aktualizacja w weekendy ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komentarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komentarze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2012

Kiedy słowa przejdą w czyny?

Nie mogę się powstrzymać od wyrażenia tego, jak bardzo się cieszę z treści oświadczenia ZASP w sprawie ataków na film pt. "Pokłosie"! W oświadczeniu, które zanim zostało opublikowane na stronie internetowej ZASP (czy zostanie? może nie jest, bo ZASP się wstydzi? Niepotrzebnie!), podały do wiadomości publicznej różne media, możemy przeczytać m.in.:

"Fakt, że nasi sąsiedzi na wschodzie, północy i południu nie kwapią się do rachunku sumienia, dobrze im się żyje z kościotrupem w szafie - nie jest żadnym argumentem byśmy my zło zamiatali pod dywan." Polska powinna być "wielkoduszna, tolerancyjna, pozbawiona trujących złogów szowinizmu i ksenofobii, traktująca wszystkich swych obywateli jak braci. No i przede wszystkim odpowiedzialna. Nie krzepiąca serc mistyfikacją wielkości, ale szczerze dumna z tego co istotnie wielkie i szlachetne w jej historii."

Jakże to cenne słowa! Wsparcie dla fabularnego filmu "Pokłosie", którego akcja jest kompletną fikcją, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością, pokazuje, że treść dzieła artysty nie wpływa na skłonność do wsparcia jego działań. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, aby zarówno ZASP jak i inne instytucje wsparły filmowców zamierzających nakręcić lub dokończyć inne filmy dotykające istotnych zjawisk z polskiej historii najnowszych, które z nie do końca jasnych powodów wzbudzają niepotrzebne kontrowersje. Ich treść także nie powinna mieć wpływu na możliwość artystycznej wypowiedzi Twórcy! Mam na myśli przykład takich filmów jak nakręcona i czekająca na ostateczny montaż "Historia Roja", czy pozostający ciągle w sferze planów obraz o rotmistrzu Pileckim, albo najnowsza inicjatywa Antoniego Krauzego dotykająca wypadków w Smoleńsku.

Oświadczenie to niewątpliwie wytrąca argumenty z ręki krytyków pomysłu Krauzego, zarzucających filmowi brak potwierdzenia w faktach. Trudno przecież oczekiwać od fabularnego obrazu całkowitej zgodności z ustaleniami historyków czy śledczych! Jednak nie może to stać na przeszkodzie dla wspierania wizji artysty, który nie ma zamiaru ani "zamiatać zła pod dywan", ani "mistyfikować wielkości naszego państwa". Zgadzam się, że Polska powinna być "wielkoduszna, tolerancyjna, pozbawiona trujących złogów szowinizmu i ksenofobii, traktująca wszystkich swych obywateli jak braci." Dlatego Polska powinna z całych sił wesprzeć wspomnianych filmowców zamierzających zmierzyć się z naszą historią w wymienionych przeze mnie filmach.

Artyści polscy! Nie poprzestawajcie na słownych deklaracjach! Wesprzyjcie polską kulturę także swoimi działaniami!

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu wNas.pl

wtorek, 8 grudnia 2009

Muzeum Muncha w Oslo

Norwegia - jakoś przyblokowałem się po tej podróży. Może blokadę spowodowało trzytygodniowe napięcie za kierownicą samochodu? Bo przecież nie nadmiar wrażeń natury estetycznej? W bardziej egzotycznych regionach oprócz przyrody atakowała nas egzotyka odmiennej kultury. W Norwegii praktycznie nie mieliśmy do czynienia z kulturą, poza niemieckimi i holenderskimi camperami okupującymi każdy możliwy parking. Przyroda też, pomimo że nieco inna, to jednak niezbyt różniła się od tego co można zaobserwować zimowych górach. Być może blokada wcale nie została spowodowana czerwcowym wyjazdem, lecz natłokiem rzeczy, które spadły na ramiona moje tuż przed wyjazdem jak i długo po nim? W zasadzie do dzisiaj ten stan permanentnego narastania problemów do rozwiązania trwa nieprzerwanie, rozszerzając się niczym wszechświat aż do ponownego BigBangu, który będzie końcem wszystkiego i wszystkiego początkiem. Tajemnica pozostanie nierozwiązana, bo przestałaby być tajemnicą, zatem nie pozostaje nic innego jak skomentować nieco szerzej kilka zdjęć, które pozostały po podróży.

( Tak swoją drogą, to nawet nie zauważyłem, kiedy minęło te pół roku. Znamienne też, że nikomu nie przeszkadzała moja tutaj nieobecność ;-) )

Zanim jednak przejdę do fotorelacji, pozwolę sobie na dwa słowa na temat Muzeum Muncha, które odwiedziliśmy w Oslo. Jestem zapalonym fanem słynnego "Krzyku". Jest to dla mnie obraz genialny, który z biegiem czasu stał się ikoną popkultury, przez co stracił swoją wagę jako dzieło sztuki, zyskując sławę celebryty (a co!). Reprodukowany na znaczkach pocztowych, okładkach, przetwarzany przez niezliczona liczbę artystów, przerabiany na tysiące sposobów, dla mnie ma jakąś tajemniczą moc, która sprawia, że jest mi bliski niczym najlepszy przyjaciel, który rozumie i czuje to co mówię o moich emocjach. Lęk i przerażenie światem obok spokoju przechodniów, piekło rozgrywające się na niebie i dookoła widoczne tylko dla centralnej postaci, przenikający do szpiku rzeczywistości krzyk, którego nikt nie słyszy. Można by tak pisać bez końca, nie odkrywając niczego, co nie byłoby wcześniej opisane. Być w Oslo i nie zobaczyć "Krzyku" na żywo byłoby świętokradztwem.


1893 - Edward Munch - Krzyk - olej, tempera i pastel na kartonie 91 x 73.5 cm

Trudno było odnaleźć muzeum, które było poza mapką zamieszczona w przewodniku, w końcu jednak się udało. Bilety, bramki, klimatyzacja; obrazy. W miarę zdobywania kolejnych eksponatów w zimnej kolekcji wrażeń przepełniam się coraz większą blazą. Jednak rozczarowanie jakiego doświadczyłem po wyjściu z muzeum Muncha było jednym z większych rozczarowań, jakie miałem w życiu. Nie dziwię sie wcale łatwości, z jaką złodzieje parę lat temu wynieśli z muzeum słynny "Krzyk". Ten obraz na żywo niestety nie ma w sobie nic z całej głębi, którą przeczuwamy patrząc na jego reprodukcje. Jest to idealny przykład dla wszelkich teorii braku, jako czynnika wzbogacającego, niedoskonałości jako elementu wartościowego. "Krzyk" na reprodukcji jest tajemniczy i intrygujący, "Krzyk" na żywo jest jedynie bohomazem namalowanym niewprawną ręką malarza, który swoje niechlujstwo nazywa impresjonizmem.

Co więcej, nie dotyczy to tylko "Krzyku". Dotyczy to w zasadzie wszystkich obrazów prezentowanych na wystawie. Nie ma cienia artystycznej doskonałości VanGogha czy Wyspiańskiego. Jedna jedyna "Madonna" broni się znakomicie, a jest to obraz, który na reprodukcjach nie poruszył mnie wcale. Natomiast na żywo prezentuje się doskonale, stanowi arcydzieło, na którym każde pociągnięcie pędzla ma znaczenie i estetyczną wagę. I to było równie wielkie zaskoczenie, które zrównoważyło estetyczne odczucia z tej wystawy.


1894-95 - Edward Munch - Madonna - olej na płótnie 91 x 70.5 cm

Na koniec pokażę jeszcze cztery obrazy, które zatrzymały mnie choć na chwilę. Tak jak w przypadku "Madonny" ograniczenia reprodukcji nie wzbogacają doznań, natomiast w oryginale maja w sobie to coś, co sprawia, że dostrzegający wzrok zaczyna szukać racjonalno-estetycznego uzasadnienia dla specyficznego rodzaju przeczucia jakie rodzi dostrzegany widok.


1919 - Edward Munch - Autoportret (w rozpaczy) - olej na płótnie 151 x 130 cm


1897 - Edward Munch - Pocałunek - olej na płótnie 99 x 81 cm


1895-1902 - Edward Munch - Wampir - drzeworyt w połączeniu z litografią 38.5 x 55.3 cm

Poniższy "Żółty bal" bawi się perspektywą, co jest dostrzegalne z wiekszej odległości. Gdy patrzymy na obraz pod kątem z lewej strony to bal leży w innym kierunku niż gdy będziemy go obserwować ze strony prawej. Stara sztuczka, stosowana w średniowieczu przy malowaniu kolumn w kościołach oraz sprawiająca, że portretowana osoba wodzi za nami oczami.


1911-12 - Edward Munch - Żółty bal - olej na płótnie 131 x 160 cm

I tyle. Polecić wystawę mogę wszystkim tym, którzy szukają zrozumienia mechanizmów świata sztuki, który nie koniecznie kieruje się artystycznymi wartościami, równie często absorbując dokonania pozaartystyczne, jeśli tylko można to wykorzystać do budowania intratnej legendy. Nie polecam natomiast wystawy tym, którzy szukają estetycznych doznań i dla których negatywna weryfikacja sławnego dzieła jest dojmująco przykra. Najlepszym podsumowaniem wrażenia wywartego przez całość zbiorów jest zacytowane przez Gośkę zdanie z Gombrowicza: "no jak zachwyca, jak nie zachwyca"...

wtorek, 31 marca 2009

Bodies w BlueCity - kilka refleksji

Z mieszanymi uczuciami zgodziłem się pójść na tą wystawę. Szum wokół niej, choć nie aż tak wielki jak wokół choćby papieża przygniecionego meteorytem, to jednak w pewien sposób do niej uprzedzał. Ludzkie ciało odarte ze swojej godności, niczym nieuzasadniona obsceniczność truchła, horror w handlowej galerii. Oburzenie i kontrowersje. Ci, którzy wystawę obejrzeli relacjonowali ją jako fascynującą, ciekawą i wartościową poznawczo. Inni głośno protestując wyrażali swoje oburzenie, że wystawa jest poniżej wszelkiej krytyki i że nie zamierzają dokładać swojej cegiełki do tej komercyjnej prowokacyjnej i obscenicznej szopki. Jeszcze inni deklarowali, że nie pójdą na tą wystawę, bo po prostu boją się swojej reakcji. Ja też się bałem. Jednak ciekawość – ten pierwszy stopień do piekła – zwyciężyła. Kierując się zasadą, że „nic co ludzkie...” oraz, że nie można oceniać czegoś czego się nie widziało, poszedłem.

Moje odczucia wstępne, z którymi przyszedłem do BlueCity, były bardzo ambiwalentne. Oto człowiek, Zdziś Kowalski, stoi przede mną odarty ze skóry, obnażając swoje wnętrzności. Kim był za życia? Co robił? W jaki sposób tutaj trafił? W jaki sposób umarł? Czy mogę spojrzeć na preparat jak na preparat tylko? Czy fakt, że to prawdziwe ludzkie szczątki wpłynie jakoś na percepcje eksponatu? W jaki sposób? Z drugiej strony bowiem, że zacytuję słowa głównego bohatera filmu Zanussiego „Życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” - „to tylko ciało!” Lekarze muszą poznać, dotknąć, nauczyć się prawdziwych, żywych ciał. Ja oglądam „tylko” preparaty. Czy to odzieranie Człowieka z godności? Raczej nie. Raczej poznanie Go od środka. Czy raczej jego ciała. Abstrahując od Ducha...

Druga wątpliwość, czy raczej obawa, to moja własna fizyczna reakcja. Nie jestem specjalnie czuły na widok krwi, ani na wszelkie inne uszkodzenia ciała; nie sprawia mi kłopotu opatrywanie nawet rozległych obrażeń. Ot, uszkodziło się, trzeba nareperować. Mam dość mechaniczny stosunek do ludzkiego ciała, aczkolwiek mam też czułe punkty, jak np. oczy. Samo mówienie o grzebaniu w oku sprawia mi fizyczny ból. Z powodu tego psychicznego defektu nie mogę na przykład nosić soczewek kontaktowych. Jak zatem podejdę do tych realistycznych podobno wnętrzności? Tego nie wiedziałem. Rezultaty tego eksperymentu okazały się dość zaskakujące.

Preparaty na wystawie są przygotowane naprawdę dobrze. Wiele z nich sprawia, że mniej interesujące staje się to, co one przedstawiają, a bardziej interesujący jest sposób ich przygotowania. Nie wystarcza krótka informacja, że wyabstrahowany z ciała układ krwionośny został najpierw wypełniony płynnym polimerem, by następnie chemicznie usunąć resztę tkanek odsłaniając skomplikowaną sieć czerwonych żyłek. Patrząc na tą, znajomą z encyklopedycznych rysunków, zanurzoną w konserwującym płynie, skomplikowaną czerwoną i niebieską pajęczynę, chciałoby się obejrzeć film jak to zostało zrobione.



Niektóre preparaty sprawiają wrażenie plastikowych, na przykład preparaty mózgu; inne natomiast wyglądają jakby właśnie zostały przygotowane. Zakonserwowane tkanki mięśniowe, bardzo naturalistyczne, wręcz sprawiające wrażenie świeżości, wprawiły mnie w spore zakłopotanie, żeby nie powiedzieć że wzbudziły moją konsternację. Tkanki wyglądały bowiem zupełnie jak bardzo ładna wieprzowina w sklepie mięsnym. Aż się niemalże chciało odkroić kawałek i wrzucić na patelnię. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie mam jakiś głęboko ukrytych ludożerczych skłonności. Głupkowate horrory oglądane czasem w dzieciństwie także uruchomiły wyobraźnię i na widok wyciętych, w celu rewizji głębszych warstw, kwadratowych plastrów pośladków, przed oczami stanęli mi przygotowujący ten preparat lekarze, którzy wycięty fragment szynki wrzucają wprost na patelnię. Było to dla mnie chyba najbardziej zaskakujące doświadczenie. Jednak nie był na tym koniec!

Nie jestem wegetarianinem i nigdy nie byłem. Jako dziecko prawie wcale nie jadłem mięsa, bo mi po prostu nie smakowało. Nawet w święta wolałem biały ser od zdobywanej wieloma wyrzeczeniami szynki, czym doprowadzałem rodziców do rozpaczy i szewskiej pasji. Jak wiadomo, co 7 lat wszystkie komórki organizmu ulegają wymianie i po trzeciej takiej zmianie, po zakończeniu trzeciej siódemki wiosen, niemal z dnia na dzień, zacząłem być cholernie mięsożerny. Obiad bez mięsa przestał się liczyć, a do dzisiaj najbardziej smakują mi gulaszowe kawałki wołowiny, kiedy czuję jak włókna mięsa pękają pod naciskiem moich zębów. Spodziewać się mogłem, że wszelkie wegetariańskie uwagi na temat „naszych braci mniejszych”, deklaracje że „nie jem tego, co ma oczy” wreszcie odniosą skutek, gdy zobaczę, że to co leży w sklepie mięsnym, jest tak podobne do tego co mam pod skórą. Niestety. Skutek był odwrotny. Poczułem w sobie wilczy zew krwi i ku własnej zgrozie leżący za szybą przekrój przez mięśniowe tkanki miałem ochotę wrzucić na patelnię. Czy to się nadaje do leczenia?

Kolejną refleksją po obejrzeniu wystawy było uświadomienie sobie siły psychologicznych mechanizmów obronnych. Okazało się, że patrząc na spreparowane zwłoki i myśląc nawet o tym, do kogo należały, jaki Duch w nich mieszkał, bezwiednie, niezauważalnie i niejako wbrew woli, bardzo silnie oddzielasz od siebie te dwie rzeczy: materię i Ducha. Wytwarza się szyba, przez którą obserwujesz medyczny preparat. Zgroza sytuacji odsuwana jest w cień, spychana w te rejony jaźni, w których nie zagraża już integralności własnej psychiki. Oczywiście nie można tych rzeczy porównywać, jednak czyż nie tak właśnie działają mechanizmy pozwalające przetrwać w ekstremalnych sytuacjach? Przypomniały mi się suche i beznamiętne opisy oświęcimskiego horroru, które główny bohater Borowskiego opisywał właśnie jak zza szyby. Owszem brał w tym udział, ale przez mentalną prezerwatywę. Tak, jakby istniał pewien pstryczek, który w odpowiedniej sytuacji wyłącza pewne emocje i pewne strefy ludzkiej wrażliwości.

Po wyjściu z wystawy wypełniony byłem skrajnie ambiwalentnymi odczuciami, ale zupełnie innymi niż przed wejściem. Wrażenie jednoczesnej plastykowatości i naturalizmu eksponatów i całej wystawy. Poczucie ważnego doświadczenia i swoistego niesmaku. Doprawdy, dalej nie wiem co mam myśleć na temat tego zjawiska.

Całkowicie pomijam w tych refleksjach wszelkie kulturowe odniesienia i interpretacje: medycyna w handlowej galerii, szokowanie przy zakupach, kolejna komercjalizacja ludzkiego ciała – o tym wszystkim na pewno będzie jeszcze wiele napisane. Tutaj chciałem podzielić się pewnymi psychicznymi reakcjami widza.

Na koniec chciałbym ostrzec przed dwiema rzeczami. Pierwsza, to nie przychodźcie na tą wystawę później niż 2 godziny przed zamknięciem. Gdy zbliża się czas zamknięcia wystawy, obsługa robi się bardzo niecierpliwa i nie pozwoli Wam skupić się na oglądaniu. O godzinie 19:59 pan z obsługi ostatni raz zdenerwowanym głosem oznajmił, że już jest po dwudziestej, że zamykamy i że obsługa też chce iść do domu. Ja wszystko rozumiem, ale zaczekanie pięciu minut w sytuacji, gdy widać że wszyscy oglądają już ostatnie gabloty, jest niemożliwe? PRL wraca? Trochę to dziwi, bo bilety na wystawę tanie nie są, a obsługa to nie wolontariusze pracujący na rzecz społecznej edukacji, tylko najemni pracownicy. Zatem coś kuleje w organizacji...

Po drugie ostrzegam: po obejrzeniu wystawy człowiek przez długi czas nie jest w stanie spojrzeć na jakiekolwiek ciało tak, jak dawniej. Patrzę na ręce, widzę ścięgna, kości i żyły, patrzę na brzuch, widzę splątane jelita. Magia wdzięku, chemia feromonów przestaje działać. Nie mam pojęcia jak sobie radzą z tym lekarze. Jedno jest pewne, ja lekarzem bym być nie mógł.

Strona wystawy: http://bodiespoland.pl

poniedziałek, 22 września 2008

Afrykański przypadek

Dziś wyjątkowo zamiast kolejnego odcinka relacji z Azji Środkowej, kilka słów o dwu filmach. Kilka dni temu, gdy jechałem pociągiem do pracy dostałem kolejną ulotkę o jakiejś pomocy na świecie. Już miałem ją wyrzucić do kosza, gdy dostrzegłem, że to jest informacja o weekendowej imprezie, a nie kolejna próba wstrząśnięcia moim sumieniem. Po przejrzeniu znalazłem informacje o pokazach filmowych w kinie Rejs w ramach II Forum Polskiej Współpracy Rozwojowej. W planach miałem co prawda ślub znajomych, ale była szansa dotarcia chociaż na ostatni film. Życie okazało się bardziej skomplikowane i w efekcie na ślub z wielkim żalem nie dotarłem, za to udało się dotrzeć na dwie ostatnie projekcje.

Pierwszy film, "Chłopiec z Bamiyan", opowiada o afgańskiej wiosce poprzez losy rodziny żyjącej w grotach otaczających ogromne posągi Buddy, wysadzone przez Talibów kilka lat temu. Dzieci z nieznikającym z twarzy uśmiechem pokazują nam ślady po antycznych rzeźbach. Poznajemy skomplikowaną afgańską rodzinę. Najpierw dziadek opowiada nam o swojej żonie, która po urodzeniu najmłodszego syna zmarła. Syn ma teraz 8 lat, ale dziadek ma też młodą córkę. Przyszedł więc do swojego znacznie młodszego ziomka i powiedział mu: ja jestem stary i samotnie wychowuję dwoje dzieci. Ty jesteś sam ze swoja matką. Dam ci swoją córkę za żonę, ale ty mi dasz swoja matkę za żonę. Tak też się stało i dwie rodziny połączyły się w miarę normalny organizm. Koneksje rodzinne są tym czynnikiem, który najbardziej zakłóca percepcję widza, jednak nie to w tym filmie jest najważniejsze. Dziadek opowiada historie Afganistanu.

Kiedyś w Afganistanie wszyscy żyli w zgodzie: Pasztunowie, Tadżycy, Uzbecy, Hazarowie. Mieszkali obok siebie i w zgodzie. Później przyjechali Rosjanie i wszystko się popsuło. Po Rosjanach przyszli Talibowie i psuli dalej. Do Bamiyan przyjeżdżało dużo ludzi, także z Europy, zostawiali tu pieniądze i jakoś dawało się przeżyć. Te posągi stały tu bardzo długo, ja nie wiem jak długo. Przyszli tu Talibowie i stwierdzili, że trzeba je zniszczyć bo obrażają Allaha. Teraz są Amerykanie i wygonią Talibów i kiedyś znowu tu będzie jak dawniej.

Opowieść dziadka, śmiech dziecka, nadzieja w oczach młodego ojca, pomimo wielkiej biedy, ci ludzie mają nadzieję. Nadzieja podbudowana przeszłością "kiedyś był pokój" daje siłę na przyszłość "kiedyś będzie lepiej". To czego brakuje w drugim filmie to nadzieja. Tam, w sercu Afryki istnieje tylko teraźniejszość. Nie ma przyszłości, nie ma dającej siłę przeszłości. Jest tylko codzienna walka o przetrwanie. Przetrwanie bez większego czy głębszego sensu. Film "Koszmar Darwina" nie pozostawia obojętnym. Podobnie jak "Wierny ogrodnik" pozbawia nadziei. Udowadnia, że proste rozwiązania nie istnieją.

Koszmar Darwina to wielopoziomowa opowieść o rybie, która całkowicie zniszczyła ekosystem jeziora Wiktorii. O prostytutkach obsługujących pilotów samolotów wywożących tą rybę do Europy. O rosyjskich pilotach, którzy nie chcą rozmawiać o tym co przywożą do Afryki. O Afrykańczykach chorych na AIDS. O Afrykańczykach dosłownie walczących o przetrwanie i nieustannie w tej walce przegrywających. O wielu innych aspektach, których nie da się opisać, a które trzeba zobaczyć pomiędzy wierszami filmu. Po obejrzeniu tego obrazu miałem poczucie, że nie znam żadnego sposobu, jak można by pomóc temu regionowi. Jest to film o tym, że nawet danie ludziom wędki często nie wystarczy. Dlaczego?

Hindus zarządzający fabryką przetwarzającą tusze okonia nilowego martwi się, że rynek jest już nasycony okoniem, niedługo nie będzie go komu sprzedawać. Na mięso okonia mało kogo stać na miejscu. Czarni rybacy nie wpadną na pomysł żeby sprzedawać okonia bez pośredników swoim ziomkom. Wielu z nich ginie lub jest okaleczanych podczas połowów. Osierocone dzieci idą na ulicę żebrać, a ich matki zaczynają się prostytułować zarażając HIV-em najpierw siebie później swoich klientów, którzy zarażają swoje rodziny i koło się zamyka.

Widzimy delegacje europejskich dygnitarzy, którzy chwalą warunki sanitarne w afrykańskiej fabryce. Widzimy Afrykańskich ministrów, którzy na film o zniszczeniach dokonanych przez okonia nilowego reagują słowami, że na filmie trzeba pokazywać także pozytywne strony, a nie tylko brudną, mętną wodę. Widzimy rosyjskich pilotów, którzy w końcu się przełamują i przyznają, że do Afryki wożą broń, a z Afryki żywność. Jak określił to jeden z nich, wspominając pewien wypad do Angoli: dzieci dostały na gwiazdkę swoje zabawki: europejskie dostały winogrona, a afrykańskie dostały karabiny.

Uświadamiamy sobie jednocześnie, że ta gra to nie jest tylko bezduszność europejskich polityków. To jest poniekąd europejska racja stanu. Jeśli Europa odpuściłaby i przestała wspierać różne afrykańskie siły swoją bronią, zrobiłyby to Chiny. Ostanie ataki na platformy Shella nie są w moim odczuciu niczym innym jak inspirowaną przez Chińczyków próbą przejęcia rynku. To jest walka miedzy mocarstwami o wpływy na kontynencie, który oprócz surowców naturalnych posiada jedna poważna zaletę: jest to przeklęta ziemia niczyja. Gdzie koncerny maja robić swoje eksperymenty medyczne jak nie w Afryce? Rosjanie mają jeszcze Syberię, ale reszta świata? Chińczycy są zbyt silni, zbyt niezależni, podobnie Hindusi. Oni maja swoja historie, która podobnie jak w afgańskim filmie daje ludziom nadzieję i siłę na walkę. Ameryka Łacińska pełna jest Europejczyków. Afryka ze swoim brakiem jakiejkolwiek historycznej cywilizacji na południe od Sahary, jest całkowicie bezbronna. Nikomu nie zależy na jej ucywilizowaniu. Że nie są to katastroficzne wizje nawiedzonego zwolennika spiskowej teorii dziejów pokazuje przypadek Darfuru, gdzie za przyzwoleniem Zachodu morduje się ludzi chińska bronią. Mam uwierzyć, że europejscy politycy nie dostali od Chińczyków nic w zamian za to milczenie? Strefy wpływów wyznacza sobie nie tylko Rosja w Azji...

Kiedyś może rozwinę te wątki. Na razie poprzestanę na smutnej konstatacji. Ziemia coraz bardziej się niebezpiecznie kurczy.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Wojna nie tylko o Gruzję

To jest ciąg dalszy uwag na gorąco spisanych w poście Wojna rosyjsko-gruzińska.

Po kilku dniach od wybuchu walk można dostrzec jedynie coraz większą niekonsekwencję i chaos panujący w głowach decydujących o kształcie tego, co się dzieje. Na tym tle jedynie rosyjscy przywódcy wydają się być opoką stałości. Niezmiennie powtarzają do znudzenia te same frazesy o zaprowadzaniu porządku, przymuszaniu do pokoju i wycofywaniu sił na z góry upatrzone pozycje. W sumie idąc tym tropem Niemcy także wycofywali swe siły we wrześniu 1939 roku w kierunku Warszawy, Krakowa itd. itp. Ale dość o tym. W podobnych przypadkach zawsze warto się zastanowić, kto miał interes w tym, by sytuacja zaistniała i jakie otwiera ona dalsze możliwości. Pobawmy się zatem w małe political fiction, które przerodziło mi się w ten poniższy przydługi post.

1. Zatem najpierw interesy rosyjskie.

  1. Rosji jest cholernie nie na rękę azersko-gruziński rurociąg. Chodzi tu nie o małą Gruzję czy równie mały Azerbejdżan. Chodzi o panowanie nad całą Azją Centralną. Rura z Baku, nad którą nie miałaby kontroli Rosja umożliwi takim krajom jak Turkmenistan, Uzbekistan czy Kazachstan eksport gazu i ropy po normalnych rynkowych cenach oraz bez kontroli Rosji. Rosja straci w ten sposób główny środek nacisku i główny argument zarówno w Europie jak i w Azji Centralnej. Rosja przełknęła gorzka pigułkę, jaką była bezpośrednia rura z Kazachstanu do Chin, jednak w tej inwestycji spore udziały ma rosyjski koncern. O ile ze stratą Chin ze swojej strefy wpływów Rosjanie pogodzili się już z 50 lat temu, o tyle z utratą tak potężnego instrumentu nacisku jak surowce energetyczne w przypadku kierunku Europejskiego – łatwo się nie pogodzą.

  2. W przypadku krajów Azji Centralnej działa zasada „pokorne cielę dwie matki ssie”. Krajami tymi rządzą dawni kacykowie lokalnych oddziałów KPZR. Jedynym wyjątkiem jest Kirgizja, ale ona nie ma ani ropy ani gazu. Ma jedynie czystą wodę, a to na razie za mało, by się o nią zabijać. Zarówno Uzbekistan jak i Kazachstan, pomimo okresowych mariaży z USA, nigdy nie deklarowali rosyjskich antypatii. Owszem zdarzały się rozbieżności między tymi krajami a Rosją, ale zawsze dotyczyło to konkretnych spraw a nie całokształtu. I mimo, że Uzbekistan i Tadżykistan udostępniły swoje terytoria USA dla wojsk, które biorą udział w operacji afgańskiej, to jednak rosyjskie wojska także „gwarantują pokój” na tych terenach.

  3. Z tych samych powodów Rosjanie są wybitnie niezainteresowani, by zapanował spokój w Afganistanie oraz Pakistanie, który umożliwiłby wybudowanie kolejnego wariantu rurociągu do pakistańskiego portu w Karaczi. Najprawdopodobniej z tego powodu, już kilkukrotnie główny uzbecki terrorysta, Dżuma Namangani z międzynarodowego obecnie Islamskiego Ruchu Uzbekistanu (IRU), zanim został prawdopodobnie zabity w 2001 roku, był ewakuowany ze swoich górskich uzbeckich i tadżyckich kryjówek na terytorium afgańskie. Pisze o tym m.in. Ahmed Rashid. Im dłużej trwa zamieszanie pomiędzy afgańskimi plemionami tym dłużej Rosja może kontrolować całą Środkową Azję, trzymając ją za gardło za pomocą linii przesyłowych głównego ich eksportowego towaru, czyli ropy i gazu.

  4. Ostatnio coraz więcej krajów, do tej pory posłusznych woli rosyjskiego hegemona zaczęło podnosić głowę i buntować się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Kraje bałtyckie dawno zostały spisane na straty, ale umówmy się – to nie jest kluczowy rejon. Najpierw Gruzja, później Ukraina, Łukaszenko na Białorusi chyba też zaczyna sobie zdawać sprawę, że jego dni są policzone, bo sprzedał już rosyjskim koncernom w zasadzie wszystko, co miał do sprzedania. Uzbekistan i Kazachstan zaczynają też się odszczekiwać od czasu do czasu i coraz śmielej spoglądać w stronę coraz bardziej stabilizujących się Chin. Trzeba przeprowadzić jakąś pokazową akcję. Najlepiej zgodnie z amerykańską doktryną wojny prewencyjnej opisaną przez Chomsky’ego (Chomsky, Hegemonia albo przetrwanie, Warszawa 2005, s.25). Ofiara takiej wojny:
    1) Musi być praktycznie bezbronna.
    2) Musi być na tyle ważna, by w ogóle opłacało się podejmować jakieś działania.
    3) Musi dać się ją przedstawić jako ucieleśnienie skrajnego zła i bezpośrednie zagrożenie dla naszego przetrwania.

    Irak spełniał wszystkie warunki. Rosja robi wszystko by Gruzję przedstawić także jako spełniającą te warunki, ale wierzą w to chyba tylko sami Rosjanie. O zachętach wysyłanych Gruzinom przez Rosjan i przez Amerykanów można poczytać gdzie indziej. Wystarczy zauważyć, że to, co Rosjanie wyprawiają w Gruzji, to całkowicie jawne wymierzanie karnych batów niegrzecznemu dziecku. I to w imię jego dobra: czyż plądrowanie Gori, wysadzanie okrętów w Poti i przejmowanie magazynów broni w Senaki nie jest „przymuszaniem do pokoju” i zabezpieczaniem Osetyńczyków przed ludobójczymi napadami Gruzji? A wysadzenie mostu na głównym szlaku kolejowym? A podpalenie parku narodowego? Czyż nie jest to w cywilizowany sposób dawanie nauczki niegrzecznemu barbarzyńcy?

  5. Reakcje świata są dla Rosjan nieocenionym papierkiem lakmusowym pokazującym, do czego mogą się posunąć w innych interwencjach „w obronie swoich obywateli”. Opieszałość tych reakcji już pozwala mówić Rosjanom o możliwych atakach na Polskę, ostatnio pojawiają się nawet głosy o atakach jądrowych. Jestem przekonany, że Rosja nigdy nie posunie się tak daleko, jednak reakcje Europy wiele mówią o jej kondycji, która jak widać wróciła chyba do stanu z 1938 roku: najlepiej nie robić nic.

2. Korzyści amerykańskie.
  1. Amerykańska gospodarka wali się od jakiegoś czasu i choć nie widać jeszcze na horyzoncie ewidentnej katastrofy, to w misternej konstrukcji rysuje się coraz więcej pęknięć. Urzędnicy w obecnej administracji amerykańskiej potrafili przekonać ekipę, że trzeba postawić na zbrojenia, że Ameryka jest zagrożona i że kolosalna kasa musi iść na rozwój wojskowych zabawek. Zabawek tych nie projektuje się w ciągu kilku miesięcy. Obecnie cykl wytworzenia tak skomplikowanej maszynki jak nowy samolot, trwa co najmniej kilkanaście lat, nie mówiąc o systemie rakietowym obejmującym całą planetę. Ten jakże drogi system stoi obecnie pod znakiem zapytania wobec prawdopodobnej zmiany ekipy w Waszyngtonie. Trzeba zrobić coś, aby uzasadnić jego konieczność. Imperialne zakusy Rosji świetnie się do tego nadają. Wystarczyło tylko zasugerować Tbilisi, że Waszyngton stanie w obronie Gruzji, a Rosji, że Ameryka kolejnego frontu otwierać nie będzie.

  2. USA może sobie pozwolić na rosyjska dominację w Europie. Co więcej, mocna Rosja oznacza słabą Europę. Rosyjskie zagrożenie oznacza także mniejszy opór przed rozwijaniem dominacji amerykańskiej na świecie, w którym jest (ta dominacja) jedyną przeciwwagą o pokrewnych korzeniach ideologiczno-światopogladowych. Z Chinami Europa przecież trzymać nie będzie. Nawet chwilowo i doraźnie. USA może sobie pozwolić na poświęcenie korytarza gruzińskiego, bo i tak to nie USA z tego korytarza korzystają. Ameryka korzysta głównie z surowców własnych, południowoamerykańskich oraz arabskich. Azja Środkowa też ją interesuje, ale na pewno nie jest priorytetem. Afganistan wobec niejawnej rosyjskiej i islamskiej dywersji jeszcze długo nie umożliwi jakichkolwiek poważnych inwestycji.

  3. Miałem jeszcze kilka pomysłów na korzyści, jakie USA może mieć z konfliktu na Kaukazie, ale ostatnie wydarzenia pokazują, że sam Waszyngton jest chyba zaskoczony skalą rosyjskiej reakcji. Początkowe stonowane wypowiedzi Busha jasno pokazały, że Ameryka nie jest ani zaskoczona konfliktem, ani nie jest dramatycznie jemu przeciwna. USA zbyt wiele zainwestowały w Rosji w ostatnich latach, by móc sobie pozwolić na ponowne dychotomizowanie świata. Ciekawa jednak była wolta, jaką wykonała pani Rice, która przed wyjazdem do Gruzji (informacja z 14 sierpnia, godz. 20:00) miała czelność zaproponować, by Gruzja zgodziła się na stałą obecność wojska w Osetii i Abchazji w zamian za wycofanie się wojsk rosyjskich z Gruzji właściwej. Już po przyjeździe do Tbilisi zmieniła zdanie i jednak stanowczo zażądała natychmiastowego wycofania wojsk rosyjskich jako warunku dla pokoju. A teraz to możecie już nam naskoczyć – zdają się mówić Rosjanie niszcząc mosty i podpalając parki. I mają rację. Zachód odkrył karty. Zachód nie ma zamiaru kiwnąć palcem.

Zadziwia w tym wszystkim brak zdecydowanej reakcji Europy. O ile USA mogą sobie pozwolić na rosyjski imperializm i nawet mogą wyciągnąć z tego pewne korzyści, o tyle postawa polityków i mediów niemieckich, ale także francuskich sprawia wrażenie, jak by to byli ludzie na pasku rosyjskiej agentury. W interesie Europy leży jak najszybsze powstrzymanie rosyjskich neoimperialnych zapędów oraz utrzymanie i rozwój gruzińskiego rurociągowego korytarza. Ja rozumiem strach przed konfrontacją z Rosją, której nie dał rady ani Napoleon ani Hitler, ale przecież nikt nie mówi o otwartym zbrojnym konflikcie! Nie trzeba dziecku dawać klapsa, żeby mu uświadomić, że pewnych rzeczy nie należy robić. Nie chcę jednak wpaść w jałową ścieżkę wskazywania pseudorozwiązań. Dlatego milknę.

Dodam tylko dwa słowa o interesach europejskich, które choć wydają się oczywiste to okazuje się, że oczywiste są dla mało kogo.
  1. Utrzymanie korytarza dla kaspijskiej i środkowoazjatyckiej ropy i gazu powinno być priorytetem. Co prawda nie rozumiem, dlaczego nie możemy importować surowców z krajów arabskich, podobnie jak robią to zarówno Amerykanie jak i Chińczycy? Może ktoś mnie oświeci?

  2. Nie dopuszczenie do precedensu, gdy dla ochrony, nie ważne w tym miejscu, czy prawdziwej czy rzekomej, jakichkolwiek obywateli, Rosja może najeżdżać demokratyczny kraj. Przypadek Kosowa przywoływany na początku konfliktu jest absolutnie nieadekwatny, bo nikt nie najechał ani Serbii ani Kosowa i nie niszczył całej infrastruktury tych krajów. Bliższą analogią mogłaby być wojna w Iraku oraz Afganistanie, które USA i spółka najechały w ramach „wojny z terroryzmem” i zaprowadzają tam bez powodzenia „ład” i „porządek”, bez brania pod uwagę lokalnych uwarunkowań społeczno kulturowych. Jednak jeśli Rosja rzeczywiście chce być postrzegana jako część Europy (jak chcą tego choćby Niemcy), jeśli mamy ją poważnie traktować jako demokratyczne cywilizowane państwo, to gruzińska sytuacja jest kategorycznie nie do przyjęcia. Wojna z państwem z innego kręgu światopoglądowego, z państwem autorytarnym, po miesiącach ultimatów i przygotowań to jedno. Nie mam najmniejszego zamiaru usprawiedliwiać takich wojen. Ale wojna z państwem demokratycznym, w naszym kręgu cywilizacyjnym jest nie do przyjęcia. Jeśli Rosja może zniszczyć Gruzję to dlaczego nie może zniszczyć i podzielić Ukrainy, Mołdawii i innych europejskich krajów, gdzie są rosyjscy „obywatele”? Jeśli Rosja chce być poważnie traktowana, musi się poważnie zachowywać.

  3. Nie można dopuścić do powtórki z 1938 roku, gdy uległość wobec imperialnych zachowań przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. I to wobec wszelkich przesłanek wskazujących, że Rosja układać się może jedynie z silniejszym, że Rosja słabych ma w głębokim poważaniu. Dlaczego Rosja nie walczy z Chinami nawet na płaszczyźnie politycznej? Dlaczego z Japonią konflikt o wyspy kurylskie dawno przysechł? Rosja bada granice, do jakich się może posunąć. Brak reakcji rozzuchwali ją dokładnie tak samo jak rok 1938 rozzuchwalił Hitlera. Nie twierdzę, że nie byłoby wojny, ona i tak by miała pewnie miejsce, bo jawnie do niej Niemcy ówcześnie dążyli, ale gdyby Francja i Anglia zareagowali tak jak powinni w 1939 roku, potęga Niemiec zostałaby złamana jak zapałka. Tak twierdzą dzisiaj historycy. Pacyfizm nie zawsze jest najlepszą drogą dla zachowania pokoju. Dzisiaj Rosja pokazuje już całkiem jawnie, że cywilizowany świat ma gdzieś i jeśli nie zareagujemy, kolejny raz obudzimy się z ręką w nocniku. A miało być tak pięknie.

Trzy powyższe interesy powinny wystarczyć, aby zareagować natychmiast. Tak się nie stało i mamy otwarte lekceważenie rozejmu połączone z nieustannymi zapewnieniami, że Rosjanie są w trakcie wycofywania. Nie potrafię znaleźć wytłumaczenia dla działań polityków starających się ciągle zachować zimną krew. Nie wierzę w ich głupotę, nie wierzę w zaniedbanie. Nie wierzę w krótkowzroczność. Za każdym z nich stoi sztab doradców i analityków. Przeraża mnie jak daleko sięga rosyjska propagandowa agentura, która zrobiła wodę z mózgów nie tylko własnym obywatelom, ale również znakomitej większości unijnych decydentów. Przytomne słowa przywódcy Torysów w Wielkiej Brytanii są jednak, jakże po polsku, zbywane przez rządzącą koalicję irytacją, że "ten pan nie powinien tego robić".

Z powyższych powodów, w obecnej sytuacji, zupełnie inaczej przychodzi mi spojrzeć na „polityczne awanturnictwo” dyplomatołków z otoczenia naszego prezydenta. Rezerwa wobec uznania Kosowa bardzo szybko okazała się być czymś więcej niż niechęcią wobec podążania w zgodzie z „cywilizowanym światem”. W dzisiejszej sytuacji również to otoczenie prezydenta jest tym nielicznym ośrodkiem, który dostrzega dalekosiężne konsekwencje obecnej sytuacji. Ten „cywilizowany świat” zostawił nas samopas w 1939 roku, oddał nas na pastwę sowietów w 1945, a teraz po 1989 roku nie raz już ustami swoich polityków napominał, że „znowu zmarnowaliśmy okazję do tego, by siedzieć cicho”. Ja nie chcę, by rządzący Polska siedzieli cicho. Ja chcę by rządzący Polską dbali o POLSKIE interesy w podobny sposób jak to robią Niemcy, Francuzi czy Anglicy. Prezydencki rajd do Tbilisi był tego dobrym przykładem. Mam nadzieję, że na tym rajdzie się nie skończy, że za tym pójdą jakiekolwiek sensowne działania, nie polegające na chowaniu głowy w piasek. Nawet, jeżeli trzeba będzie zacząć budować nową antyrosyjską koalicję, o co Rosja aż się prosi! Mam nadzieję, że oportuniści zostaną tym razem zepchnięci na margines, a polscy i zagraniczni przedsiębiorcy dalej będą mogli spokojnie i swobodnie inwestować w akcje i nieruchomości na polskim rynku.

dopisane 23 sierpnia:
Od początku dziwiłem się dlaczego to Gruzini "dali się sprowokować", gdyby np. bateria artyleryjska umieszczona w Katowicach strzelała do Sosnowca, to akcja wojska albo policji by zlikwidować taką baterię też oznaczałaby "uleganie prowokacji"? I dawałaby np. Niemcom prawo do interwencji??? Nikt nie uważa strzałów wykonywanych przez Osetyjczyków za agresję, natomiast strzały Gruzinów to idiotyczna agresja? Kule osetyjskie mniej ważą? Nie dajmy sobie robić wody z mózgów!!! Poniżej link do świetnego zestawienia faktów z początków wojny:
Kto wywołał tę wojnę? - analiza TVN.

Tutaj pierwsza część uwag na gorąco spisanych w poście Wojna rosyjsko-gruzińska.

sobota, 9 sierpnia 2008

Wojna rosyjsko-gruzińska

Rozwinięcie tematu w następnym poście: Wojna nie tylko o Gruzję.

Doniesienia z Kaukazu napawają mnie coraz większym przerażeniem. Nie chodzi przy tym o tragizm tej konkretnej sytuacji. Chodzi mi o logikę i argumentację agresora, która jest pomieszaniem retoryki hitlerowskiej z komunistyczną. Kto z kogo stara się tu zrobić kretyna? Czy Rosjanie naprawdę wierzą, że ktokolwiek łyknie ich "siły pokojowe"? Ich teksty o gruzińskiej agresji na Osetię Południową brzmią tak, jakby Polskę ktoś oskarżał o agresję na Wrocław czy Opole. Tam przecież też jest sporo obywateli niemieckich. Ale dość o emocjach. One niczego nie zmienią, podobnie jak pozory działań podejmowanych przez polityków. Pytanie podstawowe, z którym się zmagam to czy ten konflikt to początek III wojny światowej?

Absurdalność tego pytania jest tylko pozorna. Obecny rosyjski atak wpisuje się znakomicie w logikę historii ostatnich lat. Jeśli spojrzymy sobie na łańcuszek pewnych pozornie niezwiązanych wydarzeń, okaże się że wcale nie musi być tak spokojnie. Nie będę rozwijał tematu, bo to zrobią pewnie za jakiś czas specjaliści. Wypunktuję tylko kilka spraw:

  1. USA są w tej chwili zmarginalizowane militarnie, wykończone wojnami w Iraku i Afganistanie. Jak bardzo są osłabieni, pokazuje przykład Olimpiady, która miała być zbojkotowana. Główna ideologia pchająca amerykańskich żołnierzy na różne wojny to obrona wolności i demokracji. W Pekinie nie po raz pierwszy ale za to bardzo spektakularnie USA pokazały gdzie mają wyznawane przez siebie idee. Dokladnie tam gdzie Rosja i Chiny.

  2. Rosja przyłączając się do wojny z terroryzmem dostała wolną rękę w Czeczenii, którą ostatecznie już wykończyła. Natomiast w Iraku i Afganistanie spokojnie pozwoliła wykończyć się potędze USA.

  3. Kosowo było dla wszystkich jasnym sygnałem: separatyści macie szansę! To był jeden z poważniejszych błędów polityki międzynarodowej ostatnich lat. Region chce się wydzielić to jest precedens, na który można się powołać.

  4. Teraz USA są za słabe na jakąkolwiek wojnę i nie pozwolą sobie na otwarty konflikt z Rosją. Chociaż nie wiadomo. Chiny tylko czekają na okazję, by zająć Tajwan. Oczywiście raczej nie zrobią tego siłą, bo niedługo przejmą go zgodnie z naukami Sun Tsy w sposób pokojowy. Tajwan odda się bez walki w sytuacji gdy tak jak Gruzja nie będzie mógł na nikogo liczyć. Chiny przejmą także kontrole nad cieśniną Malakka i całkowicie pod każdym względem uniezależnią się od USA. Iran widząc co się dzieje zrobi wreszcie swoją bombę przy współpracy Rosjan, którzy stworzą wtedy "szatana", który odwróci uwagę świata od Rosji i Chin.

  5. Powyższemu scenariuszowi mogą chcieć się przeciwstawić Amerykanie i razem z NATO uciekną do przodu i jednak pomogą Gruzji w jej walce. Włączą się w ten sposób w kolejną bałkańską w formie wojnę (górska partyzantka ze zbyt dużą liczbą stron konfliktu, by móc cokolwiek rozwiązać), tylko że tym razem oficjalnym przeciwnikiem będzie Rosja. A w takim przypadku konflikt nie ograniczy się tylko do Gruzji.

  6. Jeśli USA nie zrobi nic, a wszystko wskazuje na to że nie zrobi, że akurat to było ustalone już wcześniej, jakieś działania mogą podjąć kraje europejskie. Jakakolwiek najmniejsza pomoc militarna Gruzji będzie uznana przez Rosję jako przystąpienie do wojny. Co to oznacza - tłumaczyć chyba nie trzeba.
Reasumując: jak świat ograniczy się do werbalnego potępienia Rosji to będzie to zielone światło dla wszelkich innych aneksji w obronie praw obywateli. A spornych regionów nie brakuje. Gdy natomiast świat nie pozostanie obojętny, to nie będzie już tak różowo i nie wierzę że konflikt pozostanie tylko na terytorium Gruzji.

To są bardzo nieprzemyślane uwagi na gorąco. Jak będzie - pożyjemy - zobaczymy. A życie i tak przyniesie najmniej spodziewany scenariusz...



Linki do innych opinii, które uważam za trafne i ciekawe:
Konflikt w Gruzji - blog Europa21
Saakaszwili się podłożył - blog EndGame

Rozwinięcie tematu w następnym poście: Wojna nie tylko o Gruzję.

poniedziałek, 31 marca 2008

Chiny - kilka bardzo luźnych refleksji

Ciąg dalszy posta pt.: Chinofoby i chinofile - a nie można normalnie?

Przyszedł poniedziałek i zamiast normalnego neutralnego wpisu, muszę dać upust różnym refleksjom, które pojawiły się po obserwacji blogów i komentarzy. Zatem jeszcze dwa słowa o Chinach. Nie traktujcie przy tym poniższych twierdzeń, jak wyprowadzonych z empirii prawd. Są to jedynie moje teorie i przypuszczenia. Moje nieudolne próby spojrzenia na ten sam medal z różnych stron. Forma bloga na szczęście umożliwia mi takie beztroskie snucie najfantastyczniejszych przypuszczeń.

  1. Chiny są ogromnym krajem. 1,3 mld ludzi. Powierzchnia Chin to 9,5 mln km2 (dla porównania: powierzchnia Europy to 10,5 mln km² (5,96 mln km², bez europejskiej części Rosji). Ludność: 712 mln) Wystarczy odrobinę popuścić cugli Chińczykom przez władze, a ich energia wystarczy, by od 1978 roku zapewnić nieprzerwany wzrost gospodarczy. Jaki inny kraj dysponuje takimi zasobami? USA? Rosja? Porównajcie sobie wskaźniki. Nie dochodu na mieszkańca rzecz jasna.

  2. Dla Chińczyków ostatnie 200 lat historii to wypadek przy pracy. Tak mówią sami Chińczycy. Dlaczego? Chiny zawsze były największą potęgą świata. Zawsze zdarzały się okresy kryzysów, po których znowu ta cywilizacja wychodziła na prostą. Ostatni okres trwa od ok. 200 lat. Wobec kilku tysięcy lat historii, to naprawdę krótki czas. Najpierw wojny opiumowe, nieudolność cesarzy, dworskie intrygi nierzadko inspirowane z Europy, następnie wojny i rewolucja kulturalna – brrr… pas nieszczęść, po którym naprawdę trudno się otrząsnąć. Co zrobiły Chiny? Od śmierci Mao, uwalniającej ten kraj od jego radosnych eksperymentów, Partia pozwoliła wreszcie Chińczykom robić to, co umieją najlepiej: zarządzać własnym ogródkiem. Efekt? 30 już lat nieprzerwanego wzrostu. Ile czasu od powstania zajęło Ameryce osiągnięcie statusu światowego mocarstwa? 200? 300? Nie oczekujmy, że Chiny po 200 latach upadku podniosą się w ciągu 20 lat. To jeszcze trochę potrwa. Ale nie miejmy złudzeń. Jak Chińczycy sami sobie nie przeszkodzą, to nikt im nie przeszkodzi stać się ponownie realnym Państwem Środka (Świata).

    Uświadomienie sobie tego faktu nie musi (jak widzi to np. m1chu) oznaczać zgody na podporządkowanie się Chinom. Czy fakt obecnego liderowania przez USA oznacza podporządkowanie np. Iranu? Nie trzeba także ze światowym mocarstwem walczyć tylko dlatego, że jest mocarstwem. Czy Argentyna walczy z Rosją? Czy Mongolia walczy z USA? Czy naprawdę nie możemy normalnie obok siebie współistnieć? Przykład USA pokazuje, że demokracja mocarstwa nie chroni nas przed imperialną polityką. Demokracja USA nie uchroniła od agresji Nikaragui, Iraku, Afganistanu. Obrona demokracji? A dlaczego Kuba ciągle jest komunistyczna? Czyż jest dalej od Iraku? Proszę nie mydlić oczu, bo (cytując ojca chrzestnego) to obraza dla mojej inteligencji.

    Co więcej, gdy w 1793 roku w przyjechała do Chin delegacja Anglików, by namówić Chińczyków do wymiany handlowej – ci odpowiedzieli, że poza brakiem manier i ogłady dyplomatycznej, "włochaci" nie mają nic ciekawego do zaoferowania, czego w Chinach by jeszcze nie było. (Zachód poradził sobie z Chinami za pomocą produkowanego w Indiach opium). Patrząc obiektywnie na dotychczasową historię naszych kontaktów to raczej Chiny mają powody, by obawiać się Europejczyków, a nie odwrotnie.

  3. Chiny to państwo komunistyczne tylko z nazwy. Realnie to cały czas Cesarstwo Chińskie, gdzie Cesarz nazywa się Partia. Mao jeśli jeszcze nie dołączył, to moim zdaniem wkrótce dołączy do panteonu państwowych patronów obok Konfucjusza, Mencjusza, czy Lao Tsy. W przeszłości, w zależności od przekonań Cesarza, najważniejsi byli albo konfucjaniści, albo legaliści itd. Teraz na topie są marksiści. Czy są to marksiści czy pseudomarksiści – to nie ma najmniejszego znaczenia. Istotny jest duch: działanie na rzecz dobra państwa i aktualnego władcy oraz skuteczne uprawianie swojego ogródka. Struktury władzy, sposób myślenia, mentalność itd. są najtrudniejsze do zmiany. Tym bardziej, jak niewiele się zmienia.

    Cesarz jest wysłannikiem Nieba. Panuje tak długo, jak Niebo mu pozwoli. Jeśli cesarz upada to znaczy, że Niebo tak postanowiło. Gdy wybucha bunt przeciwko cesarzowi, to znaczy, że cesarz ma kłopoty. Możliwości są dwie: cesarz bunt stłumi – to znaczy, że ma dalej przychylność Nieba. Buntownik pokona cesarza – to znaczy, że Niebo przekazało mandat władzy nowemu cesarzowi. Nieraz bywało już w historii Chin, że nowy cesarz pochodził z chłopów lub zaczynał jako prosty żołnierz. Zatem nawet XX-wieczna rewolucja "proletariacka" nie jest niczym nowym w Chinach. Nawet Rewolucja Kulturalna zdarzała się już przeszłości – choćby pierwszy cesarz zjednoczonych Chin kazał zrobić niemal dokładnie to samo: zniszczyć wszystkie stare księgi i wprowadzić nowy porządek.

    W tym układzie bunt studentów na placu Tiananmen był sygnałem dla władzy, że Niebo robi się chmurne, marszczy brwi. Partia pokonała studentów, znaczy to zatem, że odzyskała mandat do sprawowania władzy. Oczywiście to wszystko dzieje się na podświadomym niemalże poziomie symbolicznym. Realnie ludzie nie myślą w tych kategoriach, w samej Partii poleciało kilka głów z powodu Tiananmen. Jednak oficjalnie i na zewnątrz trzeba pokazywać jedność, siłę i zdeterminowanie. Dla dobra Państwa, dla dobra władzy.

    Nie potrafię trzech słowach wytłumaczyć tego w sposób nie wzbudzający kontrowersji, ale posłużę się przykładem na to, jak historyczno-mentalnościowe zaszłości wpływają na życie teraźniejsze. Patrzyliście kiedyś na mapę pokazującą rozkład wyborczych głosów? Czy granice poparcia miedzy poszczególnymi partiami nie pokrywają się z granicami zaborów? A ile lat minęło? No właśnie.

  4. Kolejny świetny artykuł w Dzienniku o Dalajlamie. Czytamy między wierszami? Dalajlama dokonał politycznej i ideologicznej wolty po tym, jak CIA cofnęło pomoc dla tybetańskich partyzantów w 1972 roku. Od tej pory zaczyna rozmawiać z Chińczykami ich językiem, deklaruje wiarę ideologię komunistyczną itd. Rozumiemy, że robi to, by chronić swój naród w sytuacji braku wsparcia skądkolwiek. Naprawdę tak trudno zrozumieć Chińczyków, którzy nie są w stanie zaufać nawróconemu pacyfiście, który wcześniej przez wiele lat przyjmował pomoc od CIA? Kto z rozsądnie myślących ludzi wierzy w nawrócenie takich szui jak Leszek Miller czy Jerzy Urban?

    Żebym nie był źle zrozumiany: nie porównuję Dalajlamy do Urbana, broń Boże! Chodzi mi o to, że dla Chińczyków Dalajlama może być mało wiarygodny, jak dla nas Urban, jako obrońca demokracji. Innym przykładem z naszego podwórka może być Bismarck - dla nas kat i ciemiężyciel, dla Niemców reformator i zjednoczyciel. Po drugie jego metamorfoza jest dla Chińczyków oznaką słabości i jasnym komunikatem: Tybet jest bezbronny, zatem można spokojnie go zająć i skutecznie spacyfikować. Zgodnie z przykazaniami "Sztuki Wojny" Sun Zi.

  5. Obecna sytuacja Tybetu przypomina nieco naszą sytuację w XIX wieku. Trzy potęgi dookoła, kilka nieudanych powstań i żadnej nadziei na pomoc. Nagle – prezent od losu – mocarstwa same się wykończyły. Lata budowania wizerunku Polski i dbania o jej PR dały efekt: Nawet prezydent dalekiego USA był po naszej stronie. Teraz ma jeden z głównych placów w Warszawie. Jedyne co mogą zrobić Tybetańczycy i co faktycznie robią (nie mówię o ostatnich dniach tylko latach) to budowanie dobrego wizerunku, aby w odpowiednim momencie to wykorzystać. I to dbanie o PR świetnie im wychodzi. Czy Dalajlama jest uosobieniem wszelkiego dobra (jak chcą jedni), czy wilkiem w mnisiej szacie (jak chcą drudzy) – tego nie wiem. Rozważania na ten temat wydają mi się niestosowne.

  6. Przerażające nieco we wszystkich apelach dotyczących pomocy Tybetowi jest niezwykle europocentryczne żądanie wpływu na Chińczyków. Jakież oni mają wobec nas zobowiązanie do diaska?! Oburzamy się na muzułmańskich fundamentalistów, gdy chcemy, naszym zdaniem zupełnie niewinnie, drukować karykatury Mahometa. Dziwimy się, dlaczego chcą nas nawracać za pomocą samobójczych pasów dynamitu czy porwanych samolotów. Oburzamy się, gdy prezydent Iranu nawołuje do nawracania siłą wszystkich niewiernych. Czym się od tego różnią oczekiwania, że obecny żandarm świata w postaci USA, odpowiednio zareaguje i wywrze, jak będzie trzeba to nawet i siłową, presję na Chiny? Że porównuję drukowanie karykatur do zabijania ludzi w Tybecie? A gdy weźmiemy pod uwagę ostatnią izraelską wojnę w Libanie, to też będziecie uważali, że nie można tych sytuacji porównywać?

    Oczywiście ja, osadzony w europejskim systemie wartości, z wielkim bólem patrzę na sytuację Tybecie. Ale jestem wstanie zrozumieć argumentację Chińczyków. Tym bardziej, że oni w przeciwieństwie do Australijczyków z początku XX wieku nie zaliczają Tybetańczyków do fauny Tybetu. Tym bardziej, że mam w oczach wiele innych przykładów bestialstwa ze strony samych Europejczyków, często w imię szczytnych ideałów. I nie muszę siegać w tym celu do wojen krzyżowych, czy procesu podbijania indiańskich państw przez Corteza i jemu podobnych. Czy uważam w takim razie, że mają prawo robić to, co robią? Absolutnie nie. Uważam po prostu, że środki i metody trzeba dostosować do sytuacji. Wysyłanie koszulek do Chin? Bezsens. Pikietowanie pod ambasadami? Strata czasu. Bojkot zakupu produktów firm wspierających reżim? O! To może być trafne. Niech Chińczycy wyrzynają się nawzajem, ale niech wiedzą, że nie mogą liczyć na bezproblemowe kontakty z Zachodem. Chińczycy chcą, by respektować ich autonomię? Niech respektują autonomię innych. Ale wymagając tego od Chińczyków, musimy, jeśli chcemy być wiarygodni sami respektować autonomię Chińczyków w ich własnym kraju. Jeśli chcą się izolować – czemu nie. Chcą iść w ślady Korei Płn. – niech idą. Mają do tego prawo, jako niepodległe państwo. Jeśli poważnie traktujemy wyznawane przez nas wartości.

    Co możemy zrobić my, prości konsumenci? Zagłosować naszymi nogami i naszymi portfelami. Chce coca-cola być tylko na chińskim rynku? Niech sobie będzie. Chce Adidas sprzedawać swoje chińskie buty tylko w Chinach – niech sprzedaje. Wątpię, by im się to opłaciło. Mamy wpływ na wiele rzeczy, ale tu, u nas, w naszym europejskim domu. Jak na nasze wybory zareagują rządy i koncerny? Na pewno lepiej niż chińskie władze na nasze apele. Gdyby Sekretarze się ugięli – stracili by Twarz – a to pierwszy krok do utraty mandatu Nieba. Jednak na rezygnację z Zachodnich inwestycji także nie mogą sobie pozwolić.

  7. Mylić się jednak może ten, kto sądzi, że tu jedynie o kasę idzie. Chiny to szczwany lis i umie rozpoznać słabe punkty przeciwnika. Zachodnia kasa to jedno, zachodnie technologie to drugie. A system liberalny i demokratyczny Zachodu jest kolosalnie nieszczelny. Polityka otwartości to nie tylko możliwość korzystania przez Chińczyków z dobrodziejstw świata. To nie tylko możliwość ściągania do Chin dużej kasy i nowych technologii. To także umożliwienie Chińczykom swobodnego podróżowania po świecie. Możliwość zatrudniania się przy wszelkich nowych technologiach, co z kolei oznacza dużo łatwiejsze szpiegostwo gospodarcze i transfer najnowszych pomysłów technologicznych do strefy, gdzie chronione są interesy chińskie a nie autorów pomysłu. Transfer nowoczesnych technologii tą drogą także przybiera rozmiary przekraczające normalne wyobrażenie. Niebezpieczeństwo zamknięcia tej ścieżki modernizacji Chin także może być, na razie jeszcze, sporym argumentem.

Rany, znowu się rozpisałem. Zupełnie bez sensu... I jeszcze kilka linków:

Chińscy szpiedzy działają w Polsce?
Tysiąc ziaren piasku
Chiny wstrząsną światem
SŁABOŚĆ MILITARNA AMERYKI
Rozmawiajcie z Chińczykami jak przyjaciele
Ujguryzacja Tybetańczyków

środa, 26 marca 2008

Chinofoby i chinofile - a nie można normalnie?

Tekst będący kontynuacją poprzedniego postu: Tybetańskie lustro.

Ludzie chociaż w minimalnym stopniu interesujący się Chinami dzielą się na dwie kategorie. Pierwsi, zafascynowani tym krajem, potęgą jego kultury, bądź potęgą statystyk, bagatelizują znaczenie mrocznych aspektów jego istnienia. Drudzy, nafaszerowani negatywną propagandą, nie chcą słyszeć o żadnych faktach, mogących mieć jakikolwiek pozytywny wydźwięk. Jedni i drudzy okopują się na swoich pozycjach szukając kolejnych argumentów dla poparcia swojej tezy. Im bardziej się okopują, tym gorzej z przyjmowaniem argumentów drugiej strony: nie można przecież być niekonsekwentnym. A przyznanie się przed samym sobą do niekonsekwencji przychodzi najtrudniej. Nie jestem pewien, czy diagnoza finwe.isilra, napisana w komentarzu, o zaspokojeniu potrzeby bycia dobrym poprzez hałasowanie na temat Tybetu jest wyczerpująca. Wydaje mi się, że nie jest to jedyna ukryta motywacja. I finwe.isilra rozwija swoją myśl na blogu. Ja do zestawu motywacyjnego dołożyłbym jeszcze, po pierwsze, większą atrakcyjność protestowania od tworzenia konstruktywnych propozycji. Po drugie, potrzebę bycia konsekwentnym wobec wypowiedzianych przez siebie słów. Po trzecie, czasem konformizm wobec grupy, a innym razem bunt wobec autorytetów. Dodam tylko jeszcze refleksję, że większość buntowników nawołujących np. do bojkotu chińskich wyrobów nie zauważa, że pisząc taki apel, ma na sobie przynajmniej dwie rzeczy (np. koszulkę i skarpetki, czy choćby bieliznę) wyprodukowaną w Chinach i stuka w klawisze „made in china”, oglądając efekt na chińskim monitorze. Ale dosyć z tą amatorską psychoanalizą. Wróćmy do Chin.

Poszukując w necie źródeł informacji, które nie wiadomo jak i skąd krążą w mojej głowie, natknąłem się na kilka ciekawych rzeczy. Miedzy innymi na znamienną wymianę poglądów na portalu psz.pl Najpierw Łukasz Foltyn i Piotr Szumilewicz epatują nas statystykami, liczbami i faktami, które mają nas przekonać, że Chiny są krajem, z którego moglibyśmy się wiele nauczyć w sprawach transformacji gospodarki od systemu peerelowskiego do kapitalistycznego. No fajnie. Na to Waldemar Chamala przytacza jeszcze większą liczbę danych mających udowodnić, że Chiny są krajem nędzy i zacofania, a chińska transformacja ustrojowa i gospodarcza nie odbiega od schematu transformacji krajów wychodzących z głębokiego kryzysu, jakim jest np. okres powojenny. Trudno się nie zgodzić, że Rewolucja Kulturalna poczyniła chyba większe spustoszenie potężnego państwa, niż sama wojna. Na koniec dostajemy emocjonalny i kiepsko przetłumaczony tekst Guya Sormana o Imperium Kłamstw.

Zatrzymam się najpierw na dwu pierwszych tekstach. Ma rację Łukasz, gdy pisze, by zwracać uwagę na liczby. Odpowiednio przedstawione mogą pokazywać tą samą rzecz z różnej strony. Na przykład Chamala podaje informację, że w Chinach tylko w 2004 roku ulokowano łącznie 150 mld $ zagranicznych inwestycji. Dla porównania, w Polsce od początku lat 90 zainwestowano 73 mld $. Co nam daje takie porównanie? Mi - nic. Zróbmy szybki rachunek: 1300 mln ludność Chin, 38 mln ludność Polski. Czyli Chiny są „tylko” 34 razy liczniejsze od Polski. Zatem można przyjąć, że proporcjonalnie do liczby ludności w Polsce, od początku lat 90 zainwestowano 73 x 34 = 2482 mld $. Przyjmując, że od 1990 roku do 2004 roku inwestowano w Chinach tyle samo kasy daje to wynik: 150 x 14 = 2100 mld $ zagranicznych inwestycji. Polska to nie jest taka zła kraj, jak by powiedział Zulu Gula, czyż nie?. Foltyn z kolei podaje informację, że Chiny na badania i rozwój przeznaczają ponad 70 mld $ rocznie, mając ponad 800 tys. naukowców. Stosując powyższe analogie daje to w skali Polski 2 mld $ na badania i 23 tys. naukowców. Hmm… chyba nie jest z nami tak źle? Nie wiem jakie są dane dotyczące Polski, ale wydaje mi się, że dysponujemy nieco wyższymi wartościami.

Do liczb trzeba mieć dystans, jak do całego świata. A może nawet nieco większy. Nie porównujmy się z Chinami, bo jak słusznie zauważa Chamala, nie wybudujemy nigdy u siebie ponad 1000-kilometrowej linii kolejowej na wysokości 5 tys. m npm, ani największej na świecie Zapory Trzech Przełomów. Możemy zastanawiać się jedynie nad zagrożeniami i szansami tego dalekiego kraju oraz zupełnie osobno naszego malutkiego grajdołka. Jasne jest, że w dobie globalnej gospodarki wszystko ze sobą się łączy. Ale raczej teoria chaosu bardziej jest tu przydatna, niż analizy bazujące na analogiach.

Trzeci wspomniany autor serwuje nam solidną porcję tragicznych historii otwierających nam noże w kieszeni. A ja przekornie na to odpowiem, że przy ponadmiliardowym narodzie można odszukać dowolną sytuację będącą świetną ilustracja dowolnej tezy. Przykład zastosowania tej strategii w drugą stronę? Wyobraźmy sobie chiński dziennik podający informację o Polakach przetrzymywanych i zabijanych we włoskich obozach pracy. Głośno było o nich jakiś czas temu. Czy informacja taka byłaby nieprawdziwa? A interpretacja, że zgniłe kapitalistyczne społeczeństwa potrafią doprowadzić do takich wynaturzeń – to już byłaby nadinterpretacja? Oczywiście! A co powiecie o przypadkach handlu żywym towarem? O zmuszaniu do prostytucji? O handlu dziećmi? O przypadkach pedofilii w instytucji mającej strzec moralności? Gdzie szmugluje się narkotyki? Czyż nie do krajów Zachodnich? Ja nie mam zaufania do dziennikarstwa z tezą. Staram się nie budować swoich opinii na podstawie tak serwowanych ocen. W czasie Zimnej Wojny mieliśmy podobną wojnę propagandową. Po obu stronach barykady te same rzeczy miały przeciwne znaczenie. A prawda? Prawda jest w zdrowym rozsądku.

Sorman twierdzi, że odwiedza Chiny od 1967 roku i to daje mu mandat do uogólniania sytuacji oraz przedstawiania reprezentatywnych przykładów na podstawie historii, jak sam pisze, kilku wyjątkowych Chińczyków. Widocznie artykuł w Newsweeku napisany został przez zindoktrynowaną Chinkę. Widocznie mandżurska genetyczna spotkana w Pingyao była ubeckim agentem. Radek Pyffel, który zjechał przez kilka lat spędzonych na stypendiach prawie całe Chiny, nigdy mi nie opowiadał o ukrywaniu się pod brezentem przyczepy traktora. Ale to pewnie dlatego, że zakochiwał się w Chinkach i brak mu było dystansu.

Sorman opisuje źródła błędnego rozumienia Chin i panujących stereotypów, jako zapożyczone od jezuitów z XVII wieku. Jezuici byli pierwszymi, którzy na przykład w południowoamerykańskich Indianach dostrzegli ludzi. Sorman wykazuje postawę nie tyle daleką zarówno jednym i drugim zakonnikom, ile bliską bardziej św. Wojciechowi: takie same dzieci boże jak on, niemal od razu pozbawiły go życia. Postawa może i szlachetna oraz idealistyczna, ale czy mająca cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Sorman być może nie czytał Weggela i nie miał okazji dowiedzieć się, że Chińczycy różnią się od nas, choć w nieco inny sposób niż opisywali to XVII-wieczni badacze. Dystans, tylko dystans może nas uratować.

Kończąc wrócę do dylematu większości myślicieli: czy XXI wiek będzie, czy nie będzie należał do Chin? Uważam, że tego typu dyskusje są jałowe. Podobnie jak wszelkie futurystyczne wizje. Stanisław Lem stwierdził kiedyś, że najbardziej prawdopodobne w przyszłości jest to, co czego najmniej się spodziewamy. Kto spodziewał się jeszcze na początku lat 80-tych upadku komunizmu i ZSRR? Kto jeszcze w latach 80-tych wierzył w powstanie wirtualnej rzeczywistości? Cięższe od powietrza maszyny latające (proszę nie podawać przypadku Leonarda)? Przykłady można mnożyć. Jałowe nie są analizy możliwości i zagrożeń – one, oparte na solidnych podstawach, mogą pomóc w rozwiązywaniu na czas pojawiających się kryzysów.

Jakie są szanse Chin?

  1. Otworzenie intelektualnej dyskusji oraz zinstytucjonalizowanie tradycyjnych chińskich kanałów komunikacji i konsultacji między władzą a społeczeństwem. Pisze szeroko o tym Weggel w swojej książce, a rozwija i pokazuje przykłady Mark Leonard w artykule z dodatku Europa.

  2. Dywersyfikacja źródeł energii – w tym względzie jesteśmy w podobnej sytuacji.

  3. Na razie nieograniczone możliwości rozwoju – pokłady biedy są tak dalekie, że naprawdę jeszcze sporo czasu upłynie zanim Chiny doszlusują do społecznej równości Niemiec czy Szwecji ;-) (Aczkolwiek proszę pomyśleć Niemczech sytuacji Turków w takich Niemczech, albo ogólniej o sytuacji nie-Niemców…)
Jakie są problemy i zagrożenia?
  1. niekontrolowany wzrost gospodarczy – wbrew pozorom to jest największe zagrożenie: gdyby uwolnić całkowicie energię Chińczyków, wzrost byłby duuuużo wyższy, nastąpiłoby gwałtowne przegrzanie koniunktury, nastąpiłby krach i cała układanka by się posypała jak domek z kart. Zdają sobie z tego sprawę chińscy decydenci i otwarcie mówią, że jednym z priorytetowych działań jest schładzanie chińskiej gospodarki.

  2. Rosnące rozwarstwienie społeczne – to może rodzić niepokoje, centralne planowanie ma na celu trzymanie w ryzach chińskiej energii ludzkiej. Tworzone są kolejne strefy ekonomiczne i powoli, ale nie raptownie uwalniana swoboda poruszania się.

  3. Zanieczyszczenie środowiska – już teraz są problemy z dostępem do wody, a sytuacja będzie się pogarszać. W Datongu parę lat temu stężenie dwutlenku węgla w powietrzu było na tyle duże, że zabroniono ludziom wychodzić z domów przez kilka dni, bo mogli się udusić. Piasek z pustyni Gobi potrafi dolecieć nawet do Pekinu. Prowadzi się intensywne zalesianie obrzeży pustyni by zapobiec jej ekspansji. Chiny myślą o ochronie środowiska, ale otwarcie przyznają, że w obecnej chwili priorytetem jest wzrost gospodarczy.

  4. Brak polityki społecznej i emerytalnej. Robotnicy nie mają w Chinach żadnego ubezpieczenia. To tykająca bomba. Gdy obecne pracujące pokolenie się zestarzeje, mogą zacząć się kłopoty. Na razie funkcję państwa pełni rodzina, ale przy polityce jednego dziecka rodzina może mieć problem z utrzymaniem emerytów. Być może dlatego też ochrona środowiska jest na dalszym planie: w zatrutym powietrzu ludzie krócej żyją i krócej są na emeryturze. W przypadku Chin to nie jest nieprawdopodobna teza ;-)

  5. Uzależnienie surowcowo energetyczne – sposobem na łatanie jest chociażby budowa rury z Kazachstanu
Szans i problemów jest na pewno więcej. Nie czuję się na siłach, by je szczegółowo rozpisywać. Chciałem tylko zasygnalizować, że mogą być one zlokalizowane w zupełnie innych miejscach niż się to wydaje. Ich rozwiązanie też może być zupełnie inne od tego, co byśmy chcieli. Jedno jest pewne: nie można przykładać Zachodniej miary do kultury chińskiej. Pomimo tego, że technologicznie to ta sama cywilizacja, mentalnościowo i kulturowo to inna planeta. W dodatku planeta, która zawsze była samodzielna i niepodległa. Pomimo okresów uzależnienia nie była nigdy (jak borykające się, bądź co bądź, z podobnymi problemami Indie) niczyją kolonią. Wypracowała jeszcze przed narodzeniem Chrystusa zasady organizacji społecznej i światopogląd, którego łatwo nie wykorzenią jakiekolwiek obce idee. A świat Zachodu jest dla Chin czymś obcym. I mam niejasne wrażenie, że dyfuzja idei z Zachodu do Chin będzie równie skuteczna jak dyfuzja idei buddyjskich i hinduskich z Indii na Zachód.

Dalsze rozwinięcie tematu w następnym poście: Chiny - kilka bardzo luznych refleksji.

wtorek, 25 marca 2008

Tybetańskie lustro

Spora wrzawa się wywiązała z powodu ostatnich zamieszek w Tybecie. Obserwuję tą wrzawę z uwagą, ale też z daleko posuniętą rezerwą, wynikającą ze świadomości prostego faktu: historię piszą zwycięzcy... Niestety Tybetańczycy mają pecha: na dachu świata tylko Chińczycy mają swoje interesy. Nikt, poza Chińczykami, nie jest ani kapitałowo, ani politycznie zaangażowany w tym regionie. Co więcej, wielu przeszkadza sprawa Tybetu w prowadzeniu interesów. Indie, USA, Rosja i większość innych krajów handluje z Chinami, a nie z Tybetańczykami. Z Dalajlamą fajnie się spotkać, pokazać, zamanifestować swoje poparcie dla wspólnych idei, ale na to, by za deklaracjami poszły twarde czyny, Dalajlama raczej nie ma co liczyć.

Historię piszą zwycięzcy. Dlatego o Katyniu oficjalnie mówi się dopiero teraz. Dlatego masowa eksterminacja Indian w USA była romantycznym zdobywaniem Dzikiego Zachodu. Dlatego Aborygeni jeszcze na początku XX w. zaliczani byli do fauny kontynentu australijskiego. Dlatego Saddam Hussajn był ważnym partnerem USA w czasach Zimnej Wojny i zbrodniarzem, gdy przestał być potrzebny i jednocześnie (o zgrozo!) zaczął realizować własną politykę. Jedynym graczem, z którym Chiny mogłyby się liczyć jest USA. Czy można mieć nadzieję na jakikolwiek ruch ze strony Ameryki? Osobiście nie widzę na to najmniejszej szansy. Dlaczego? Z powodu gigantycznej hipokryzji całego świata zachodniego, który gdzieś na początku czasów nowożytnych przestał poważnie traktować wyznawane wartości. W tej materii odsyłam do Kołakowskiego oraz do Chomsky'ego (do którego pewnie jeszcze wrócę).

Jaki jest obecny azjatycki układ sił? W największym skrócie:
  1. USA trzymają Chiny za jaja kontrolując morski szlak, którym idzie ropa z krajów Arabskich. Wystarczy zablokować cieśninę Malakka by pozbawić Chiny dostaw jednego z najistotniejszych surowców.

  2. Dlatego Chiny dogadały się z Rosją i krajami Azji Centralnej, by zbudować rurociąg przesyłający ropę i gaz z tego regionu.

  3. Ocenia się, że w ciągu 20 lat potencjał militarny Chin dogoni potencjał USA w stopniu uniemożliwiającym Ameryce przeprowadzenie zwycięskiej wojny z Chinami. Dziś na portalu Dziennika pojawił sie artykuł z informacja, że USA już dziś miałyby problemy: "Państwo Środka może pobić Amerykę"

  4. Chiny od jakiegoś czasu (jeśli jeszcze tego nie robią, to coraz poważniej to rozważają) zaczynają zamieniać rezerwy walutowe z dolara na euro.
Wiadomo już dzisiaj, że USA nie pójdzie na konflikt z Chinami. Po pierwsze ma za dużo interesów w tym kraju. Po drugie Ameryka jest wycieńczona Irakiem i Afganistanem i konflikt z powodu Tybetu czy Tajwanu jest coraz mniej realny czysto finansowo. Ale przede wszystkim Chiny nie spełniają trzech podstawowych warunków uderzenia prewencyjnego, sformułowanych przez Chomsky'ego. W swojej książce "Hegemonia albo przetrwanie" pisze on na stronie 25:

"Ofiara wojny prewencyjnej musi odznaczać się kilkoma cechami:
  1. Musi być praktycznie bezbronna.
  2. Musi być na tyle ważna, by w ogóle opłacało się podejmować jakieś działania.
  3. Musi dać się ją przedstawić jako ucieleśnienie skrajnego zła i bezpośrednie zagrożenie dla naszego przetrwania."
Irak spełniał wszystkie warunki, a Chiny zostały wykreślone niedawno z listy krajów łamiących prawa człowieka. Tybetańczycy nie mają na kogo liczyć. Jak powstanie rura z Azji Centralnej światowy układ sil ulegnie jeszcze głębszej zmianie i nic nie będzie już takie jak obecnie. Amerykanie stracą argument cieśniny Malakka, dolar zupełnie straci na znaczeniu, bedzie albo wojna, którą Ameryka zawsze ratowała gospodarkę, albo zmieni się światowy lider. Nie pozostanie nic innego jak uczyć się chińskiego. Tybetańczycy nie są sami. Wystarczy popatrzeć na Afrykę. Wystarczy popatrzeć na historie europejskich podbojów i w Ameryce i w Afryce czy w Australii. Szczerze mówiąc nie dziwię się Chińczykom, którzy pukają sie w czoło na moralizatorskie nawoływania Zachodu w sprawie Tybetu. Być może Chińczycy za 100 lat pójdą w ślady Australii i przeproszą Tybetańczyków, ale na razie, przy obecnym układzie sił i poziomie wiary w deklarowane wartości Tybet stoi niestety na przegranej pozycji.

Ciekawy zdystansowany komentarz do wszystkich emocjonalnych reakcji napisał na swoim blogu Łukasz Sobek. W pełni się z nim zgadzam. Podobnie jak w pełni popieram inicjatywę bloga FreeTybet.pl: może i nie możemy wiele zrobić, ale rozmawiajmy! Dyskutując możemy zmienić nastawienie kilku najbliższych znajomych, otworzyć oczy kilku ludziom, a od tego zaczyna się zmienianie świata. Słowa mają siłę. I w tym miejscu być może kolejna niespodzianka: Chiny także dyskutują. Chiny także myślą o możliwych rozwiązaniach. Myślą w zupełnie innych kategoriach, z zupełnie innej perspektywy, ale jednak. Bardzo ciekawy artykuł ukazał sie w ostatnim dodatku Europa: O czym myślą Chiny?

Na dzisiaj wystarczy. Ciąg dalszy mojej opinii w kolejnym wpisie: Chinofoby i chinofile - a nie można normalnie?

czwartek, 24 stycznia 2008

Gross? A kto to jest Gross?

Najpierw Jedwabne, teraz Strach. I o co tyle krzyku? Kto pierwszy jest bez winy itd. Szkoda, że tak mało oburzonych na pisarstwo Grossa zauważa prosty fakt, że antysemityzm został stworzony przez samych Żydów i tak samo kiedyś jak i dzisiaj, ma na celu przede wszystkim integrację społeczności. Nic tak nie łączy jak wspólny wróg. Łączy także poczucie misji. Czyż nie dlatego Polacy mieli być Mesjaszem narodów w XIX wieku? Oburzając się i krzycząc na książki Grossa potwierdzamy tylko w jego oczach jego tezę: wszyscy nienawidzą Żydów i mówienie o tym naraża mówiącego na szykany. Przecież o to w tym chodzi? O prowokację.

Każdy naród, każda społeczność potrzebuje swojej mitologii. Żydzi wybrali dawno temu taką strategię i dzięki niej przetrwali 2000 lat bez państwa. Lepszy to wynik niż 123 lata Polaków, nieprawdaż? Nasza strategia była podobna i mimo krótszego czasu zostało nam do dzisiaj poczucie narodu uciskanego, cierpiącego za milijony. Czy można dziwić sie Żydom, że kreowanie antysemityzmu po dwóch tysiącach lat stało sie ich pierwszą naturą i istotą ich kultury? Ja sie nie dziwię. Tak samo jak w sumie nie dziwię się, że ten prosty mechanizm jest tak negowany przez samych zainteresowanych.

Rozmawiałem jakiś czas temu ze znajomym, powiedziałem mu w pewnym momencie, że jestem pełen podziwu dla solidarności wewnątrzgrupowej Żydów, że tak potrafią trzymać się razem i pomagać sobie w różnych elementach życia, choćby na drugim końcu globu i na najwyższych stanowiskach nie zapominają o tej narodowej solidarności. On na mnie spojrzał ze zdziwieniem i nie mógł uwierzyć, że w moich ustach są tak antysemickie słowa! Hmm. Czyli jakiekolwiek wspomnienie o Żydach jest oznaka antysemityzmu? Nie mówiąc już o dowcipach o Żydach!

Przypomniał mi się taki dowcip, który niestety jest bardzo nie na miejscu, ze względu na dzisiejsze okoliczności, ale z drugiej strony może dobitniej zabrzmi moje pytanie: Samolot nie może dolecieć do lotniska z powodu awarii. Pasażerów może uratować jedynie odciążenie zniżającego się coraz bardziej samolotu. Po wyrzuceniu wszystkich bagaży przyszła pora na pasażerów. Kilka osób dało się przekonać do skoku i przyszła kolej na Polaka. Polak nie chciał dać się przekonać żadnymi argumentami i w końcu zrezygnowana stewardesa machnęła ręką "no tak, wiedziałam, żę Pan nie wyskoczy". Na te słowa Polak zerwał sie z fotela "Co? Ja nie wyskoczę? Ja nie wyskoczę?" I wyskoczył.

Czy opowiadając takie dowcipy jestem antypolakiem?

piątek, 20 kwietnia 2007

EuroEuforia

Tak, mogę to powiedzieć, co więcej - chcę to powiedzieć: ogarnęła także mnie! EuroEuforia! "Tyle domów tyle ulic, aż się cała Polska cieszy, że Warszawa tak urosła". W radiu euforia, w gazetach euforia, na giełdzie euforia, wszędzie - euforia! Wreszcie będą autostrady, wreszcie będą musieli cos zrobić z przejściami granicznymi, z lotniskami, stadionami, z hotelami i tak dalej i tak dalej. Gospodarka dostaje kopa. Przekręty będą jeszcze większe, ale przynajmniej widać będzie efekt. Wolę przekręt z mostem siekierkowskim niż przekręt z wiaduktem w polu, który po 5 latach się rozsypuje.

Puśćmy wodze fantazji: Euro2012 jest sukcesem. Wszystko się udało, wszystko wyszło jak należy. Ukraińcy i Polacy przekonują się na najniższym szczeblu, że razem można więcej. Jedni drudzy maja wspólne doświadczenie sukcesu. Czują wspólnotę. Uprzedzenia pryskają. Tańce hulanki swawole. Wydaje mi się, że jest to jeszcze ważniejszy wymiar tych mistrzostw niż kop dla gospodarki. Nikt tego nie docenia, ale za jakiś czas dzieci będą się uczyć w szkole, że Euro 2012 było punktem przełomowym i przełamało zahamowania w drodze Ukrainy do Unii itp. Na razie chyba nikt tego nie docenia.

Z drugiej strony sukces ma wielu ojców a porażka jedną matkę. Słucham także tych komentatorów jak prawią, że nie mamy lotnisk, nie mamy autostrad, nie mamy stadionów, mamy korupcję, mamy Listkiewicza itd. itp. Jednym słowem za mało mamy infrastruktury, za dużo problemów na starcie. Jeśli wszystko się uda - to będzie jakiś kolejny cud słowiańskiej anarchii. Gdy patrzę na twarze znajomych - widze ten sam smutek i przerażenie: to nie może się udać. A ja uważam, że Polacy i Ukraińcy najlepiej sprawdzają się w wojnie. A przygotowanie takiej imprezy to jest wojna. Przy tak zaniedbanym zapleczu? Wojna na maksa. I dlatego nam się uda. Możemy ten sukces później rozkminić na drobne i zamiast przeć razem z Ukraińcami do przodu, weźmiemy się z nimi za łby, ale samo Euro 2012 będzie sukcesem. Bo to jest walka, bo to jest wyzwanie. "Ja nie dam rady? Ja, kurwa, nie dam rady?"

poniedziałek, 11 września 2006

Absurdy

Życie jednak za szybko się toczy, nie pozwalając nawet na chwilę refleksji, kontemplacji czy zabawy w kronikarza. Z jednej strony to smutne, z drugiej strony budujące: dobrze że coś sie dzieje, wszak życie to ruch a nie stagnacja. Aczkolwiek przechery z pijącym i leniwym elektrykiem potrafią wyprowadzić z równowagi.

Z równowagi wyprowadzają także inne rzeczy. W zasadzie ostatnio nierównowaga jest stanem tak permanentnym, że gdybym znalazł się nagle w świecie normalności pewnie poruszałbym się kołysząco jak marynarz powracający z długiego rejsu. Gdy widzę jak Giertych, którego ojciec był członkiem PZPR, opluwa Jacka Kuronia, twierdząc, że nie jest on dla niego autorytetem, a jeśli dla kogoś jest  to nie powinien, to rodzi na mojej twarzy politowanie. Gdy słyszę Leppera stającego w obronie Kuronia, to czuję rozbawienie. Ale gdy nad Jego grobem staja ramie w ramię Mazowiecki, Michnik oraz Kwaśniewski, gdy w obronie dobrego imienia Kuronia występuje Oleksy twierdząc, że bez niego nie byliby tu gdzie są  wtedy coś mi się robi dziwnego. Ja rozumiem, że pewne wartości nadrzędne powinny łączyć ale jest pewien rodzaj jakiegoś poczucia przyzwoitości, który nie pozwala mi przyjąć takiego stanu rzeczy. Ja bym zrozumiał gdyby np. zabójca Popiełuszki stanął nad jego grobem i przemówił, że ten człowiek odmienił jego życie, że ta zbrodnia była nie potrzebna, że nigdy nie zdejmie z siebie brzemienia winy, ale teraz docenia wartości jakie chciał przekazać ks. Jerzy i apeluje do wszystkich o poszanowanie dla księdza (i np. o przebaczenie dla siebie). Ale deklaracje tych aparatczyków ostatnich lat PRL-u brzmią niestety jakże odmiennie. Przejaskrawiając to trochę tak, jakby Himmler czy Goebels nawoływali aby nie kalać dobrego imienia hitlerowskich opozycjonistów bo to sie nie godzi. Nawet gdyby tak wołali, nie godziłoby się ich dopuszczać do głosu. Bo to obniża rangę tamtych bohaterów. Dziwi mnie, dlaczego takie umysły jak Mazowiecki albo Geremek tego nie pojmują. Michnik już mnie nie dziwi. Chcę natomiast wierzyć, że jest to jednak głupota a nie coś innego...

Druga sprawa to koalicja wyborcza ugrupowań takich jak SLD, PSL, UP i Demokraci.pl. No niestety nie wiem jak na tym wyjdą te partię, obawiam się że jedynie wzmocnia SLD, bo Demokraci stracili w moich oczach całą swoja wiarygodność. Jej resztki istniały jeszcze, pomimo skoligacenia się z Belką czy Hausnerem, ale teraz już niestety przesadzili. I niestety po raz kolejny muszę przyznać rację pomysłowi PiS dotyczącym dekomunizacji. Gilowska nawet jeśli donosiła będąc zwykłą peplą  miała kłopoty. Mocodawca osób, którym donosiła, jak Kiszczak, Miller, Oleksy czy Kwaśniewski  chodzą po Rzeczpospolitej w pełni chwały. A mnie krew zalewa. To tak jakby uznać, że SS byłoorganizacją zbrodniczą, a Hitler już nie jest zbrodniarzem, bo nie współpracował z SS. Fakt, on przecież jedynie wydawał jej rozkazy.

Świat jest pełen absurdów, a nasz mały polski grajdołek jest jakimś niesamowitym zagłębiem takich absurdów, dlatego trzeba jak najszybciej wreszcie zrobić to co nasi sąsiedzi zrobili na początku wolności. Teraz jest za późno? Dlaczego? Bo aparatczycy juz się pourządzali? Bo są już starzy i schorowani? Czy mam olać nazwanie Katynia ludobójstwem tylko dlatego że było to ponad 60 lat temu? Czy mafia prószkowska powinna być zostawiona w spokoju bo pobudowała sobie pałace, w których mieszkają niewinne jej dzieci? Znacznie lepiej bym się czuł jednak gdyby słowom i pojęciom przywrócić ich pierwotne znaczenia. Nawet jeśli to takie nie postmodernistyczne.

czwartek, 17 sierpnia 2006

Przypadek Grassa

Pominę milczeniem skandaliczną próbę demaskacji Herberta. Ocena tego przypadku jest tak jednoznaczna że nie warta uwagi. Zatrzymać się chcę nad innym rozpalającym ważne głowy przypadkiem. Günter Grass i Waffen SS.

Dlaczego mamy pretensje do Grassa, że tak późno się przyznał do swojej służby w szeregach Waffen SS? Lepiej by było gdyby odkryli to kiedyś historycy? Lepiej by było, gdyby spekulacjom na temat fabrykowania dowodów, prawdy historycznej i wagi autorytetu nie było końca? Grass pokazał swoje człowieczeństwo. Grass nie jest świętym. Jest grzesznikiem. Grass to nie Wojtyła. Całe życie poświęcone dla pojednania, całe życie negowanie udziału nazistów w jakimkolwiek życiu publicznym, ma zostać przekreślone przez młodzieńczy nieodpowiedzialny wybryk? W czasie ogólnie panującego szaleństwa? Wałęsa też podpisał kiedyś jakieś papiery w SB i co? Czy ta młodzieńcza parafka na kawałku papieru w intencji podpisującego mówiąca: walcie się - przekreśla późniejszą działalność, późniejszy dorobek? Kto jak nie Grass ma prawo mówić: nie wolno dopuścić nazistów do publicznego życia! Zrobił coś co ciążyło mu zawsze, wiedział, że przeciwnicy odbiorą mu prawo głosu, że gdyby wcielić w życie jego pogląd  on także nie powinien się odzywać. Ale się odzywał. Teraz jego głos powinien zabrzmieć jeszcze dobitniej: wszyscy szafarze ideologii  uważajcie! Ludzie, nieważne czy inteligentni czy prości  są wobec ideologii bezbronni. Potrzebujemy moralnych autorytetów dlatego, że tak trudno ocenić każdą decyzję, którą w życiu należy podjąć. Gdy autorytety zastępowane są szaleństwem  zagubienie nie jest udziałem tylko maluczkich. Inny niż Grass przykład? Heidegger.

Przypadek Grassa jest świetną ilustracją tego, że łatwo jest oceniać po latach. W trakcie dziania się rzeczy  łatwość prawdy nie jest już taka oczywista. Zawsze należy wątpić, zawsze należy myśleć, zawsze się zastanawiać. I nigdy nie być pewnym. Albowiem wszyscy żyjemy w platońskiej jaskini.

A gdyby Grass się nie przyznał? Czy byłby wtedy nieskazitelnym autorytetem? Boccaccio opisuje przypadek pewnego jegomościa, który tuż przed śmiercią, daleko od domu, wyspowiadał się księdzu i nawkładał mu do ucha wielkie historie własnej świętości. Umarł i został wystawiony na publiczny widok jako przykład świętego godnego naśladowania. Dopiero rozpoznanie przez przypadkowego ziomka położyło kres temu bałwochwalstwu rozpustnego trupa. Czy wolelibyśmy żeby z Grassem było podobnie? Wolelibyśmy tkwić w niewiedzy i w fałszu, ale za to mieć kogo wychwalać za niezłomną postawę? A tu okazało się że to człowiek z krwi i kości, który pomimo całego swojego wielkiego umysłu zbrukał się haniebnym uczestnictwem. A może wyciągnijmy wnioski z tego dramatu człowieka, z ubezwłasnowolnienia jednostki przez historię? Nie? To za trudne? Łatwiej rzucać kamienie?

Oczywiście, że można podejść do całej historii jak do świetnie rozplanowanej kampanii marketingowej, ale nawet gdyby tak było, nawet jeśli takie były prawdziwe pobudki, to warto się zastanowić po pierwsze: kogo sobie wybieramy na autorytety? po drugie: abstrahując od pobudek  co nam mówi ta historia, co możemy z niej wynieść dla siebie? I z tym pytaniem dyndającym pod hitlerowską albo komunistyczną żarówką zostawiam ten temat pozornie naświetlony, a faktycznie nie wychodzący z mroku.

środa, 16 sierpnia 2006

Słowo o Steinbach

Nie można się w ogóle skupić na czymkolwiek. Zbyt dużo tych osobistych spraw nie do załatwienia. Zbyt głęboki ten ocean nieporozumienia. Mówienie niczego nie rozwiązuje. Mówienie coraz więcej gmatwa. Dlatego pozwolę sobie na ucieczkę od tych rzeczy, które kłując w serce nie pozwalają w nocy zasnąć i moczą prześcieradło słoną wodą tłumionego szlochu. Ucieczki nie są czymś chwalebnym, ale czasem pozostają jedynym wyjściem. Murti-Bingiem z konieczności. Prawda nie zawsze wyzwala. Prawda niegotowych popycha do dalszego kłamstwa.

Dosyć jednak tych mętnych osobistych wycieczek, które są jałową próbą odreagowania, bez możliwości przekazania czegokolwiek komukolwiek. Zbyt daleko idąca ogólnikowość zawsze nudzi, pora zatem zakończyć te jałowe dywagacje i skupić się na konkrecie. Bez narracji nie ma spotkania.

*

W Berlinie otwarto wystawę o straszliwym losie wypędzonych. Eriki Steinbach "Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku". Zestawiono rzezie Ormian i inne oczywiste okropności z losem Niemców wysiedlonych po drugiej wojnie światowej z Ziem Wyzyskanych. W odpowiedzi polski premier pojechał do Stuthof, a p.o. prezydenta Stolicy odwołał wizytę w Berlinie. Trochę to wygląda tak: Kowalski bije Iksińskiego kijem po głowie krzycząc wszem i wobec, że Iksiński jest bandytą. Biedak sie oburza, ale wiadomo przecież, że im głośniej będzie zaprzeczał tym mniej będą mu wierzyć. Przecież Kowalski nie biłby Iksińskiego bez powodu? To przecież nie ludzkie. Iksiński w końcu sie wkurza na tyle, ze rzuca sie na Kowalskiego i łamie mu nos. Kowalski krzyczy: a nie mówiłem? To bandyta!!! Gdy Polacy w końcu się wkurzyli i wybrali Prezydenta i partię, która śmie twierdzić, że Kowalski nie ma prawa bić bez powodu Iksińskiego  wtedy wszyscy oświadczyli: popatrzcie! Polacy to głupki! Zacofani faszyści i ksenofobi! A najgłośniej, jak zawsze w takich sytuacjach, będą krzyczeć wszyscy Kowalscy tego świata. Z Niemcami na czele.

Co odróżnia Polaków od innych europejskich nacji? To, że jak w dobrej polskiej rodzinie, bracia staną nie po stronie ziomka Iksińskiego, tylko przyłączą się do Kowalskiego i chętnie sami skopią leżącego Iksińskiego. Jak ten naród przetrwał 1000 lat? To jest dla mnie zagadką. Polakom, a zwłaszcza tak zwanym elytom można na pewno zarzucić brak narodowej solidarności. Nie można natomiast zarzucać faszyzmu czy ksenofobii!!!

Czy jednak protesty się na coś zdadzą? Myślę, że ruch premiera z odwiedzinami Stuthof w reakcji na otwarcie berlińskiej wystawy był bardzo dobry. W przeciwieństwie do wcześniejszych reakcji na satyryczne artykuły w jakiejś gazecie. Jedynym wyjściem w takiej sytuacji to walnąć Kowalskiego dokładnie w ten sposób, jak on walił dotąd innych. Czy naprawdę tak trudno jest spreparować satyryczny artykuł o raszpli Merkel, której kartoflany nos jest wprost proporcjonalny do wielkości jej partii? Czy naprawdę tak poważnie musimy podchodzić do młodzieńczych przygód Grassa i odbierać mu honorowe obywatelstwa? Czy naprawdę nie możemy poprzestać na odpowiednio rozreklamowanych żartach o tym, że Niemiec, nawet jeśli dostał nagrodę Nobla, niestety jest umoczony w zbrodnię, że niestety dawno minęły czasy Ottona III, gdy Niemcy potrafili myśleć nieco bardziej humanitarnie i dalekowzrocznie? Że nie byłoby Hitlera bez Bismarcka i jego idei Wielkich Niemiec? Że zbrodnia wpisana jest w każde mocarstwowe myślenie, a w niemieckie w szczególności? W przypadku Rosjan to jest manipulacja garstki masami spragnionymi cara. W przypadku Niemiec jest to niestety cała filozofia skażona manią wielkości.

Że tego typu poglądy nie muszą być prawdziwe? Że to wypaczanie obrazu Niemca? A kogo to obchodzi? To artykuł satyryczny przecież! Rząd nie może ograniczać wolności prasy, zabraniać nikomu pisać tego co chce! A może jest jakaś na tyle subtelna, że niedostrzegalna, różnica między niemiecką satyrą a polską? Że takie myślenie nie sprzyja pojednaniu i europejskiej integracji? Przecież ja sobie tylko jaja robię. Przecież mi wolno, bo żyjemy w wolnym świecie. Tym bardziej, że nie ma tu nawoływania do nienawiści, tu jest proste stwierdzenie oczywistego faktu: Niemcy to hitlerowcy. Tak samo jak Polacy to ksenofobi.

Zaskoczyła w tym całym zamieszaniu, kretyńska z reguły, Młodzież Wszechpolska, która rzeczowo, konkretnie i spokojnie stanęła sobie ze zdjęciami z Powstania Warszawskiego i innymi obrazami całkowicie usprawiedliwionego, bo niemieckiego, bestialstwa. Zgadzam się z młodymi Niemcami: dość rozliczania, patrzmy w przyszłość. Ale czy to dotyczy jedynie jednej strony? Czy też ten apel po raz kolejny jest wyrazem moralności Kalego: jak nam wypominają zbrodnie  to źle, jak my wypominamy złe traktowanie podczas ponoszenia konsekwencji naszej zbrodni  to dobrze. Nie, to juz nawet nie jest moralność Kalego. To jest jakaś forma europejskiego terroryzmu. Ekstremiści nie widzą nic zdrożnego w mordowaniu i paleniu ambasad z powodu urażonych uczuć kilkoma obrazkami. Niemcy nie widzą nic zdrożnego w zestawieniach wypędzonych na skutek powojennego przesuwania granic rodaków z rzeziami Ormian. To jest ciągle ten sam typ myślenia jak w przypadku klasyfikacji Żydów do komór gazowych. To jest dowód, że Niemcy nie są gotowi na traktowanie ich jak normalny europejski naród. Ta wystawa i stosunek do niej samych Niemców to jest dowód, że pokuta nie została jeszcze odprawiona, że warunek rozgrzeszenia w postaci skruchy jeszcze nie został spełniony.

Ale głowa do góry. Obozy zagłady są na polskiej ziemi, zatem to Polacy przecież są za nie odpowiedzialni. Nie Niemcy. Niemcy to taki kulturalny naród: Beethoven, Goethe, Grass...

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka