aktualizacja w weekendy ;-)

środa, 16 sierpnia 2006

Słowo o Steinbach

Nie można się w ogóle skupić na czymkolwiek. Zbyt dużo tych osobistych spraw nie do załatwienia. Zbyt głęboki ten ocean nieporozumienia. Mówienie niczego nie rozwiązuje. Mówienie coraz więcej gmatwa. Dlatego pozwolę sobie na ucieczkę od tych rzeczy, które kłując w serce nie pozwalają w nocy zasnąć i moczą prześcieradło słoną wodą tłumionego szlochu. Ucieczki nie są czymś chwalebnym, ale czasem pozostają jedynym wyjściem. Murti-Bingiem z konieczności. Prawda nie zawsze wyzwala. Prawda niegotowych popycha do dalszego kłamstwa.

Dosyć jednak tych mętnych osobistych wycieczek, które są jałową próbą odreagowania, bez możliwości przekazania czegokolwiek komukolwiek. Zbyt daleko idąca ogólnikowość zawsze nudzi, pora zatem zakończyć te jałowe dywagacje i skupić się na konkrecie. Bez narracji nie ma spotkania.

*

W Berlinie otwarto wystawę o straszliwym losie wypędzonych. Eriki Steinbach "Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku". Zestawiono rzezie Ormian i inne oczywiste okropności z losem Niemców wysiedlonych po drugiej wojnie światowej z Ziem Wyzyskanych. W odpowiedzi polski premier pojechał do Stuthof, a p.o. prezydenta Stolicy odwołał wizytę w Berlinie. Trochę to wygląda tak: Kowalski bije Iksińskiego kijem po głowie krzycząc wszem i wobec, że Iksiński jest bandytą. Biedak sie oburza, ale wiadomo przecież, że im głośniej będzie zaprzeczał tym mniej będą mu wierzyć. Przecież Kowalski nie biłby Iksińskiego bez powodu? To przecież nie ludzkie. Iksiński w końcu sie wkurza na tyle, ze rzuca sie na Kowalskiego i łamie mu nos. Kowalski krzyczy: a nie mówiłem? To bandyta!!! Gdy Polacy w końcu się wkurzyli i wybrali Prezydenta i partię, która śmie twierdzić, że Kowalski nie ma prawa bić bez powodu Iksińskiego  wtedy wszyscy oświadczyli: popatrzcie! Polacy to głupki! Zacofani faszyści i ksenofobi! A najgłośniej, jak zawsze w takich sytuacjach, będą krzyczeć wszyscy Kowalscy tego świata. Z Niemcami na czele.

Co odróżnia Polaków od innych europejskich nacji? To, że jak w dobrej polskiej rodzinie, bracia staną nie po stronie ziomka Iksińskiego, tylko przyłączą się do Kowalskiego i chętnie sami skopią leżącego Iksińskiego. Jak ten naród przetrwał 1000 lat? To jest dla mnie zagadką. Polakom, a zwłaszcza tak zwanym elytom można na pewno zarzucić brak narodowej solidarności. Nie można natomiast zarzucać faszyzmu czy ksenofobii!!!

Czy jednak protesty się na coś zdadzą? Myślę, że ruch premiera z odwiedzinami Stuthof w reakcji na otwarcie berlińskiej wystawy był bardzo dobry. W przeciwieństwie do wcześniejszych reakcji na satyryczne artykuły w jakiejś gazecie. Jedynym wyjściem w takiej sytuacji to walnąć Kowalskiego dokładnie w ten sposób, jak on walił dotąd innych. Czy naprawdę tak trudno jest spreparować satyryczny artykuł o raszpli Merkel, której kartoflany nos jest wprost proporcjonalny do wielkości jej partii? Czy naprawdę tak poważnie musimy podchodzić do młodzieńczych przygód Grassa i odbierać mu honorowe obywatelstwa? Czy naprawdę nie możemy poprzestać na odpowiednio rozreklamowanych żartach o tym, że Niemiec, nawet jeśli dostał nagrodę Nobla, niestety jest umoczony w zbrodnię, że niestety dawno minęły czasy Ottona III, gdy Niemcy potrafili myśleć nieco bardziej humanitarnie i dalekowzrocznie? Że nie byłoby Hitlera bez Bismarcka i jego idei Wielkich Niemiec? Że zbrodnia wpisana jest w każde mocarstwowe myślenie, a w niemieckie w szczególności? W przypadku Rosjan to jest manipulacja garstki masami spragnionymi cara. W przypadku Niemiec jest to niestety cała filozofia skażona manią wielkości.

Że tego typu poglądy nie muszą być prawdziwe? Że to wypaczanie obrazu Niemca? A kogo to obchodzi? To artykuł satyryczny przecież! Rząd nie może ograniczać wolności prasy, zabraniać nikomu pisać tego co chce! A może jest jakaś na tyle subtelna, że niedostrzegalna, różnica między niemiecką satyrą a polską? Że takie myślenie nie sprzyja pojednaniu i europejskiej integracji? Przecież ja sobie tylko jaja robię. Przecież mi wolno, bo żyjemy w wolnym świecie. Tym bardziej, że nie ma tu nawoływania do nienawiści, tu jest proste stwierdzenie oczywistego faktu: Niemcy to hitlerowcy. Tak samo jak Polacy to ksenofobi.

Zaskoczyła w tym całym zamieszaniu, kretyńska z reguły, Młodzież Wszechpolska, która rzeczowo, konkretnie i spokojnie stanęła sobie ze zdjęciami z Powstania Warszawskiego i innymi obrazami całkowicie usprawiedliwionego, bo niemieckiego, bestialstwa. Zgadzam się z młodymi Niemcami: dość rozliczania, patrzmy w przyszłość. Ale czy to dotyczy jedynie jednej strony? Czy też ten apel po raz kolejny jest wyrazem moralności Kalego: jak nam wypominają zbrodnie  to źle, jak my wypominamy złe traktowanie podczas ponoszenia konsekwencji naszej zbrodni  to dobrze. Nie, to juz nawet nie jest moralność Kalego. To jest jakaś forma europejskiego terroryzmu. Ekstremiści nie widzą nic zdrożnego w mordowaniu i paleniu ambasad z powodu urażonych uczuć kilkoma obrazkami. Niemcy nie widzą nic zdrożnego w zestawieniach wypędzonych na skutek powojennego przesuwania granic rodaków z rzeziami Ormian. To jest ciągle ten sam typ myślenia jak w przypadku klasyfikacji Żydów do komór gazowych. To jest dowód, że Niemcy nie są gotowi na traktowanie ich jak normalny europejski naród. Ta wystawa i stosunek do niej samych Niemców to jest dowód, że pokuta nie została jeszcze odprawiona, że warunek rozgrzeszenia w postaci skruchy jeszcze nie został spełniony.

Ale głowa do góry. Obozy zagłady są na polskiej ziemi, zatem to Polacy przecież są za nie odpowiedzialni. Nie Niemcy. Niemcy to taki kulturalny naród: Beethoven, Goethe, Grass...

czwartek, 10 sierpnia 2006

Sens bloga...

Jaki sens jest pisać o bieżących wydarzeniach? O weselach, spotkaniach, o kupowaniu wodomierzy, umywalki, czy wanny? O bieganiu po sklepach za odpowiednią glazurą i wybieraniu szaf do przedpokoju? O upierdliwym szefie i głupiej ekspedientce w sklepie lub na poczcie? O kolorze nieba albo kształcie kałuży, która zagradza drogę na autobusowy przystanek? Nie wiem, jaki to ma sens, podobnie jak nie wiem jaki sens ma całe życie, rozmowy z kolegami, piwo w bramie czy kolejny raport z działań. Takie działania odwracające uwagę od upływu czasu, od poczucia marności, od świadomości końca i od szukania sensu, którego każdy chciałby mieć poczucie. Świat nie ma immanentnego sensu, świat ma taki sens jaki my mu nadamy – powiedział kiedyś pewien filozof i miał rację. Problem tylko w tym, że nie zawsze jest czas, by tego sensu szukać. Bo najpierw trzeba zapełnić żołądek, a następnie się wyspać. A to zabiera coraz więcej energii, szczególnie jak człowiek jest na dorobku. I pozostają jedynie jakieś formy zastępcze, dające poczucie jakiejkolwiek namiastki intelektualnej aktywności, pozostawiającej namiastkę śladu. Pozostają wiersze pisane do szuflady, pozostają listy do gazety, pozostają wreszcie blogi...

piątek, 4 sierpnia 2006

Jałowość

A wiec stało się to co miało się stać – pomyślał Rezon – wreszcie zostały wypowiedziane na głos te słowa, które do tej pory wisiały w powietrzu, zatruwając atmosferę swoim sączącym się powoli niewypowiedzianym jadem. Nie spełniam oczekiwań, przychodząc do pracy kilkanaście minut po czasie i nie ma znaczenia, że sąsiedni stolik używany jest godzinę krócej niż powinien. Nie ma znaczenia, że stanąłem na głowie by doprowadzić do końca projekt, któremu wszyscy rzucali kłody pod nogi i wymyślali coraz to nowe założenia. Projekt od którego podobno zależało być albo nie być mojego szefa, który teraz nie czuje skrupułów, by zakomunikować mi radośnie, że moje zaangażowanie jest poniżej wszelkiej krytyki. Co jeszcze można zrobić? Gdy jakiś czas temu, zaangażowany w społeczny projekt całą energię poświęcałem na realizację celów, które bynajmniej nie były tożsame z celami firmy, wtedy nie było problemu, że zbyt mało się angażuję i jakąś część w pracy poświęcam na „prywatne” sprawy. Teraz, gdy nie miałem czasu podrapać się w czubek nosa, gdy małżeństwo prawie się rozpadło, bo zbyt się zaangażowałem w pracę, teraz usłyszałem, że jakość mojej pracy spadła w stopniu nie do zaakceptowania.

To coś jak bohater Mahabharaty, który dziwił się że w niebie spotkał wszystkich tych, z którymi walczył, a w piekle tych, za których walczył. Istnienie nie zna sprawiedliwości. Jedynie wyjście to przestać istnieć. Ateista Witkacy strzelił sobie w łeb. Oświecony Siddhartha wszedł w stan nirwany, a jakie wyjście mam ja? Człowiek niepewny swojej drogi i swojego losu? Co mi pozostaje prócz obalenia jabola pod świętą gruszą wyrosłą na prozaicznej wierzbie?

Tak wspominając swój podły los Rezon otworzył kolejną butelkę wina patykiem pisanego i przechylił ją, wlewając w ściśnięte rezygnacją gardło, konserwujące wszystkie troski związki siarki rozpuszczone w popłuczynach po jabłkowym soku.

czwartek, 3 sierpnia 2006

Adrenalina

Dopiero jak człowiek uświadomi sobie swoją śmiertelność, zaczyna naprawdę żyć. Dopiero poznanie ograniczeń uwalnia człowieka do. Daje możliwość rozwinięcia skrzydeł tam, gdzie jest to wykonalne, bez bezsensownego walenia głową w mur. Nie czyni szczęśliwym, ale daje poczucie spokoju i kontroli. Taki człowiek zaczyna wynajdować sobie różne formy aktywności, które zaspokoją podświadomą potrzebę ustawicznego stresu, zaczyna wiele ryzykownych, bądź przekraczających jego możliwości działań, by mieć poczucie dyskomfortu, do którego jest przyzwyczajony od dzieciństwa: poczucia braku i niespełnienia. Uzależnienie od adrenaliny jest często opisywane przez wolontariuszy biorących udział w niebezpiecznych misjach.

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym o tym, że jeszcze wszystko przed nami, że to co się działo dotychczas – to już się działo i nie mamy już na to wpływu, że to co mamy do zrobienia jest ciągle przed nami, a osiągnąć możemy to co chcemy, bo chcieć to móc. Zapytał mnie tylko: a co ty na jakimś kursie pozytywnego myślenia byłeś? I wyprowadził mnie lekko z autoterapeutycznego zacięcia, z transu dobrych racjonalizacji, z mantry uspokajających zdań. Mogłem mu szczerze odpowiedzieć, jak Polak Polakowi: nie, wszystko mi się wali i pali pod nogami, próbuję oszukać samego siebie, przekonując do mojego kłamstwa także innych, ale jak widać chyba znowu mi nie wyszło. Wzruszyłem więc ramionami i wróciłem do swoich stresujących zajęć, absorbujących życiowe energie, marnotrawiąc życie, które z takim bólem zostało mi ofiarowane raz jeden jedyny. A świadomość śmierci? Pozwala mi olać tych wszystkich moralizujących konowałów skrzeczących mi nad głową jakieś bzdury o niewykorzystanym potencjale, o marnowaniu szans czy lokowaniu wysiłków w niewłaściwych miejscach. Jakie to ma znaczenie, skoro jutro mogę zakończyć tą przygodę życia, a za 50 lat i tak będę miał poczucie, że nic nie osiągnąłem. Kryzys wieku średniego będzie mi obcy, bo działać zamierzam zacząć dopiero na emeryturze, a dziś żyję po prostu nie czekając na cuda.

A adrenalina? Teraz dostarczają mi jej urzędnicy. Nigdy nie przypuszczałem ile energii może kosztować hamowanie się przed wybuchem na kretyńskie wymagania lub zalecenia realizowane zgodnie z założeniem włoskiego strajku. A wszelkie przepisy doskonale się do tego nadają i stosowane przez odpowiednie osoby są doskonałym narzędziem psychicznego sadyzmu. A że zawodowo mam do czynienia z urzędnikami (to chyba objaw masochizmu) to niestety mogę tylko powiedzieć, że prawo iż dobry pieniądz jest coraz bardziej wypierany przez zły pieniądz nigdzie nie jest tak prawdziwe jak przy wymianie kadr urzędniczych. I tak od pozytywnego myślenia doszedłem znowu do wulgarnego utyskiwania na biurokrację.

wtorek, 1 sierpnia 2006

Powstanie Warszawskie

Nie pamiętam rok, czy dwa lata temu usłyszałem Lao Che. Jak to się stało, że młodzi przecież ludzie, z pokolenia abnegatów zbyt młodych, by załapać się na uwłaszczenie i zbyt starych by styropian był im obojętny, zbyt młodych by załapać się na peerelowską martyrologię i zbyt starych by peerelu nie pamiętać, z pokolenia, o którym mówiło się, że wszystkie wartości zwisają im i powiewają, że szanse dawno przegrane i energia zmarnotrawiona, że z tego pokolenia znalazła się garstka osób, która zrobiła taką płytę jak Powstanie Warszawskie. Świeżość, energia, emocje, przy zachowaniu artystycznej równowagi, planu i skupienia, połączone z artyzmem wykonania, z odpowiednim doborem środków w odpowiednich miejscach – to wszystko rzuca na kolana pod ciężarem wartości (o których coraz rzadziej się dziś mówi) artystycznych. Jeśli dodać do tego plotki jakoby płyta powstawała w towarzystwie środków tak dobrze znanych Witkacemu – wrażenie skończoności tego para-punkowego dziełka jest w dwójnasób zdumiewające.

Cały wytrysk różnego rodzaju gadżeciarstwa oraz słusznych inicjatyw, który zaczął się obchodami 60-lecia Powstania, nie przysłużył się płycie Lao Che, bo wpisał ją w obcy zamierzeniom nurt wydarzeń, zgodnie z prawami historii porywający wszystko na swojej drodze jak gwałtowna powódź. Chłopcy pracowali przez trzy lata nad dziełkiem, które miało być po prostu dobre, a stało się polityczne. Trudno. Ale nie poprzestawajmy na pierwszych wrażeniach i spróbujmy się wsłuchać w te odgłosy, czasem trudne, czasem wulgarne, zawsze znajome, a jakże inne. Jeśli chodzi o emocje jakie mogły towarzyszyć naszym poprzednikom w trakcie tego naprawdę ważnego wydarzenia – ta płyta przekazała mi znacznie więcej niż jakikolwiek dotychczasowy film, książka czy opowieść. Naprawdę polecam, szczególnie w taki dzień jak dziś, gdy o godzinie W nikt już się nie zatrzymuje na dźwięk warszawskich syren.

Młodzi ludzie ze straconego pokolenia mają więcej szacunku dla historii niż zaganiani ważni i kulturalni mieszkańcy współczesnej stolicy. Dzisiaj tak patetycznie, ale po prostu tak się czuję co roku, gdy patrzę przez okno na te mrówki bezrefleksyjnie pędzące do swoich nieważnych celów pomimo dobitnego i oczywistego w swojej wymowie hołdu syren.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka