Z czystej poznawczej ciekawości sięgnąłem po tą książkę. Spodziewałem się znaleźć opis podstawowej mrówczej pracy przy organizowaniu od podstaw nowej partii politycznej. Mniej interesowały mnie ploteczki z podwórka, bardziej spojrzenie na organiczną pracę przez laika, który z polityką nie miał do tej pory nic wspólnego.
Partia Kobiet założona przez Gretkowską budziła we mnie mieszane uczucia. Nie jestem szowinistą, kiedyś nawet uważałem się za feministę, ale dojrzałem i nabrałem dystansu. Feminizm jak każda utopijna ideologia miesza ludziom w głowach i robi im wodę z mózgu. Gretkowską natomiast uważam za jedną z bardziej inteligentnych i błyskotliwych osób na naszym polskim podwórku. Zatem pierwszą naturalną dla mnie interpretacją było odczytanie tej hecy jako artystycznego happeningu. Sławny plakat tylko to potwierdzał.
Jaki obraz wyłania się z dziennika, pamiętnika opisującego codzienność tej rocznej przygody? Spodziewałem się szczerze mówiąc więcej refleksji na temat politycznego światka. Dostałem obraz osoby, która zmaga się na co dzień z ludzkimi słabościami i ambicjami, zarówno swoimi jak i innych. Często ulega emocjom, często nie stara się zrozumieć racji rozmówcy, często po prostu nie potrafi ich zrozumieć. Jest w tym bardzo ludzka, tym bardziej że zdaje sobie z tego sprawę bo dobrze to opisuje. Można sobie uświadomić jak niewiele potrzeba, by wpaść w zacietrzewienie i przestać przyjmować argumenty eskalując konflikt. To bardzo cenna nauka.
Z drugiej strony książka jest niestety tylko dziennikiem. Zapisem działań, z którego poza konstatacją złożoności i trudności związanych z grupowym działaniem nie wynosi się żadnej głębszej refleksji o naturze ludzkiej. Dzienniki Gombrowicza wyznaczyły baaardzo wysoką poprzeczkę. W dodatku książka jest niestety nudnawa i gdyby nie to, że poznajemy kulisy wydarzeń które jeszcze pamiętamy to jednak nie były ani te wydarzenia ani te kulisy na tyle fascynujące, by trzymać czytelnika z wypiekami na twarzy przez te trzysta stron.
Jednym słowem – dla koneserów. ;-)
Manuela Gretkowska, "Obywatelka", wyd. Świat Książki, 2008, s. 318
wtorek, 7 kwietnia 2009
Manuela Gretkowska - Obywatelka
o
08:15
0
komentarzy
|
Etykiety: Recenzje
piątek, 3 kwietnia 2009
Sierociniec dla słoni - Pinnawala
Nie wiem czemu Gośka tak się uparła na ten sierociniec dla słoni w Pinnawala. Być może miały na to wpływ opowieści Michała, a może po prostu rzeczywiście w słoniach jest coś przyciągającego jak... a może to sama Ganeśa ciągnęła nas do tego miejsca? Nie wiem, niemniej jednak mój spory sceptycyzm zamienił się na równie spory entuzjazm.
Entuzjazm wywołało obcowanie z tymi wielkimi zwierzętami, choć nie da się ukryć, że cały cyrk wokół tego napawał rezerwą. Opiekunowie wyłudzający pieniądze za robienie zdjęć, popisy różnych figur, jakie mogą zrobić słonie, łańcuchy na nogach co bardziej krnąbrnych zwierząt... Pamiętać jednak należy, że w tym miejscu nie są więzione dzikie słonie, tylko trzymane są zwierzęta z różnych względów ułomne. Słonie osierocone lub poważnie okaleczone na skutek różnego rodzaju wypadków: przy pracy, na ulicy, w wybuchu miny itp. Pobyt tutaj nie jest dla nich tragedia a wybawieniem, jakkolwiek komercyjnie by to nie wyglądało. Tak przynajmniej jest to przedstawiane na miejscu.
Po karmieniu słonie zostały zaprowadzone do rzeki, gdzie odbywało się zbiorowe ich mycie. Słonie nie wyglądały na zainteresowane czystością, woląc obsypywać się piaskiem pobieranym z grzbietu sąsiada. Niektóre osobniki samodzielnie robiły sobie prysznic za pomocą trąby. Opiekunowie wybierali kilka najbrudniejszych słoni, kazali im się położyć i myli je szczotkami. Wyglądało to wszystko dość efektownie nawet pomimo tłumu turystów oblegających okolicę.
Na koniec jeszcze fragment harców dość rozbrykanego słonia cierpiącego na ADHD (dźwięk usunąłem, bo i tak było słychać tylko szum wody. Może kiedyś się zbiorę, by podłożyć jakąś muzyczkę pod te tańce na ekranie):
o
08:32
0
komentarzy
|
Etykiety: Sri-Lanka
wtorek, 31 marca 2009
Bodies w BlueCity - kilka refleksji
Z mieszanymi uczuciami zgodziłem się pójść na tą wystawę. Szum wokół niej, choć nie aż tak wielki jak wokół choćby papieża przygniecionego meteorytem, to jednak w pewien sposób do niej uprzedzał. Ludzkie ciało odarte ze swojej godności, niczym nieuzasadniona obsceniczność truchła, horror w handlowej galerii. Oburzenie i kontrowersje. Ci, którzy wystawę obejrzeli relacjonowali ją jako fascynującą, ciekawą i wartościową poznawczo. Inni głośno protestując wyrażali swoje oburzenie, że wystawa jest poniżej wszelkiej krytyki i że nie zamierzają dokładać swojej cegiełki do tej komercyjnej prowokacyjnej i obscenicznej szopki. Jeszcze inni deklarowali, że nie pójdą na tą wystawę, bo po prostu boją się swojej reakcji. Ja też się bałem. Jednak ciekawość – ten pierwszy stopień do piekła – zwyciężyła. Kierując się zasadą, że „nic co ludzkie...” oraz, że nie można oceniać czegoś czego się nie widziało, poszedłem.
Moje odczucia wstępne, z którymi przyszedłem do BlueCity, były bardzo ambiwalentne. Oto człowiek, Zdziś Kowalski, stoi przede mną odarty ze skóry, obnażając swoje wnętrzności. Kim był za życia? Co robił? W jaki sposób tutaj trafił? W jaki sposób umarł? Czy mogę spojrzeć na preparat jak na preparat tylko? Czy fakt, że to prawdziwe ludzkie szczątki wpłynie jakoś na percepcje eksponatu? W jaki sposób? Z drugiej strony bowiem, że zacytuję słowa głównego bohatera filmu Zanussiego „Życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” - „to tylko ciało!” Lekarze muszą poznać, dotknąć, nauczyć się prawdziwych, żywych ciał. Ja oglądam „tylko” preparaty. Czy to odzieranie Człowieka z godności? Raczej nie. Raczej poznanie Go od środka. Czy raczej jego ciała. Abstrahując od Ducha...
Druga wątpliwość, czy raczej obawa, to moja własna fizyczna reakcja. Nie jestem specjalnie czuły na widok krwi, ani na wszelkie inne uszkodzenia ciała; nie sprawia mi kłopotu opatrywanie nawet rozległych obrażeń. Ot, uszkodziło się, trzeba nareperować. Mam dość mechaniczny stosunek do ludzkiego ciała, aczkolwiek mam też czułe punkty, jak np. oczy. Samo mówienie o grzebaniu w oku sprawia mi fizyczny ból. Z powodu tego psychicznego defektu nie mogę na przykład nosić soczewek kontaktowych. Jak zatem podejdę do tych realistycznych podobno wnętrzności? Tego nie wiedziałem. Rezultaty tego eksperymentu okazały się dość zaskakujące.
Preparaty na wystawie są przygotowane naprawdę dobrze. Wiele z nich sprawia, że mniej interesujące staje się to, co one przedstawiają, a bardziej interesujący jest sposób ich przygotowania. Nie wystarcza krótka informacja, że wyabstrahowany z ciała układ krwionośny został najpierw wypełniony płynnym polimerem, by następnie chemicznie usunąć resztę tkanek odsłaniając skomplikowaną sieć czerwonych żyłek. Patrząc na tą, znajomą z encyklopedycznych rysunków, zanurzoną w konserwującym płynie, skomplikowaną czerwoną i niebieską pajęczynę, chciałoby się obejrzeć film jak to zostało zrobione.
Niektóre preparaty sprawiają wrażenie plastikowych, na przykład preparaty mózgu; inne natomiast wyglądają jakby właśnie zostały przygotowane. Zakonserwowane tkanki mięśniowe, bardzo naturalistyczne, wręcz sprawiające wrażenie świeżości, wprawiły mnie w spore zakłopotanie, żeby nie powiedzieć że wzbudziły moją konsternację. Tkanki wyglądały bowiem zupełnie jak bardzo ładna wieprzowina w sklepie mięsnym. Aż się niemalże chciało odkroić kawałek i wrzucić na patelnię. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie mam jakiś głęboko ukrytych ludożerczych skłonności. Głupkowate horrory oglądane czasem w dzieciństwie także uruchomiły wyobraźnię i na widok wyciętych, w celu rewizji głębszych warstw, kwadratowych plastrów pośladków, przed oczami stanęli mi przygotowujący ten preparat lekarze, którzy wycięty fragment szynki wrzucają wprost na patelnię. Było to dla mnie chyba najbardziej zaskakujące doświadczenie. Jednak nie był na tym koniec!
Nie jestem wegetarianinem i nigdy nie byłem. Jako dziecko prawie wcale nie jadłem mięsa, bo mi po prostu nie smakowało. Nawet w święta wolałem biały ser od zdobywanej wieloma wyrzeczeniami szynki, czym doprowadzałem rodziców do rozpaczy i szewskiej pasji. Jak wiadomo, co 7 lat wszystkie komórki organizmu ulegają wymianie i po trzeciej takiej zmianie, po zakończeniu trzeciej siódemki wiosen, niemal z dnia na dzień, zacząłem być cholernie mięsożerny. Obiad bez mięsa przestał się liczyć, a do dzisiaj najbardziej smakują mi gulaszowe kawałki wołowiny, kiedy czuję jak włókna mięsa pękają pod naciskiem moich zębów. Spodziewać się mogłem, że wszelkie wegetariańskie uwagi na temat „naszych braci mniejszych”, deklaracje że „nie jem tego, co ma oczy” wreszcie odniosą skutek, gdy zobaczę, że to co leży w sklepie mięsnym, jest tak podobne do tego co mam pod skórą. Niestety. Skutek był odwrotny. Poczułem w sobie wilczy zew krwi i ku własnej zgrozie leżący za szybą przekrój przez mięśniowe tkanki miałem ochotę wrzucić na patelnię. Czy to się nadaje do leczenia?
Kolejną refleksją po obejrzeniu wystawy było uświadomienie sobie siły psychologicznych mechanizmów obronnych. Okazało się, że patrząc na spreparowane zwłoki i myśląc nawet o tym, do kogo należały, jaki Duch w nich mieszkał, bezwiednie, niezauważalnie i niejako wbrew woli, bardzo silnie oddzielasz od siebie te dwie rzeczy: materię i Ducha. Wytwarza się szyba, przez którą obserwujesz medyczny preparat. Zgroza sytuacji odsuwana jest w cień, spychana w te rejony jaźni, w których nie zagraża już integralności własnej psychiki. Oczywiście nie można tych rzeczy porównywać, jednak czyż nie tak właśnie działają mechanizmy pozwalające przetrwać w ekstremalnych sytuacjach? Przypomniały mi się suche i beznamiętne opisy oświęcimskiego horroru, które główny bohater Borowskiego opisywał właśnie jak zza szyby. Owszem brał w tym udział, ale przez mentalną prezerwatywę. Tak, jakby istniał pewien pstryczek, który w odpowiedniej sytuacji wyłącza pewne emocje i pewne strefy ludzkiej wrażliwości.
Po wyjściu z wystawy wypełniony byłem skrajnie ambiwalentnymi odczuciami, ale zupełnie innymi niż przed wejściem. Wrażenie jednoczesnej plastykowatości i naturalizmu eksponatów i całej wystawy. Poczucie ważnego doświadczenia i swoistego niesmaku. Doprawdy, dalej nie wiem co mam myśleć na temat tego zjawiska.
Całkowicie pomijam w tych refleksjach wszelkie kulturowe odniesienia i interpretacje: medycyna w handlowej galerii, szokowanie przy zakupach, kolejna komercjalizacja ludzkiego ciała – o tym wszystkim na pewno będzie jeszcze wiele napisane. Tutaj chciałem podzielić się pewnymi psychicznymi reakcjami widza.
Na koniec chciałbym ostrzec przed dwiema rzeczami. Pierwsza, to nie przychodźcie na tą wystawę później niż 2 godziny przed zamknięciem. Gdy zbliża się czas zamknięcia wystawy, obsługa robi się bardzo niecierpliwa i nie pozwoli Wam skupić się na oglądaniu. O godzinie 19:59 pan z obsługi ostatni raz zdenerwowanym głosem oznajmił, że już jest po dwudziestej, że zamykamy i że obsługa też chce iść do domu. Ja wszystko rozumiem, ale zaczekanie pięciu minut w sytuacji, gdy widać że wszyscy oglądają już ostatnie gabloty, jest niemożliwe? PRL wraca? Trochę to dziwi, bo bilety na wystawę tanie nie są, a obsługa to nie wolontariusze pracujący na rzecz społecznej edukacji, tylko najemni pracownicy. Zatem coś kuleje w organizacji...
Po drugie ostrzegam: po obejrzeniu wystawy człowiek przez długi czas nie jest w stanie spojrzeć na jakiekolwiek ciało tak, jak dawniej. Patrzę na ręce, widzę ścięgna, kości i żyły, patrzę na brzuch, widzę splątane jelita. Magia wdzięku, chemia feromonów przestaje działać. Nie mam pojęcia jak sobie radzą z tym lekarze. Jedno jest pewne, ja lekarzem bym być nie mógł.
Strona wystawy: http://bodiespoland.pl
o
08:00
5
komentarzy
|
Etykiety: Komentarze, Recenzje
piątek, 27 marca 2009
SDJ nr 3/2009
W tym numerze SDJ zainteresowały mnie dwa artykuły dotyczące testowania aplikacji. Temat testowania jest akurat obecnie dla mnie istotny ze względów zawodowych, więc ochoczo zabrałem się do lektury. Pierwszy artykuł opisywał pracę z zespołem testerów klienta. Studium przypadku dotyczące procesu testowania systemu bankowego było na tyle ogólnikowe tam, gdzie potrzebowałem szczegółów i na tyle szczegółowe tam, gdzie potrzebowałem ogólnego spojrzenia, że trzy razy zabierałem się do przeczytania tych kilku stron, za każdym razem budząc się z gazetą na twarzy.
Drugi artykuł opowiadał mi ze szczegółami gdzie jaki przycisk mam kliknąć, by w opisywanym oprogramowaniu osiągnąć pożądany efekt. Autor traktował o IBM Rational Quality Manager, więc szukałem informacji jakiego typu testy mogę przeprowadzić, w jakim celu i co dają mi wyprodukowane raporty. Niestety poza szczątkową instrukcją obsługi nie dowiedziałem się niczego więcej.
W efekcie spokojnie odłożyłem pismo na półkę i wróciłem do kartkowania "Nowej Europy Wschodniej"...
o
08:29
0
komentarzy
|
Etykiety: Komercha
wtorek, 24 marca 2009
Ravi Desappriya - nasz drugi kierowca
Po powrocie do Kandy i niesympatycznej rozmowie o kierowcy w hotelu Sharon Inn, już po zmroku zarzuciliśmy plecaki na plecy i poszliśmy szosą w dół. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, nie mógłbym spisywać teraz tych wspomnień. Kierowca też był świadomy niemocy swojego wzroku, więc dwa dni później przysłał nam zabójczo brzmiącego sms-a. Ten jednak też nic nam nie zrobił. Doskonale rozumiem rozgoryczenie tego kierowcy, który działał pewnie dokładnie tak, jak ustalił ze swoim szefem. Pech sprawił, że turyści trafili na żonę szefa, która jako Europejka nie była w stanie zrozumieć niuansów trudnego turystycznego biznesu i wściekła się na męża, który odreagował na bogu ducha winnym pracowniku. No ale trudno. Życie to nie bajka i tak jak teraz kryzys dotyka wszystkich, tak ta sytuacja też nie była przyjemna dla nikogo.
Minęliśmy ze dwa małe hoteliki i zatrzymaliśmy się przy bardzo ładnym domu, gdzie z werandy zapraszała nas cała rodzina. Pokój ładny i czysty, zostajemy. Teraz tylko trzeba znaleźć samochód. Okazuje się, że Ravi, kuzyn właścicielki, który akurat u niej gości, ma terenowy samochód i może nas zawieźć gdzie chcemy, jeśli nie przeszkadza nam to, że jest to odkryty samochód, w którym trochę wieje. To nie jest dla nas problemem, jednak cena za dzień, zbliżona do ceny poprzedniego samochodu, nie zadowala nas i po zostawieniu bagaży idziemy szukać innego samochodu. Niestety, inne samochody nie były tańsze. Gdy wróciliśmy, kierowca ciągle czekał na naszą decyzję. W końcu wytargowaliśmy dla równego rachunku 5 tys. rupii (ok. 40$) za całodzienna wycieczkę i przystąpiliśmy do ustalania harmonogramu.
Pochyliliśmy się nad mapą, by wynegocjować najlepszą trasę. Chcieliśmy zobaczyć sierociniec dla słoni, ogród botaniczny i dojechać do Nuwara Eliya. Ogród botaniczny otwierają dopiero o dziewiątej. A w sierocińcu o dziesiątej rano jest karmienie słoni. Ogród botaniczny jest po drodze do sierocińca, jednak pojechanie najpierw do sierocińca, a następnie do ogrodu kolosalnie wydłuża trasę. Nie chcemy olać ogrodu, więc w końcu z ciężkim sercem Ravi zgadza się na nadłożenie drogi. Jednak żeby dotrzeć do Newara Elya przed zmrokiem, musimy powinniśmy wyjechać z Kandy o 6 rano.
- O rany tak wcześnie! - jęknęła Gośka.
- No to właśnie dobrze - zdziwił się Ravi - przecież rano najlepiej się podróżuje! Jeszcze nie jest gorąco, jest przyjemnie rześko i to jest najlepszy czas na podróżowanie!
Ravi nie dość, że z problemu potrafił zrobić zaletę, to wykazywał się zakorzenionym głęboko w duszy pacyfizmem. Podczas rozmowy fruwały wokół nas stada owadów, przyciągnięte światłami domu. Zarówno Gośka jak i ja odruchowo klepaliśmy małe muszki, które siadały nam na rękach. Ravi starał się nie reagować, ale w końcu nie wytrzymywał i przerywał rozmowę delikatnymi prośbami:
- Don't kill them! Don't kill them! One nie zrobią ci krzywdy, zobacz - i mówiąc to nadstawiał palec, by chodzące po stole muszki mogły na niego wejść. Pokazywał nam w ten sposób, że te muszki naprawdę są nieszkodliwe i też chcą żyć, i żebyśmy im żyć pozwolili. Bardzo nas tym ujął i wspominamy to ze śmiechem do dzisiaj, gdy pojawia się w okolicy jakaś biedronka albo inny pająk.
Z Ravim spędziliśmy cały dzień, nigdy nie zaoponował gdy chcieliśmy się gdzieś zatrzymać, albo jeszcze coś zobaczyć. Do Nuwara Eliya dojechaliśmy późnym wieczorem, a facet musiał jeszcze wrócić do Kandy. Nie usłyszeliśmy jednak cienia skargi. Ravi poprosił nas jedynie, aby opowiedzieć o nim naszym znajomym i reklamować jego stronę internetową. Jeśli będziecie chcieli zrobić sobie wycieczkę nie tylko wokół Kandy, ale jakiś dłuższy trekking po licznych lankijskich parkach narodowych - z całym sercem mogę polecić Raviego, którego uczynność, cierpliwość i uprzejmość gwarantuje naprawdę duży komfort: http://www.srilankatrekking.com
o
09:08
0
komentarzy
|
Etykiety: Sri-Lanka
