Zostałem sam z plecakami na głównym placu
Buchary. Zapaliłem papierosa i spokojnie obserwowałem przechodniów. Przechodnie obserwowali mnie. Jednak nie było w tym obserwowaniu typowej wschodniej nachalności. Dzieci dyskretnie zerkały w moja stronę, dorośli udawali, że w ogóle nie patrzą, życie toczyło się leniwie, czasem przetykane widokiem zachodniego turysty. Zmierzch pochłaniał miasto, które zaczynało powoli rozświetlać się żółtoczerwoną poświatą ulicznych latarni, niepostrzeżenie wydobywając wieczorny klimat środkowoazjatyckiej starożytnej oazy.
Po obejrzeniu kilku hoteli w okolicy i odpowiednim obniżeniu ceny zanieśliśmy plecaki do Emir B&B. Przyjemnie urządzony hotelik, niestety pierwszą noc musieliśmy przespać we czwórkę w dwuosobowym pokoju bez łazienki. Nie był to absolutnie żaden problem, tym bardziej, że drastycznie zbijał koszty. Wieczorem poszliśmy do miejscowej knajpy, gdzie siedziało sporo miejscowych podstarzałych piwoszów, z zapartym tchem oglądających lokalną telenowelę, sądząc po strojach aktorów, rozgrywającą się w czasach
Timura Chromego. Gdy poprosiliśmy o delikatne przyciszenie telewizora, zaczęły nas dosięgać wrogie spojrzenia z sąsiednich stolików i po chwili głos z telewizora wrócił do właściwego, graniczącego z hałasem, poziomu. Gośka tego wieczoru weszła w fazę "uważam inaczej" i tak jak wcześniej upierała się w różnych innych sprawach, tak teraz postanowiła odróżnić się od pozostałej trójki, nie zamawiając do kolacji piwa. Nie byłoby to warte wzmianki, gdyby nie fakt, że jako jedyna z całej trójki, okropnie się w nocy pochorowała. A wszyscy jedliśmy to samo.
Następny dzień przywitał mnie strachem i zmartwieniem i tak już miało zostać przez następne dwa dni. Szczegóły pozostawiam wyobraźni, natomiast zatrucie było tak ostre, że obsługa hotelu postanowiła wezwać lekarza. Pani doktor przepisała antybiotyk i odpoczynek. Trochę ryżu, herbata i spokój. Właścicielka hotelu donosiła kolejne dzbanki, wymieniała miseczki ryżu i dopytywała się o samopoczucie. Gośka była tak wycieńczona, że na pytania odpowiadała mruganiem oczu. W końcu organizm się ustabilizował, ale tego dnia nie wyszła już z hotelu.
A ja, cóż, mogłem tylko patrzeć. Rozmowa była niemożliwa. Płyny i jedzenie pod ręką… Poszedłem sobie, zostawiając Gośkę na pastwę hotelowej obsługi, zrobić choć mały rekonesans.

Zalanym słońcem miastem z jasnobrązowej gliny oddychałem samotnie. Nigdzie się nie spiesząc smakowałem powoli leniwą atmosferę. Uzbeckie czapeczki na męskich głowach, egzotyczne ubrania uzbeckich bab, radzieckie plastiki i makijaże na śniado-skośno-hinduskich twarzach. Pomieszanie fenotypów, pomieszanie wielowiekowej spuścizny Jedwabnego Szlaku z sowiecką siermiężnością, pomieszanie biedy z bogactwem miejscowych tradycji. Stragany pełne
pięknie malowanych skorup, słynne jedwabne
bucharskie dywany,
dziwne instrumenty muzyczne sąsiadowały w naturalny sposób z radzieckimi odznakami, tanimi zegarkami i blaszanymi garnkami.
Środek Świata. Nie "centrum", ale właśnie
środek cywilizacyjnego kotła, gdzie miesza się ze sobą dokładnie wszystko.

Po południu sprawdziłem, że stan Gośki jest już stabilny, ale sił brakowało nawet na krótkie odpowiedzi. Potrzebowała odpoczynku. Usiadłem w knajpce na centralnym placu i obserwując sąsiednie stoliki czekałem na jedzenie. Dobrze się siedziało tuz przy fontannie, w cieniu potężnych starych drzew. Przyszedł Marcin z Aldoną. Poobserwowaliśmy jeszcze chwilę leniwą krzątaninę i poszliśmy odwiedzić miejscową łaźnię, pamiętającą jeszcze czasy karawan. Rozgrzane kamienne łukowate sklepienia były dość klaustrofobiczne. Niskie przejścia między wysokimi salami sprawiały wrażenie labiryntu. Po suchej łaźni na zewnątrz nie wytrzymałem tam długo, jednak po wyjściu na zewnątrz doceniłem jej wartość: powietrze było teraz nawet wręcz chłodne.