|
|
1 sierpnia 2007, środa Zaczęliśmy od kompleksu Tiantan (Świątynia Niebios), pośrodku którego położony jest Qiniandian, czyli Pawilon Modłów Dorocznych. Centralny punkt Cesarstwa, środek Świata, miejsce w którym styka się Niebo z Ziemią. Śmieszny opis tego miejsca znalazłem na stronach chińskiego radia międzynarodowego. Kompleks obejmuje olbrzymi park, do którego dojechaliśmy wczesnym rankiem. Po wejściu na jego teren cały poranny uliczny harmider ucichł, a przestrzeń wypełniać zaczęły delikatne dźwięki dochodzące z nie wiadomo której strony. W końcu pomiędzy gałęziami drzew dostrzegłem jakąś grupkę postaci od której dochodziły dziwne dźwięki nieokreślonej muzyki. Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się, że to trzy grupy emerytek tańczyły z wachlarzami coś w rodzaju baletu. Jedna kobieta była instruktorem, reszta starała się naśladować jej ruchy. Wychodziło to niektórym lepiej niektórym gorzej, jednak widać było, że chodzi w tym wszystkim o wspólnotę działania a nie o perfekcję wykonania. Postaliśmy tam trochę, zrobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Nie wiem jak inni, ale ja pomyślałem sobie, że śmieszne babcie przygotowują się pewnie do jakiejś oficjalnej akademii. Jednak po przejściu kolejnych kilkudziesięciu kroków okazało się, że aktywności nie ograniczają się do baletów z wachlarzami i do tej jednej grupy emerytek, i raczej nie są przygotowaniami do zbliżającej się akademii. Wyczulony na różne dziwne uliczne dźwięki, ciągnięty muzycznym magnesem przez zarośla i trawniki, wylądowałem na małym skwerku, na którym kilku staruszków rzępoliło aż uszy puchły na tradycyjnym instrumencie chińskim o wdzięcznej nazwie Er Hu. ( Dużo czasu zajęło mi później odnalezienie w Internecie jego nazwy ;-) Niektórzy starali się nauczyć określonego utworu, na co wskazywał rozstawiony przed muzykiem stojak z jakąś muzyczna notacją. Inni grali albo z pamięci albo to co im w duszy lub pod palcami grało. Do jednego siedzącego dziadka z instrumentem podszedł w pewnym momencie inny dziadek i zaczął razem z tym pierwszym śpiewać. Ja rozumiem, że muzyka chińska ma zupełnie inna skalę od europejskiej, ja rozumiem, że europejczyk musi się przyzwyczaić do tego, ale... Słyszałem później różnych ulicznych grajków, którzy umieli to robić i było to naprawdę przyjemne estetycznie przeżycie. Jednak tutaj zarówno instrumentalista jak i wokalista nie trzymali najmniejszych standardów czystości dźwięku. Podobnie zresztą było z innymi ćwiczącymi na skwerku osobami. Nie przeszkadzało to jednak nikomu w doskonaleniu własnego muzycznego warsztatu. Nikt się nie skarżył, nikt nie denerwował. Tutaj się przecież wspólnie gra na Er Hu i już. Nie zauważyłem żadnego instruktora czy kogokolwiek, kto by kierował tą kakofonią. Bardzo dziwne doświadczenie. Nagrany fragment duetu można posłuchać tutaj. Nieco dalej rozlokowane były kolejne grupy tematyczne. Po muzykach trafiliśmy na grupę ćwiczących tai-chi. Nieco dalej była grupa tai-chi z czymś w rodzaju mieczy połączonych z nunczako. Następnie grupa wokalna przygotowująca się do wspólnego odśpiewania jakiegoś utworu; niestety zrobiło się już późno i nie doczekaliśmy aż grupa zacznie śpiewać. Brak czasu w Pekinie bardzo dał nam się we znaki i bardzo żałowaliśmy że nie możemy po prostu pokręcić się po parku dłużej. A w parku takich grupek było bez liku, babcie grające w zośkę, grupy taneczne, instrumentalne, wokalne, sportowe, najprzeróżniejsze. No ale trudno. Doszliśmy w końcu do głównego miejsca Świątyni Nieba. Jak dla mnie chyba najpiękniejsza pozycja na całej trasie. Olbrzymi plac, pośrodku majestatycznie stojący ogromny pawilon, gdzie cesarz wchodził tylko sam, by modlić się o pomyślność i urodzaj. Pagoda przepiękna, odrestaurowana, proporcjonalna, idealna estetycznie i architektonicznie. To są moje wrażenia, a szczegóły dotyczące samej świątyni można znaleźć także na setkach innych stron, np.: blog sinologa, albo angielska Wikipedia. Po obejrzeniu Tiantan pojechaliśmy obejrzeć Wielki Mur. Najpierw taksówka na dworzec autobusowy Dongzhimen, na którym różne osoby kierowały nas w różne miejsca, coś nam tłumaczyły, pokazywały na migi, zniecierpliwione pisały krzaczki, a my nic z tego nie rozumieliśmy. W końcu znaleźliśmy przystanek, z którego odjeżdżał nasz autobus nr 916 i pojechaliśmy do miejscowości Huairou, skąd do muru dojeżdżać miały już tylko busiki. W Huairou chcieliśmy coś zjeść, bo głód zaczynał dawać się we znaki naszym nerwom. Nie dość że głodni, nie dość że upał, to jeszcze przyczepił się do nas niezwykle upierdliwy facet, chcący koniecznie nas zawieźć do Mutianyu i przekonujący, że tu nie ma nic do jedzenia, a w Mutianyu jest. Potraktowaliśmy go jak zwykłego naganiacza i postanowiliśmy sami znaleźć miejsce z żarciem. Niestety, lokale które znaleźliśmy nie wyglądały dobrze, więc w poszanowaniu własnych żołądków szukaliśmy dalej. Oczywiście nic nie znaleźliśmy, wystawiając na ciężka próbę relacje pomiędzy wszystkimi nawzajem, a na koniec wsiedliśmy do busika tego upierdliwego gościa. Facet miał nerwowy tik polegającym na niezwykle wyrazistym mruganiu wytrzeszczonymi oczami, co wyglądało tak, jakby się nieustannie dziwił i mrugał, by się upewnić, że to co widzi jest prawdą. Koleś okazał się niezwykle sympatyczny i zabawny, w czasie drogi ciągle coś nam pokazywał i tłumaczył nieustannie się śmiejąc. Jego wesołość w połączeniu z mruganiem oczami ze zdziwienia, jakby nie mógł uwierzyć, że droga, którą jedziemy wygląda właśnie tak, a nie inaczej oraz widoki za oknem - to wszystko sprawiło, że cała nerwowość uleciała w góry. Gdy dojechaliśmy, zamówiliśmy pierogi (nie obyło się oczywiście bez negocjowania ceny) i ruszyliśmy w kierunku wyciągu, jadącego do położonego na grzbiecie góry Wielkiego Muru. Po zejściu z krzesełek wyciągu i przejściu paru kroków poczułem się, jakby mnie ktoś włożył na pocztówkę. Piękne zielone góry i wijąca się po nich ikona Chin. Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć kiedyś Mur na własne oczy, dotknąć go własna ręką, ale zawsze wydawało mi się to pragnieniem nierealnym. Teraz stałem na przeciwko i nie mogłem uwierzyć, że tu jestem. To nie dzieje się naprawdę. Uczucie stąpania po historycznym miejscu mieszało się z uczuciem spełnionego marzenia i kręciło mi się w głowie. Mur w tym miejscu nie jest wysoki, ma ok. 9m wysokości i ok. 6m szerokości na szczycie. Podobno może się na nim zmieścić 10 ludzi obok siebie. Gdy idzie się pod górę, są zrobione na całej szerokości schody. Mur obok wątpliwych funkcji obronnych, pozwalał Chińczykom przede wszystkim na szybkie przerzucanie wojska z jednego końca na drugi. System sygnalizacji świetlnej pozwalał także na szybkie przekazywanie informacji pomiędzy strażnicami. Poszliśmy sobie szczytem Muru aż do końca wyremontowanego odcinka. Co kilkaset metrów mijaliśmy strażnicze wieże, każda podobna i każda inna. Za flankami rozciągał się cudowny górski zielony krajobraz. Próbowałem sobie wyobrazić codzienne żołnierskie życie w tych warunkach i nie mogłem się oprzeć poczuciu absurdu: wpatrujesz się w zielony gąszcz, z którego możesz dostać strzałę, by bronić takiego samego zielonego gąszczu po drugiej stronie. Depresyjne i beznadziejne zajęcie. Doskonale rozumiem, że Mur nie był ciężką przeszkodą dla najeźdźców. Doszliśmy do ostatniej strażnicy. Dalej, za tabliczką ostrzegającą przed niebezpieczeństwem, była już tylko ruina. Oczywiście jak większość, także i ja nie mogłem sobie odmówić wejścia. Zrujnowany fragment trzyma się nawet całkiem nieźle. Są zachowane flanki i fragmenty chodnika, który po prostu zarośnięty jest krzakami. Prowadząca bokiem ścieżka wskazuje, że ten niewyremontowany odcinek nie jest nie do przebycia. Niestety, pozostałe osoby nie chciały pozwiedzać dzikiego odcinka, więc musiałem zadowolić się krótkimi odwiedzinami. Poza tym brak czasu także skłaniał do powrotu. Na ostatniej wyremontowanej wieży zostałem jeszcze zaatakowany przez walecznego chińskiego chrząszcza. Siedział sobie grzecznie taki 10-centymetrowy bydlak na flance, a ja, podły, po zrobieniu fotek - zdmuchnąłem go na zewnątrz Muru. Po chwili chrząszcz wyleciał znienacka i zaatakował mnie lotem koszącym. Zrobiłem unik, jednak on manewrem przez lewe skrzydło zawrócił po szerokim łuku i przypuścił ponowny atak. Miałem w ręku jakiś kawałek gazety, zacząłem się więc bronić, machnąłem kilka razy i trafiłem bydlę, przypierając go do ziemi. Waleczny chrząszcz nie zrezygnował i po odbiciu od posadzki przypuścił ponowny atak. Zacząłem uciekać wykonując szybkie uniki i machając gazetą. Na szczęście po drugim trafieniu agresor uznał, że jednak nie da mi rady i odpuścił. Odetchnąłem z ulgą, napiłem się wody i, wyczerpany, rozpocząłem powrót. Przespacerowaliśmy do drugiego wyciągu krzesełkowego, którym zjechaliśmy na dół. Na dole jeszcze drobne zakupy, czapki, chusty, ozdobne pałeczki itp. Wieczorem sprzedawcy łatwiej schodzili z ceny, więc byliśmy zadowoleni. Zrobiło się na tyle późno, że kierowca busika, dla którego nie było żadnych problemów i cieszył się jak dziecko, gdy mówił, że na nas zaczeka, teraz zaczął się niecierpliwić. Wsiedliśmy więc prędko do samochodu i wróciliśmy do Huairou, by zdążyć na autobus do Pekinu. Na przystanku zatrzymał się inny autobus, z którego kierowca wołał, że do Pekinu nas zawiezie za 4Y. Ponieważ na 916 musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, poza tym 916 był droższy - skusiliśmy się i to był nasz błąd. 916 był klimatyzowany a ten nie. 916 miał wygodne siedzenia a w tym moje nogi się nie mieściły. 916 jechał z Pekinu godzinę, tym jechaliśmy dwie godziny. Tak to bywa jak człowiek chce zaoszczędzić trochę czasu i pieniędzy. Wieczorem w Pekinie postanowiliśmy w końcu iść na kaczkę po pekińsku. Wybraliśmy knajpkę w hutongach na południe od placu Tiananmen. Według mapy powinniśmy skręcić w uliczkę pośrodku południowej pierzei placu. Doszliśmy na miejsce, a tam niespodzianka, uliczka zagrodzona płotem nad którym ustawiony jest olbrzymi billboard z wizualizacją bramy do kompleksu handlowego, jaka powstać ma w tym miejscu. No dobrze, w takim razie dojdziemy z drugiej strony. Przeszliśmy kawał drogi, a płot od budowy ciągle się ciągnął. Druga uliczka też zagrodzona, to samo z trzecią. Niestety okazało się, że tak jak można przeczytać w wielu miejscach, tak i ta dzielnica hutongów poszła pod młotek i jest w trakcie wyburzania pod nowe zabudowania, mające być gotowe przed przyszłoroczna Olimpiadą. Ostatecznie na kaczkę po pekińsku wróciliśmy więc kompletnie wyczerpani do hotelowej restauracji. To był długi dzień.
31 lipca 2007, wtorek Wstaliśmy rano i piechotką na Plac Tananmen. Plac robi wrażenie swoją wielkością (ponoć to największy plac na świecie?) Śmiesznie wyglądają na nim dziesiątki chińskich wycieczek, w których jednakowo ubrani szkolni turyści prowadzeni są jak wojskowe oddziały pod kierunkiem przewodników dumnie trzymających wyciągnięte w górę chorągwie. Do mauzoleum Mao Zedonga nie weszliśmy, być może było zbyt wcześnie, być może było w remoncie, poza tym nawet gdyby było otwarte to kolejki ponoć są tu straszne, co jestem w stanie sobie wyobrazić obserwując tłumy wycieczek spacerujących po placu. Po obejściu całego placu daliśmy się wciągnąć tłumowi przez Bramę Niebiańskiego Pokoju do Zakazanego Miasta. Olbrzymi to jednak teren. I robi wrażenie. Żaden film ani zdjęcie nie oddaje charakteru i klimatu tego miejsca. Organizacja przestrzeni, olbrzymie place, centralne pałace i stojące nieco z boku zabudowania mieszkalne dla cesarskiej rodziny i służby - to sprawia, że odbierasz to miejsce jako coś wyjątkowego. Pałace europejskie są monumentalne w pionie, Zakazane Miasto jest monumentalne w poziomie. Spójność architektoniczna sprawia z jednej strony, że odczuwasz jedność wszystkich budynków, z drugiej strony po kilku godzinach czujesz się nieco zagubiony widząc kolejny podobny pawilon, w którym mieszkał kolejny chiński cesarz. Na szczęście w orientacji pomaga elektroniczna przewodniczka mówiąca płynna polszczyzną przez wygodną słuchawkę. Rozpoznaje ona lokalizację turysty i serwuje romantyczne lub pikantne historie związane z danym pawilonem. Zdecydowanie najpiękniejszym miejscem Zakazanego Miasta jest położony na północnym skraju ogród. Zieleń, skałki, małe malownicze altany, stare powyginane drzewa - aż zazdrość brała dla nauczyciela języka angielskiego, który uczył ostatniego cesarza - dostał on do swojej dyspozycji jeden z pawilonów ogrodu. Po wyjściu z Zakazanego Miasta pojechaliśmy zobaczyć buddyjską świątynię Yonghegong. Pawilon za pawilonem, a w każdym następnym coraz większy Budda. Razem z bocznymi pawilonami poznawaliśmy architektoniczny schemat chińskiej świątyni, który miał się później powtarzać do końca wyjazdu w nie tylko buddyjskich świątyniach. Nawet meczet w Xi'an był zbudowany wg tego schematu. To, czego później już nie zobaczyłem to były figury buddy uprawiającego miłość. Naprawdę ładna i ciekawa rzecz, aczkolwiek nie bardzo jestem sobie w stanie wyobrazić lekcji wychowania seksualnego młodych cesarzy, jakie podobno odbywały się przy tych figurach. Niestety bateria w aparacie mi siadła, więc po wyjściu z cesarskiego pałacu nie zrobiłem już żadnych zdjęć. Później odwiedziliśmy wieże Dzwonu oraz Bębna. Wieże takie stały kiedyś w każdym mieście i za pomocą dzwonu oznajmiano początek dnia, a za pomocą bębna koniec dnia. A może odwrotnie? Nie pamiętam. Na wieży Bębna co pół godziny bębnią, więc poczekaliśmy na koncert, ale ten okazał się być jedna wielka żenadą. Wyglądało to tak, jakby przypadkowe osoby przyszły sobie pobębnić po kilkuminutowych ćwiczeniach. Bez ładu i składu. Później jeszcze szczyt wzgórza Jingshan usypanego z ziemi wykopanej z fosy wokół Zakazanego Miasta. Piękny widok na pałac i cały Pekin. Na koniec pojechaliśmy do południowej dzielnicy hutongów, gdzie w miłej knajpce zakończyliśmy dzień.
W Chinach byliśmy przez 3 tygodnie. Wykupiliśmy jedynie bilety na samolot i fru. Oczywiście wcześniej we czwórkę przedyskutowaliśmy co chcemy na miejscu zobaczyć. Ostrych tarć w tym względzie nie było, bo przy pierwszej wizycie kanon jest jasny, a różne odchylenia łatwo storpedować brakiem czasu. Plan był zatem napięty, a relacja będzie ex-post. Mapę wyprawy zamieszczam niżej. Będę w miarę wolnego czasu starał się ją uzupełniać, na razie zawiera orientacyjny zarys najważniejszych punktów i nie jest jeszcze kompletna. Niestety osadzona tutaj w formie interaktywnego obrazka sprawia, że blog się rozsypuje. Zatem musi pozostać na razie goły link: Zobacz mapę z trasą wycieczki Z informacji praktycznych: 1 Y (juan) = ok. 0,38 zł, więc ceny w Y dzieliłem w przybliżeniu przez 3 i zaokrąglałem w górę ;-) 30 lipca 2007, poniedziałek. Lądowanie w Pekin o 5:30 rano. Połamani i zmęczeni szukamy informacji jak dojechać do centrum oraz bankomatu, by wyjąć jakiekolwiek pierwsze pieniądze. Okazuje się, że na lotnisku tylko jeden bankomat przyjął tylko jedną z naszych kart. Trochę kasy zatem mamy, do miasta dojedziemy. Stojącym przy wyjściu z lotniska taksówkarzom dziękujemy. Szukamy informacji o autobusie u Chinki stojącej za ladą czegoś w rodzaju kasy biletowej. Dostajemy numer autobusu i za chwilę jedziemy autostradą do miasta. Mamy ze sobą nazwy wszystkich kluczowych miejsc zapisane w "krzaczkach" i odpowiednio powiększone tak, by można je było pokazywać nawet z daleka. Dzięki temu kierowca autobusu wie, gdzie chcemy dojechać i wysiadamy w odpowiednim miejscu. Dalej na piechotę szukamy wybranego w przewodniku hotelu. Otaczający nas smog nie nastraja optymistycznie. Prognozy na najbliższe dni są, delikatnie mówiąc, wilgotne. W klimatyzowanym autobusie dało się wytrzymać, ale na zewnątrz temperatura powietrza jest tropikalna, wilgoć osiada nie tylko na twarzach, a ceglany pył zatrzymuje się na zębach. Niestety, pierwszy hotel jest zajęty w całości, w drugim zostały już tylko najdroższe pokoje po 1200Y. Zostawiliśmy dziewczyny z bagażami w hotelu i wyruszyliśmy sprawdzić jeszcze inne lokalizacje. Chcieliśmy dojechać do innej opisanej w przewodniku hotelowej dzielnicy, ale trzej taksówkarze pod rząd tylko kręcili głowami i nie dali się przekonać żeby nas tam zawieźć. Czyżby dzielnica "czerwonych latarni"? No dobrze, w tej sytuacji pozostawał jedynie spacer po okolicy i znalezienie kogoś mówiącego po angielsku, kto by nas skierował do jakiegokolwiek hotelu w okolicy. Niestety, nie było z tym łatwo, ale w końcu udało się i miły młody chłopak ze sklepu optycznego pokazał nam ulicę, na której miało być podobno dużo hoteli. Faktycznie, po kilkudziesięciu metrach zobaczyliśmy pierwszy. W środku odór chloru, brak okien, ale cena całkiem przystępna, ok. 280Y za dwuosobowy pokój. No dobra, ale warto sprawdzić coś innego. Dalej minęliśmy kilka hoteli, które albo się budowały, albo remontowały, albo wyglądały na zbyt drogie. Doszliśmy w końcu do Donghua Hotel i tam ostatecznie po delikatnych negocjacjach postanowiliśmy zostać. Hotel był czysty, niedaleko Zakazanego Miasta i niezbyt drogi. Aczkolwiek nocne telefony z propozycją foot-masage były nieco zaskakujące. Później okazało się, że i tak był to najdroższy nocleg na całej trasie. Po prysznicu i kilku godzinach snu wyruszyliśmy na pierwszy spacer po mieście. Trafiliśmy do jakiegoś dziwnego centrum handlowego, gdzie miała być podobno ciekawa i dobra knajpka, ale zamiast niej było 50 innych przeróżnych knajp, więc po długich dyskusjach postanowiliśmy zjeść smażoną na blasze ośmiornicę z cebulą i ryżem. Ponieważ nie znaliśmy cen, posiłek ten okazał się być naszym chyba najdroższym posiłkiem w całych Chinach. Później zajrzeliśmy jeszcze na kawę (żeby nie ryzykować to weszliśmy do chińskiego KFC) i nocnym spacerkiem wzdłuż bogato zaopatrzonych sklepów na jasno oświetlonych ulicach, przeszliśmy do dworca kolejowego, gdzie po ostrych bojach kupiliśmy bilety kolejowe do Datongu. Na kolejowym dworcu przeszliśmy chrzest bojowy w zdobywaniu biletów. Oczywiście najpierw nie mogliśmy znaleźć opisywanej w różnych relacjach kasy dla obcokrajowców. Wszędzie tłumy, budynek wielki, każdy kieruje nas gdzie indziej, w końcu jednak się udało - okazało się że w jednym z 50 tysięcy okienek siedzi mila pani znająca język angielski. Zaopatrzeni w chińskie krzaczki z nazwami miejscowości oraz kartkę i długopis w końcu kupiliśmy bilety do Datongu. Niestety pociąg jechał dzień wcześniej niż chcieliśmy oraz nie nocą tylko w ciągu dnia, w związku z czym mieliśmy o półtora dnia krótszy pobyt w Pekinie. Trudno, trzeba dostosować plany, zrobić selekcję i dalej. Na koniec znaleźliśmy bardzo miłą knajpkę w południowych hutongów, gdzie w towarzystwie miejscowych Chińczyków zjedliśmy za grosze całkiem spory i smaczny obiad. Ale co jedliśmy? Nie mam pojęcia - karta była w krzaczkach - zdaliśmy się na gust kelnerki ;-)
Dzieje się. Staje się. Droga wypełnia swoje przeznaczenie. Droga wiedzie na Wschód. Droga wybrana świadomie? Czy ja wybrany przez Drogę? Trzeba się z Drogą pogodzić. Dać się jej unieść, dać jej nauczyć mnie siebie, wzajemne wzbogacanie, słodkie niejednoznaczności. Dlaczego Chiny?
Zjedzony przez wieśniaków dinozaur, wioski zalane przez powódź, koszmarny upał przy pochmurnym niebie, smog w miastach i smok na polach, tłok w pociągach, problemy z biletami, pekińskie pierogi z kartonem zamiast mięsa, jadalne karaluchy i pasikoniki, a w razie problemów ze zdrowiem – ochrona szpitala może cię pobić łomami na korytarzu. Niezbyt zachęcająca perspektywa.
Ale z drugiej strony Zakazane Miasto, Wielki Mur, Terakotowa Armia, posągi Buddy, ojczyzna Konfucjusza, Mencjusza, Sun Zi, Lao Tsy i taoizmu. Obawy Witkacego, zalew żółtej rasy, Państwo Środka, sens człowieka umieszczony w umiejetności współdziałania a nie w autorozwoju, inny świat, inna cywilizacja, inne Wszystko. Obawy obawami, ale ciągnie niezwykle, tym bardziej im obaw więcej, tym bardziej im więcej uprzedzeń. Poznać dotknąć posmakować zobaczyć powąchać... Trzy tygodnie. Mniej niż kropla w morzu.
Chiny, dlaczego tam? Dlatego bo.
W środku nocy sen o dotknięciu świata abstrakcyjnych powieści rozpoczął swoja materializację. Przekraczając próg samolotu przekraczali granicę jawy i snu, równie niezauważalnie, jak co wieczór każdy z nas niezauważalnie zapada w sen. Ciemność za oknami czyniła nieodróżnialnym to miejsce od jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi. Racjonalnie uświadamiana wiedza, że znajdują się w innym świecie, była stłumiona ciemnością, nocną porą i podobieństwem wszystkich lotnisk. W korytarzu prowadzącym do sali odpraw było coś innego od znanej z rodzinnych stron cywilizacji, ale też coś niesamowicie znajomo prowizorycznego i dla kogoś przylatującego znad Wisły, w tym niedookreśleniu przestrzeni i zapachów nie było nic egzotycznego. Może jedynie jakieś poczucie cofnięcia się o dwadzieścia-trzydzieści lat wstecz, do inscenizacji jakiegoś filmu Barei.
Cyprian wciągał nozdrzami powietrze, jak hart poszukując osławionego zapachu tropików.
Dużo wcześniej, gdy siedzieli na lotnisku we Frankfurcie podziwiając i głośno komentując wyrafinowanie garderobianych gustów japońskich turystów, gdy zajadali się przygotowanymi przez troskliwą mamę selerowymi kotletami, w których nie było nawet wspomnienia mięsa, lecz pomimo to pałaszowanymi z należytym zaangażowaniem, gdy tak siedzieli czekając na swój samolot, mający zawieźć ich do mistycznej krainy pielgrzymek hippisów wszelkiej maści, pogrążeni byli ciągle w rozbawionym nastroju wycieczki, która da im pretekst, by móc zabłysnąć w towarzystwie podobnych im młodych bezdzietnych trzydziestolatków, których stać na to, by udawać bywałych w świecie i na tyle odważnych i zorganizowanych, żeby na drugi koniec świata pojechać bez opieki zawodowego przewodnika. Kraj docelowy był jednocześnie na tyle odległy, nie tylko w przestrzeni ale i w mentalności niedzielnych podróżników, że nieustająco, tak powszechni na lotniskach: Żółtki, Arabowie, Murzyni, postrzegani byli jako zjawy nie z tego świata zabłąkane tutaj w poszukiwaniu wrażeń lub interesów przy akompaniamencie cyfrowych aparatów i kakofonii polifonicznych dzwonków. Ich ubrania należące do euroamerykańskiego kanonu turystycznej mody poza możliwością wyrażenia uznania bądź dezaprobaty dla gustu właściciela, sprawiały wrażenie obecności w międzygalaktycznym terminalu StarTrek, w którym różne człekokształtne kosmiczne istoty zmierzały w sobie tylko znanych kierunkach. Gdyby zjawiła się dziewczyna z trąbą słonia zamiast nosa, poza początkowym zainteresowaniem nie wzbudziłaby żadnej niepoprawnej politycznie sensacji. Lecz nikt z trąbą słonia się nie zjawiał, a czas płynął, nieubłaganie wykańczając selerowe kotlety i komentarze cynicznych turystów znad Wisły, zamierzających zdobyć kolejne trofeum w zimnej kolekcji turystycznych wrażeń.
Dopiero gdy stanęli w kolejce do samolotu, porażającej swoją długością i wzbudzającą archaiczną już dzisiaj refleksję, jak tyle ludzi może zmieścić się do latającej maszyny, dopiero wtedy dostrzegli, że różnorodność ludzka jest, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, dużo większa niż ten mini przegląd lotniskowych fenotypów. Cyprian wtedy właśnie pierwszy raz zobaczył na żywo sari. Wszelkie komentarze na temat ubraniowych gustów towarzyszy podróży ucichły. Wobec braku punktów odniesienia w postaci ruchomych manekinów na różnej maści ekranach, ta manifestacja kolorów i swobody falującego przy każdym ruchu materiału onieśmielała naturalnością, odmiennością i pięknem. Trochę kontrastowali ze swoimi kobietami mężczyźni, prężni i wyprostowani, chociaż pulchni i niewysokiego wzrostu, jednak w tradycyjnie europejskich garniturach i krawatach. Tym bardziej wyróżniała się rodzina sikhów, z głową rodu obnoszącą okazały biały truban i jeszcze bardziej okazałą siwą brodę, przepuszczającą na zewnątrz uważne i dystyngowane spojrzenia czarnych jak smoła oczu. W tym towarzystwie pojedynczy post-hippisi czy zabłąkani turyści znad Wisły wyglądali nie mniej egzotycznie niż okutani w zwiewne sutanny muzułmańscy Murzyni czekający na samolot gdzieś do wschodniej Afryki.
W tym przedsionku obcego świata nie było jednak w powietrzu nawet cienia tego, na co czekał Cyprian z ciekawością i niecierpliwością dziecka spodziewającego się wizyty wujka z Ameryki. Sterylna klimatyzowana przestrzeń pochłaniała wszelkie zapachy, nie oszczędzając nawet subtelnej woni kilkudniowego niemytego ciała, nasączonego nie zawsze skutecznym antyperspirantem. Siedem godzin lotu oddzielało go od dotknięcia lepkiego i gęstego w swej konsystencji tropikalnego powietrza. Niestety, po wyjściu z samolotu, po przekroczeniu progu wyobraźni, po wejściu w realność do tej pory jedynie wyobrażoną – nie poczuł nic poza zapachem chloru. Lizol - który w innych okolicznościach przejęzyczył na izolbet, równie toksyczny i równie nieprzyjemny, wbijał się w podniebienie, przewiercał uszy, zatykał myślenie, osiadając przez ubranie na skórze - miał stać się nieodłączną częścią tej podróży, do tego stopnia, że pod koniec, to samo lotnisko miało być zupełnie pozbawione tej, tak rzucającej się w pierwszej chwili na nozdrza, zapachowej nuty sterylizacji. Tropiki pachniały chlorem.
Był marzec, środek nocy, stalowoszare ściany obejmowały czule pasażerów, zarówno tych zagubionych poszukiwaczy wrażeń, jak i tych, którzy wracali do swych rodzin, po trudach zdobywania handlowych partnerów lub wykształcenia. W miarę jak kolumna ludzi oddalała się od samolotu chlor dusił coraz bardziej. Ach, wyjść z tych pomieszczeń jak najszybciej! Ale jeszcze plecaki, jeszcze waluta, jeszcze znaleźć taksówkę do hotelu... Świat wirował, niepewność zmieszana z zagubieniem łączyła się ze zmęczeniem i zmianą klimatu. W głowie huczały wentylatory i zalecenia znajomych, którzy wcześniej przechodzili przez to samo. Położyć się spać w wygodnym łóżku i jak najszybciej zobaczyć ten kraj z bliska w świetle zwrotnikowego słońca. Lecz najpierw trzeba znaleźć pre-paid-ową taksówkę, która pokona te 30 kilometrów dzielących lotnisko od wyznaczonego hotelu w centrum turystycznej dzielnicy Starego Delhi.
c.d.n.
|