aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 20 marca 2009

Schody i schodki - 17 akcja GTWb

Patiomkinowskie schody w Odessie mocno mnie rozczarowały, po prostu rząd stopni, które po prostu ciągną się prosto do morza. Warszawa też ma swoje schody ciągnące się prosto do Wisły. Leżą sobie spokojnie w Ogrodach Frascati łącząc Plac Trzech Krzyży z pomnikiem Sapera.





Pokonanie ich rączym susem gwarantuje zdrową zadyszkę, lecz na górze można uspokoić oddech podziwiając bulwar, kolorowa fontannę lub malowniczo ukryty między drzewami pałacyk Muzeum Ziemi, od którego oddziela nas jeszcze kilka kolejnych stopni:



Nad Wisłę można zejść wieloma schodami. Na przykład tymi pięknie odnowionymi obok Syrenki...



...można dojść do miejsca, gdzie głodna rzeka zaczęła pochłaniać schody do niej prowadzące. Pojona niczym smok wawelski wodami z wiosennych roztopów zagryza sobie czasem a to kawałkiem betonu, a to jakimś krzaczkiem...



Na koniec ulubiony plener Piotra Szulkina, czyli kosmiczne schody Mostu Poniatowskiego w najróżniejszych wydaniach:







I tyle. Tym razem bez wiersza, bo żaden mi nie pasuje...

wtorek, 17 marca 2009

Konkurs Blogboxa - wyniki

No niestety nie udało się. Blogi ruszyły ostro z kopyta w piątek, apele do czytelników poskutkowały i moja Strefa została zostawiona w tyle przez Redloga. Jak w każdym sporcie, najważniejszy jest finisz. Niemniej dziękuję wszystkim głosującym za głosy, nigdy bym nie przypuszczał, że tyle kliknięć uda się zebrać. Drugie miejsce też jest bardzo dobre, szkoda że nie punktowane ;-) Teraz pozostaje mi tylko zaprosić do lektury i do komentowania tekstów, żebym w końcu nauczył się unikania wywołujących nudności dłużyzn oraz nikogo, poza autorem, nieinteresujących szczegółów. Do następnego konkursu!!!


piątek, 13 marca 2009

Samotność w Bucharze

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Zostałem sam z plecakami na głównym placu Buchary. Zapaliłem papierosa i spokojnie obserwowałem przechodniów. Przechodnie obserwowali mnie. Jednak nie było w tym obserwowaniu typowej wschodniej nachalności. Dzieci dyskretnie zerkały w moja stronę, dorośli udawali, że w ogóle nie patrzą, życie toczyło się leniwie, czasem przetykane widokiem zachodniego turysty. Zmierzch pochłaniał miasto, które zaczynało powoli rozświetlać się żółtoczerwoną poświatą ulicznych latarni, niepostrzeżenie wydobywając wieczorny klimat środkowoazjatyckiej starożytnej oazy.

Po obejrzeniu kilku hoteli w okolicy i odpowiednim obniżeniu ceny zanieśliśmy plecaki do Emir B&B. Przyjemnie urządzony hotelik, niestety pierwszą noc musieliśmy przespać we czwórkę w dwuosobowym pokoju bez łazienki. Nie był to absolutnie żaden problem, tym bardziej, że drastycznie zbijał koszty. Wieczorem poszliśmy do miejscowej knajpy, gdzie siedziało sporo miejscowych podstarzałych piwoszów, z zapartym tchem oglądających lokalną telenowelę, sądząc po strojach aktorów, rozgrywającą się w czasach Timura Chromego. Gdy poprosiliśmy o delikatne przyciszenie telewizora, zaczęły nas dosięgać wrogie spojrzenia z sąsiednich stolików i po chwili głos z telewizora wrócił do właściwego, graniczącego z hałasem, poziomu. Gośka tego wieczoru weszła w fazę "uważam inaczej" i tak jak wcześniej upierała się w różnych innych sprawach, tak teraz postanowiła odróżnić się od pozostałej trójki, nie zamawiając do kolacji piwa. Nie byłoby to warte wzmianki, gdyby nie fakt, że jako jedyna z całej trójki, okropnie się w nocy pochorowała. A wszyscy jedliśmy to samo.

Następny dzień przywitał mnie strachem i zmartwieniem i tak już miało zostać przez następne dwa dni. Szczegóły pozostawiam wyobraźni, natomiast zatrucie było tak ostre, że obsługa hotelu postanowiła wezwać lekarza. Pani doktor przepisała antybiotyk i odpoczynek. Trochę ryżu, herbata i spokój. Właścicielka hotelu donosiła kolejne dzbanki, wymieniała miseczki ryżu i dopytywała się o samopoczucie. Gośka była tak wycieńczona, że na pytania odpowiadała mruganiem oczu. W końcu organizm się ustabilizował, ale tego dnia nie wyszła już z hotelu.

A ja, cóż, mogłem tylko patrzeć. Rozmowa była niemożliwa. Płyny i jedzenie pod ręką… Poszedłem sobie, zostawiając Gośkę na pastwę hotelowej obsługi, zrobić choć mały rekonesans.

Zalanym słońcem miastem z jasnobrązowej gliny oddychałem samotnie. Nigdzie się nie spiesząc smakowałem powoli leniwą atmosferę. Uzbeckie czapeczki na męskich głowach, egzotyczne ubrania uzbeckich bab, radzieckie plastiki i makijaże na śniado-skośno-hinduskich twarzach. Pomieszanie fenotypów, pomieszanie wielowiekowej spuścizny Jedwabnego Szlaku z sowiecką siermiężnością, pomieszanie biedy z bogactwem miejscowych tradycji. Stragany pełne pięknie malowanych skorup, słynne jedwabne bucharskie dywany, dziwne instrumenty muzyczne sąsiadowały w naturalny sposób z radzieckimi odznakami, tanimi zegarkami i blaszanymi garnkami. Środek Świata. Nie "centrum", ale właśnie środek cywilizacyjnego kotła, gdzie miesza się ze sobą dokładnie wszystko.

Po południu sprawdziłem, że stan Gośki jest już stabilny, ale sił brakowało nawet na krótkie odpowiedzi. Potrzebowała odpoczynku. Usiadłem w knajpce na centralnym placu i obserwując sąsiednie stoliki czekałem na jedzenie. Dobrze się siedziało tuz przy fontannie, w cieniu potężnych starych drzew. Przyszedł Marcin z Aldoną. Poobserwowaliśmy jeszcze chwilę leniwą krzątaninę i poszliśmy odwiedzić miejscową łaźnię, pamiętającą jeszcze czasy karawan. Rozgrzane kamienne łukowate sklepienia były dość klaustrofobiczne. Niskie przejścia między wysokimi salami sprawiały wrażenie labiryntu. Po suchej łaźni na zewnątrz nie wytrzymałem tam długo, jednak po wyjściu na zewnątrz doceniłem jej wartość: powietrze było teraz nawet wręcz chłodne.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

wtorek, 10 marca 2009

Nalanda

Po wszystkich przepychankach z kierowcą, po męczących poszukiwaniach jedzenia, na koniec dnia dojechaliśmy do Nalandy, świątyni spokoju położonej w zakolu rzeki i otoczonej wysokimi tropikalnymi drzewami. Zbliżający się zmierzch wydłużał cienie i ocieplał kolory. Cisza przerywana była tylko odgłosami owadów. Wewnątrz tej buddyjskiej świątyni migotał w wyobraźni lingam, którego cień spowijał całą okolicę. Pomiędzy gałęziami dostrzec można było nieprzyzwoicie dla Europejczyka ukształtowany pagórek. Na ścianie świątyni latające mrówki uwiły nieprzyzwoite gniazdo. Nawet alfabet, w którym spisano informacje o tym miejscu zaczynał się kojarzyć z widocznym od pleców rzędem rozebranych kobiet.

Chciało się tu zostać jak najdłużej. Jednak przyszedł po nas, zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością nasz kierowca, niwecząc cały nastrój. Trzeba było wracać.




Na koniec kolejny znaleziony w internecie film, ostrzegam że nudny, tylko dla pasjonatów, którzy chcą się bliżej przyjrzeć, jak wygląda Nalanda:



czwartek, 5 marca 2009

Blog Roku 2008 na Blogboxie

Pozwolę sobie na cytat z bloga BlogboxInfo:

W ubiegłym roku w polskiej blogosferze pojawił się nowy serwis – Blogbox, którego celem jest gromadzenie blogów znajdujących się w internecie. Teraz redakcja serwisu zaprasza do głosowania na najlepszy Blog Roku 2008 ! [...] Głosowanie rozpocznie się 2 marca i potrwa do 16 marca. Zwycięzcę ogłosimy 18 marca.

Głosować można na stronie: http://blogboxinfo.blogspot.com. Tam też mozna przeczytać wszelkie informacje o konkursie. Proszę zatem o głosy!!! ;-)

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka