz? - Dawniej, kiedy miałem w sobie więcej pary, chciałoby mi się opowiedzieć jego historię; ta godzina i parasol w ręku stanowiłyby niezbędne powiązania, żeby rozpocząć proces wplatania go w swoje życie, co więcej, z całą pewnością dowiódłbym jego nieodzowności dla każdego, kto pragnie zrozumieć moje życie i czasy spowite mrokiem nocy; dziś wszakże jestem wyłączony, wyciągnięty z gniazdka, zostały mi do napisania tylko epitafia. Pomachawszy więc ręką temu mistrzowi wypróżniania się, odkrzykuję: - Jak dobrze pójdzie, to dwadzieścia centymetrów – i zaraz o nim zapominam. (s. 586) Czym są tytułowe dzieci północy i jakie mają właściwości – tego nie zdradzę. Dość powiedzieć, że niejeden raz będziemy zaskakiwani. Nie tylko zwrotami akcji, ale także zwrotami w pojmowaniu wszystkiego co się działo i co ma nastąpić w przyszłości. Obok Szatańskich wersetów i Ziemi pod jej stopami to moje ulubione książki nie tylko Rushdiego ale w ogóle. Masz inne zdanie? Napisz mi o tym! ;-) Książki Salmana Rushdie'go w Wydawnictwie RebisO książce na Biblionetce
W środku nocy sen o dotknięciu świata abstrakcyjnych powieści rozpoczął swoja materializację. Przekraczając próg samolotu przekraczali granicę jawy i snu, równie niezauważalnie, jak co wieczór każdy z nas niezauważalnie zapada w sen. Ciemność za oknami czyniła nieodróżnialnym to miejsce od jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi. Racjonalnie uświadamiana wiedza, że znajdują się w innym świecie, była stłumiona ciemnością, nocną porą i podobieństwem wszystkich lotnisk. W korytarzu prowadzącym do sali odpraw było coś innego od znanej z rodzinnych stron cywilizacji, ale też coś niesamowicie znajomo prowizorycznego i dla kogoś przylatującego znad Wisły, w tym niedookreśleniu przestrzeni i zapachów nie było nic egzotycznego. Może jedynie jakieś poczucie cofnięcia się o dwadzieścia-trzydzieści lat wstecz, do inscenizacji jakiegoś filmu Barei.
Cyprian wciągał nozdrzami powietrze, jak hart poszukując osławionego zapachu tropików.
Dużo wcześniej, gdy siedzieli na lotnisku we Frankfurcie podziwiając i głośno komentując wyrafinowanie garderobianych gustów japońskich turystów, gdy zajadali się przygotowanymi przez troskliwą mamę selerowymi kotletami, w których nie było nawet wspomnienia mięsa, lecz pomimo to pałaszowanymi z należytym zaangażowaniem, gdy tak siedzieli czekając na swój samolot, mający zawieźć ich do mistycznej krainy pielgrzymek hippisów wszelkiej maści, pogrążeni byli ciągle w rozbawionym nastroju wycieczki, która da im pretekst, by móc zabłysnąć w towarzystwie podobnych im młodych bezdzietnych trzydziestolatków, których stać na to, by udawać bywałych w świecie i na tyle odważnych i zorganizowanych, żeby na drugi koniec świata pojechać bez opieki zawodowego przewodnika. Kraj docelowy był jednocześnie na tyle odległy, nie tylko w przestrzeni ale i w mentalności niedzielnych podróżników, że nieustająco, tak powszechni na lotniskach: Żółtki, Arabowie, Murzyni, postrzegani byli jako zjawy nie z tego świata zabłąkane tutaj w poszukiwaniu wrażeń lub interesów przy akompaniamencie cyfrowych aparatów i kakofonii polifonicznych dzwonków. Ich ubrania należące do euroamerykańskiego kanonu turystycznej mody poza możliwością wyrażenia uznania bądź dezaprobaty dla gustu właściciela, sprawiały wrażenie obecności w międzygalaktycznym terminalu StarTrek, w którym różne człekokształtne kosmiczne istoty zmierzały w sobie tylko znanych kierunkach. Gdyby zjawiła się dziewczyna z trąbą słonia zamiast nosa, poza początkowym zainteresowaniem nie wzbudziłaby żadnej niepoprawnej politycznie sensacji. Lecz nikt z trąbą słonia się nie zjawiał, a czas płynął, nieubłaganie wykańczając selerowe kotlety i komentarze cynicznych turystów znad Wisły, zamierzających zdobyć kolejne trofeum w zimnej kolekcji turystycznych wrażeń.
Dopiero gdy stanęli w kolejce do samolotu, porażającej swoją długością i wzbudzającą archaiczną już dzisiaj refleksję, jak tyle ludzi może zmieścić się do latającej maszyny, dopiero wtedy dostrzegli, że różnorodność ludzka jest, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, dużo większa niż ten mini przegląd lotniskowych fenotypów. Cyprian wtedy właśnie pierwszy raz zobaczył na żywo sari. Wszelkie komentarze na temat ubraniowych gustów towarzyszy podróży ucichły. Wobec braku punktów odniesienia w postaci ruchomych manekinów na różnej maści ekranach, ta manifestacja kolorów i swobody falującego przy każdym ruchu materiału onieśmielała naturalnością, odmiennością i pięknem. Trochę kontrastowali ze swoimi kobietami mężczyźni, prężni i wyprostowani, chociaż pulchni i niewysokiego wzrostu, jednak w tradycyjnie europejskich garniturach i krawatach. Tym bardziej wyróżniała się rodzina sikhów, z głową rodu obnoszącą okazały biały truban i jeszcze bardziej okazałą siwą brodę, przepuszczającą na zewnątrz uważne i dystyngowane spojrzenia czarnych jak smoła oczu. W tym towarzystwie pojedynczy post-hippisi czy zabłąkani turyści znad Wisły wyglądali nie mniej egzotycznie niż okutani w zwiewne sutanny muzułmańscy Murzyni czekający na samolot gdzieś do wschodniej Afryki.
W tym przedsionku obcego świata nie było jednak w powietrzu nawet cienia tego, na co czekał Cyprian z ciekawością i niecierpliwością dziecka spodziewającego się wizyty wujka z Ameryki. Sterylna klimatyzowana przestrzeń pochłaniała wszelkie zapachy, nie oszczędzając nawet subtelnej woni kilkudniowego niemytego ciała, nasączonego nie zawsze skutecznym antyperspirantem. Siedem godzin lotu oddzielało go od dotknięcia lepkiego i gęstego w swej konsystencji tropikalnego powietrza. Niestety, po wyjściu z samolotu, po przekroczeniu progu wyobraźni, po wejściu w realność do tej pory jedynie wyobrażoną – nie poczuł nic poza zapachem chloru. Lizol - który w innych okolicznościach przejęzyczył na izolbet, równie toksyczny i równie nieprzyjemny, wbijał się w podniebienie, przewiercał uszy, zatykał myślenie, osiadając przez ubranie na skórze - miał stać się nieodłączną częścią tej podróży, do tego stopnia, że pod koniec, to samo lotnisko miało być zupełnie pozbawione tej, tak rzucającej się w pierwszej chwili na nozdrza, zapachowej nuty sterylizacji. Tropiki pachniały chlorem.
Był marzec, środek nocy, stalowoszare ściany obejmowały czule pasażerów, zarówno tych zagubionych poszukiwaczy wrażeń, jak i tych, którzy wracali do swych rodzin, po trudach zdobywania handlowych partnerów lub wykształcenia. W miarę jak kolumna ludzi oddalała się od samolotu chlor dusił coraz bardziej. Ach, wyjść z tych pomieszczeń jak najszybciej! Ale jeszcze plecaki, jeszcze waluta, jeszcze znaleźć taksówkę do hotelu... Świat wirował, niepewność zmieszana z zagubieniem łączyła się ze zmęczeniem i zmianą klimatu. W głowie huczały wentylatory i zalecenia znajomych, którzy wcześniej przechodzili przez to samo. Położyć się spać w wygodnym łóżku i jak najszybciej zobaczyć ten kraj z bliska w świetle zwrotnikowego słońca. Lecz najpierw trzeba znaleźć pre-paid-ową taksówkę, która pokona te 30 kilometrów dzielących lotnisko od wyznaczonego hotelu w centrum turystycznej dzielnicy Starego Delhi.
c.d.n.
Znajomy podesłał mi adres bloga innego znajomego, który wyjechał w czterotygodniowa delegacje do Indii. Zupełnie inny rejon (Bangalore) niż to co ja widziałem (Delhi i okolice) i zupełnie inny charakter. Czystość, bogactwo, cywilizacja, przepych. Pomimo jego opisów syfu, ze zdjęć wyziera normalne zachodnioeuropejskie cywilizowane miasto. Oczywiście że są różnice, ale w naszej części świata też można spotkać latarnie pośrodku drogi, pasy dla pieszych zagrodzone barierka czy nadmiernie rozbudowane budynki użyteczności publicznej, czy żebraków śpiących na ulicach. Jak myśmy wylądowali w Delhi i w okolicach pierwszej w nocy znaleźliśmy się w centrum Old Delhi szukając hotelu, krajobraz przypominał miasto po wojnie atomowej. Rano ta sama ulica była niesamowicie kolorowa i tętniąca życiem. Ale asfalt na ulicy, chodnik dla pieszych, jakiekolwiek krawężniki – to były rzeczy luksusowe, prawie niespotykane. Nie mówiąc już o „normalnej” architekturze czy normalnych knajpach. Mimo, ze minęły już dwa lata, ja chyba ciągle nie mogę się otrząsnąć z szoku cywilizacyjnego i kulturowego. Ale kiedyś to opiszę...
Blog znajomego Moje zdjęcia z Indii
|