|
|
Mickiewiczowskie Dziady to jak najbardziej współczesna sztuka. Przekonałem się o tym w Bydgoszczy, oglądając spektakl wyreżyserowany przez Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim. Geniusz autora tekstu połączył się z wyczuciem reżysera, który stworzył dzieło posiadające siłę lodu rozsadzającego naczynie. Spokojnie, po cichu, opakowanie zimnej lawy pęknie i będziemy mogli zstąpić do głębi.

Żona wyciągnęła mnie do Bydgoszczy, a ja potulnie podreptałem nie pytając o kontekst i powody tej teatralnej wycieczki. Zapytałem tylko o tytuł, nie czytając żadnych recenzji, bo i tak Jej rekomendacja miała większe znaczenie niż jakiekolwiek prasowe enuncjacje. Podczas przedstawienia oczy otwierały mi się coraz szerzej w zdumieniu, jak bardzo współczesnym autorem jest Mickiewicz. Nic nie zostało z romantycznego patetyzmu i wzniosłości, tak dzisiaj jałowej i wręcz kontrskutecznej w procesie mówienia o rzeczywistości. Patrzyłem na sceny autentyczne i niemal przeniesione z ulicy. Lecz jakże inna to ulica niż to, co można zobaczyć na bogatych deptakach, czy w rodzinnych serialach.
Pierwsza część. Grupa osób kręcąca się pomiędzy namiotami rozpoczyna dziwną ceremonię. Sami nie do końca wiedzą czy chcą to robić, nie do końca wiedzą co mają robić, nawet prowadzący ceremonię Guślarz czyta polecenia i zaklęcia z kartki. Trudno na początku wyczuć, czy jest to wycieczka nastolatków, którzy postanowili się zabawić w odtworzenie starych obrzędów, czy jest to obóz bezdomnych, czy jeszcze inna grupa zagubiona w lasach. W trakcie ceremonii początkowo niechętna do współpracy grupa rozkręca się, by przy wizycie ducha folwarcznego pana bezlitośnie zmasakrować jego kukłę w odpłacie wszystkich bestialstw, jakich ten dopuścił się za życia. W tej mocnej, niepokojącej siłą agresji scenie objawiona jest cienka granica między demonem a próbującą go okiełznać zbiorowością. Na końcu ceremonii pojawia się gość w jasnym garniaku, który potraktowany jako niema zjawa nagrywa zaklęcia Guślarza na swój telefon komórkowy, dobitnie i przejmująco uświadamiając faktyczną obcość równoległych światów, pomiędzy którymi nie ma kontaktu, a tym bardziej komunikacji czy porozumienia.

Wrzucane jako przerywniki, czytane przez współczesnych Europejczyków w oryginalnych językach, wypowiedzi sprzed 200-300 lat, autorstwa wybitnych europejskich intelektualistów, takich jak Wolter, Heine i inni, wbijają w fotel. Opisują one kraj nad Wisłą, Niemnem i Dnieprem jako kraj ciemnoty i plugastwa, gdzie miejscowi nie potrafią zorganizować żadnych kanałów komunikacyjnych umożliwiających handel, gdzie chłopu rozmawiającemu z panem brakuje tylko ogona, by mógł nim merdać, gdzie czas się zatrzymał a ludzie żyją jak dziesięć wieków temu. Przy czytaniu wyświetlanych na ścianie tłumaczeń, po pierwszym odruchu buntu na ubliżające kalumnie filozofów i podróżników rodzi się refleksja, że w zasadzie te opinie w nieco zmiękczonej postaci można usłyszeć i dzisiaj. Zasmucające, że te opinie mają najczęściej o sobie samych mieszkańcy opisywanego kraju nad Wisłą.
Jak bardzo jesteśmy uzależnieni od opinii innych? Jak łatwo przejmujemy te klisze? Wpatrzeni w zachodnie komentarze, dzisiaj nawet bardziej niż kiedyś, nie traktujemy poważnie niczego, co dzieje się u nas, dopóki nie zostanie to skrytykowane za granicą. Jeśli coś nie jest zauważone na Zachodzie, to w kraju też nie istnieje. A przecież wiele z tego, co jest najważniejsze z naszego Polskiego Ducha, jest najzwyczajniej w świecie niedostępne dla ludzi z zewnątrz. Podobnie jak w przypadku każdej innej zbiorowości, żeby poznać kulturę trzeba w nią dość głęboko wniknąć. Nie wystarczy obejrzeć kilku przypadkowo widzianych ceremonii. Problem polega na tym, że zmasakrowana XX-wiecznymi totalitaryzmami, polska inteligencja wyobcowała się ze swojego narodu jak ten etnograf-amator, który z kpiącym uśmieszkiem w kącikach ust, podstawia dyktafon pod usta autochtonów, dołączając do legionu kolonistów dzikich obszarów barbarii.
Druga część dzieje się znowu w niejednoznacznej scenografii. Być może jest to przytułek dla bezdomnych, gdzie nocują ci, którzy nie dorobili się własnych namiotów widocznych w części pierwszej. Na pewno szukają swoich sposobów na poradzenie sobie ze smutną rzeczywistością, rozmawiają piosenkami, udają wysiloną radość, tańcząc wpadają w depresję, albo rzucają wyzwanie Bogu jak Konrad. Zagrana z wielką pasją Wielka Improwizacja nie ma nawet cienia szkolnego patosu. Konrad udaje chojraka, nad którego nie masz cwaniaka, miota się od kpin z rzeczywistości do groteskowej manifestacji woli mocy, z której nie zostaje nic poza potem i łzami. Na nic zaklęcia, na nic krzyki, rząd dusz nie zaistnieje, a Bóg pozostanie niemy. Pomimo podpalenia sceny nie będzie gorejącego krzewu. Romantyczny mit jest jałowy, patos jest groteskowy, to co naprawdę ważne dzieje się gdzie indziej.

Można oczywiście na upartego odebrać formę tej Wielkiej Improwizacji, jako jej dość przewrotne uwznioślenie. Reżyser zdaje się polemizować z publicystami głównego nurtu pokazując im bezdomnego, jako ostatni bastion narodowych mitów. Kpicie i szydzicie z patetycznych oszołomów, podczas gdy tak naprawdę szydzicie z własnej tradycji, z własnej kultury. Traktujecie ludzi odwołujących się do narodowych symboli jak wykluczonych bezdomnych, podczas gdy tak naprawdę to oni przechowują i przenoszą wartości stanowiące istotę narodu. To wy, krytycy, jesteście tą lawą, zimną i plugawą, podczas gdy prawdziwa głębia kryje się w tych postponowanych przez was ludziach.
Tak, to pewnie zbyt daleko idące odczytanie, tym bardziej, że Bal u Senatora jest jedyną częścią, która jawnie nawiązuje do warszawskiego Pałacu Namiestnikowskiego. Nawijający po francusku Nowosilcow gra w golfa mandarynkami na dziedzińcu odgrodzonym metalowymi barierkami, a tłumek klakierów bije mu brawo bez względu na efekty. Zza barierek przychodzą różne Rollisonowe błagając o litość dla swoich dzieci, dwór jest jednak niewzruszony. Gdy podczas balu pomiędzy tańczących sztywno gości Namiestnika wchodzą zza tej samej barierki milczące postacie z części pierwszej, dwór dziwi się nieco, ale generalnie wszyscy starają się nie zwracać uwagi na tą jakże kuriozalną i niegodną nawet mrugnięcia okiem aberrację miejscowego elementu. Postacie mieszają się ze sobą i tańczą w jednej przestrzeni, każdy swój odrębny taniec. Pozorny egalitaryzm współczesności to tak naprawdę równoległe światy istniejące w tej samej przestrzeni, ale bez wzajemnego kontaktu.

Całość przedstawienia kończy klamra odtwarzających ceremonie Dziadów postaci w maskach, którzy w licznych wioskach cerkiewkach kaplicach powtarzają, wyznaczony rytmem przyrody, rytuał porządkujący świat, definiujący relacje żywych poprzez relacje z umarłymi. Te marginalne zjawiska pozwolą przetrwać światu, który na obrzeżach cywilizacji transferuje w przyszłość wartości, dzięki którym cywilizacja w ogóle powstała. To świat Namiestników odejdzie w niebyt. To co istotne przetrwa w leśnej głuszy.
***
Jakże byłem zdziwiony gdy, już po wizycie w Bydgoszczy, wyszperałem sobie w internecie różne prasowe recenzje! Okazało się, że na przykład według Anny Tarnowskiej z Gazety Wyborczej Wodziński „pokazał Polaków jako naród, który chce żyć przeterminowanym mitem”. Albo że według Jacka Cieślaka z Rzeczpospolitej „najważniejszym rekwizytem spektaklu w bydgoskim Teatrze Polskim są metalowe barierki, takie jakie dzieliły demonstrantów przed Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej.” Zaś reżyser „siadł okrakiem na barykadzie polsko-polskiej wojny i pokazuje, co się dzieje po obu stronach.” To bardzo ciekawe. Łukasz Drewniak w Przekroju popłynął najdalej: „W świetnych bydgoskich "Dziadach" Wodziński pyta o racje wściekłych i wykluczonych. No i mamy "Dziady" posmoleńskie. Pawłowi Wodzińskiemu pierwszemu udało się pokazać, jak jedna opcja polityczna - albo raczej ruch ludowy - zawłaszcza tradycję polskiego romantyzmu.” Zauważa jednak słusznie, że „gorzkie i obraźliwe słowa Strahlenberga, Smitha, Heinego, Woltera i Fryderyka II czytają po francusku, angielsku i niemiecku sfilmowani Europejczycy. A my łapiemy się na tym, że dziś używamy podobnych słów, patrząc na obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.” Jednak musi dodać wyjaśniająco, że „Wodziński odkrywa straszliwe, brzydkie oblicze polskiego romantyzmu. Aż chce się zawołać: "Spieprzajcie, Dziady!". Ale upiory, które odżyły, nie chcą słuchać.”
Jestem pod wrażeniem przenikliwości polskiej krytyki. Warto zajrzeć do tych recenzji, bo pokazują one wyraźnie, że Wodzińskiemu udało się stworzyć spektakl, pod którym mogą podpisać się bardzo różne opcje. Można przekonać się, jak łatwo wejść w klisze i poznawcze schematy. Jak łatwo ulec własnym stereotypom, przesądom i zabobonom. Są barierki spod Pałacu? No to spektakl jest o Krzyżu pod Pałacem. Jest agresja wobec kukły dworskiego pana? No to w opinii Joanny Derkaczew z Gazety Wyborczej na pewno są „Cudaki spod krzyża, sentymentalni menele z hipisowską czy punkową przeszłością, emigranci domagający się miejsca w starej, wygodnie urządzonej Europie - oni nie mają oporów, by formułować dziś roszczenia i dawać wyraz emocjom. […] "Romantyzm" w ich wykonaniu […] to romantyzm wściekły, brutalny, pełen niszczycielskiej furii.” Jedni dostrzegą w przedstawieniu krytykę ksenofobicznej struktury romantycznego mitu, inni próbę naszkicowania genezy polskiej oikofobii. Jest duża szansa, że tych różnorodnych odczytań będzie znacznie więcej, bo to po prostu dobra sztuka.
Komentarze intelektualistów epoki Mickiewicza dołączone do spektaklu pełnią bardzo ważną rolę. Mam wrażenie, że siła tych krzywdzących uprzedzeń na temat środka Europy, wypowiadanych przez zachodnich Europejczyków polega nie tyle na demaskowaniu zacofania naszych terenów, ile na demaskowaniu barbarzyństwa samych autorów takich opinii, ich ksenofobii, zamknięcia i ograniczonych możliwości intelektualnych, które uniemożliwiają nawiązanie kontaktu z Innym. Tak, w spektaklu jest też niewątpliwie pierwotna agresja, ale bardziej niż diagnozę, można ją interpretować raczej jako przestrogę przed wybuchem zbyt długo tłumionej frustracji. Wcześniej czy później zostanie ona rozładowana, namiestnicy odejdą w niebyt, a ocalali zaczną odtwarzać to, co przetrwało na marginesach. Bo tylko na marginesach trwa jeszcze kontakt z naszymi umarłymi.
czyli przeciwko złudzeniu kulturowego uniwersalizmu rzecz o wykładzie prof. Leszka Kołakowskiego "Szukanie barbarzyńcy"
Tekst ten znalazłem w moim jakimś zamierzchłym archiwum. Wrzucam go tu tak dla pamięci, co ma się kurzyć w szufladzie ;-) Rzecz o wykładzie "Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego" wygłoszonego w College de France w marcu 1980 r. zamieszczony w zbiorze "Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań", Londyn 1984, ANEKS.
Zaczynając dyskusję dotyczącą tzw. kultury europejskiej, powinniśmy w pierwszym rzędzie zdefiniować przedmiot naszych rozważań. A jest to w tym przypadku zadanie wcale nie łatwe. Cóż to bowiem znaczy: "kultura europejska"? Niepodobna przecież dokładnie określić jej granic zarówno geograficznych jak i historycznych. Gdzie rozpoczyna się, a gdzie kończy? Czy Bizancjum, Rosja, niektóre kraje Ameryki Łacińskiej należą do tej samej historii? Czy narodziny tej kultury możemy zsynchronizować z Sokratesem, św. Pawłem, z prawem rzymskim czy ze spotkaniem z Nowym Światem? W przypadku każdej z wymienionych możliwości jest tyle samo argumentów za, jak i przeciw. Nie ma jednak wątpliwości, że jedność europejska wiązała się z wiarą chrześcijańską. Dzisiaj chrześcijańskość nie jest już na pewno w takim stopniu tą scalającą ideą Europy jak kiedyś. Dziś przynależność do tej kultury określa swoiste przywiązanie i przyznawanie się do określonej spuścizny kulturowej i filozoficznej. Siemiński określa Europejczyków jako specyficzną grupę społeczną, w skład której wchodzą wszyscy ci, którzy wyznają jakąś postać ideologii "europejskości", odnoszą się w swych sądach i czynach do wartości ponadlokalnych czy ponadnarodowych - właśnie "europejskich". Zauważa, że w XVIII i XIX w. sukcesy w ekspansji i podbojach innych cywilizacji osiągnęły poziom "pozwalający" Europejczykom utożsamić własną kulturę z cywilizacją w ogóle. W połączeniu z nacjonalistycznymi tendencjami europejskich historiografów podkreślających różnice między narodami przy pomijaniu "wspólności" dziedzictwa powstała sytuacja sprzyjająca rozwinięciu się postaw europocentrycznych. Pomogła również izolacja Starego Kontynentu od Nowego Świata: gdy na początku XX w. na Wystawie Światowej w Paryżu pojawiły się ekspozycje pokazujące wytwory podbitych kultur - ogólne zdziwienie wzbudził fakt, że "dzicy mogli w ogóle coś stworzyć".
Można zaryzykować stwierdzenie, że zasługą antropologii (po wielu etapach przejściowych i różnych "perturbacjach") było odwrócenie postaw wobec tzw. innych kultur o 180 stopni. Przyjęto pogląd o równoprawności wszystkich kultur oraz uznano dotychczasową politykę Europy za barbarzyńską. Wszelkie próby gloryfikacji czy wywyższenia europejskości zaczęto piętnować jako przejawy europocentryzmu. Pojęcie to zaczęło funkcjonować wyłącznie w pejoratywnym znaczeniu piętnującym bądź ideologię osiemnastowiecznych handlarzy niewolnikami, bądź doktryny dziewiętnastowiecznego, prymitywnego ewolucjonizmu. W swym zacietrzewieniu obrońcy tzw. innych kultur skłonni są negować własną cywilizację w imię wielkodusznego kulturowego uniwersalizmu. Niejako obroną europejskości zajmuje się prof. Leszek Kołakowski w swym wykładzie z 1980 roku "Szukanie barbarzyńcy - złudzenia uniwersalizmu kulturowego".
Główną tezą tekstu jest twierdzenie o braku możliwości ucieczki od postawy wartościującej wobec własnej kultury w sytuacji konfrontacji z "innymi". Autor stara się bronić idei swoiście pojmowanego europocentryzmu rozumianego tu jako wartościująca afirmacja kultury europejskiej. Wychodzi od zauważenia, iż "postawy nasze [w stosunku do innych kultur] są dwuznaczne i może nawet wewnętrznie sprzeczne: z jednej strony przyswoiliśmy sobie ów rodzaj uniwersalizmu, który powstrzymuje się od sądów oceniających rozmaite cywilizacje i ogłasza ich fundamentalną równość; z drugiej strony przez to, iż tę równość afirmujemy, afirmujemy zarazem wyłączność i nietolerancję każdej kultury z oddzielna, afirmujemy przeto coś, co w samym akcie tejże afirmacji, jak się chełpimy, właśnie przezwyciężyliśmy".
To, że w ogóle możliwa była konstatacja o równoprawności kultur i zauważenie własnego barbarzyństwa wynika z unikalnej cechy cywilizacji europejskiej: mianowicie ze zdolności do kwestionowania samej siebie. W tym między innymi upatruje Kołakowski główną siłę, ale także i zagrożenie dla tej kultury. Zbyt daleko idące bowiem kwestionowanie samej siebie prowadzić może do zanegowania w ogóle sensu jej istnienia. "Miotanie" się między dwiema skrajnościami, w tym przypadku negowanie wartości kultur obcych bądź swojej własnej jest według autora charakterystyczną cechą cywilizacji europejskiej. Przyjrzyjmy się jednak bliżej poglądom Kołakowskiego. Zauważa on, iż ktoś wypowiadając zdanie: "wszystkie kultury są równe" "chce powiedzieć bądź, że 1) sam żyje w pewnej szczególnej kulturze, a inne go nie obchodzą, bądź, że 2) nie ma absolutnych, niehistorycznych standardów, by jakąkolwiek kulturę osądzać, bądź wreszcie, że 3) standardy takie, przeciwnie, istnieją i że wedle tych standardów wszystkie formy wzajem niezgodne są tak samo prawomocne. [...] Uniwersalizm kulturalny [...] przeczy sam sobie jeśli, nie chcąc ulec pokusom barbarzyństwa, daje innym prawo do bycia barbarzyńcami". Sytuacja taka zachodzi na przykład gdy zgadzamy się na drakońskie kary w kulturze Islamu w myśl zasady, że - trudno - takie jest prawo koraniczne, trzeba respektować inne tradycje.
Inną "zgubną" w skutkach tendencją uniwersalizmu są utopijne próby łączenia przeciwieństw. Autor przytacza "proroctwa" Arnolda Toynbee opisujące ludzkość przyszłości jako spadkobierców myśli w takiej samej mierze Konfucjusza i Chrystusa, Buddy i Sokratesa, Lenina, Ghandiego i Washingtona. Wypowiedź ta w intencjach swych optymistyczna, sprawdzić się jednak może tylko w społeczeństwie podchodzącym z rezerwą do jakiejkolwiek idei; w społeczeństwie de facto bez idei, a więc barbarzyńskim. Nie można wszak być jednocześnie teistą i ateistą czy jednocześnie przeciwnikiem przemocy i entuzjastą przemocy.
Wyjściem, które proponuje Kołakowski jest przyjęcie poglądu, który nazywa tu uniwersalizmem niekonsekwentnym w połączeniu z także niekonsekwentnym sceptycyzmem. Pogląd, "który unika antynomii przez to, iż nie rozciąga się poza granicę, gdzie różnica między nim samym i barbarzyństwem jest zatarta. Tyle w tym kontekście powiedzieć, to przyświadczyć wyższość kultury europejskiej jako kultury, która wytworzyła i umiała przechować niepewność wobec swoich własnych norm".
Fundament tej postawy upatruje Kołakowski w religijności chrześcijańskiej. W chrześcijaństwie "podobnie jak we wszystkich wielkich religiach żyje nieuchronnie stałe napięcie między obrazem świata skończonego, który objawia Stwórcę i obrazem tegoż świata jako negacji Boga. [...] Główne problemy w dziejach dogmatów i antydogmatów mogą uchodzić za wariacje jednego tematu: człowieczeństwo Jezusa Chrystusa p r z e c i w k o jego boskości; wolność człowieka p r z e c i w k o łasce i predestynacji; kościół widzialny p r z e c i w k o niewidzialnemu; prawo p r z e c i w k o miłości; litera p r z e c i w k o duchowi; wiedza p r z e c i w k o wierze; zbawienie przez uczynki p r z e c i w k o zbawieniu przez wiarę; państwo p r z e c i w k o kościołowi; ziemia p r z e c i w k o niebu; Bóg-Stwórca p r z e c i w k o Bogu-absolutowi". To stałe napięcie pomiędzy materią i duchem zaowocowało w myśli europejskiej świadomością braku rozwiązań ostatecznych oraz konieczności nieustannego badania granic, poza którymi możliwe jest już tylko zatracenie wszelkiego sensu.
W dzisiejszych czasach, kiedy idee oświecenia zaczęły dochodzić do swoich granic, kiedy humanizm począł się przekształcać w moralny nihilizm, a "afirmacja osoby przechodzi niebywałą metamorfozę, z której wykluwa się jako teoria totalitarna", w tych czasach zaobserwować możemy po raz kolejny w dziejach europejskiej cywilizacji proces kwestionowania własnych wartości, by dojść do nowych rozwiązań. Przeczucia tych rozwiązań na razie jeszcze nie mamy, jednak według autora o przyszłość możemy być spokojni pod warunkiem dostrzeżenia naczelnej zasady. Europa "jeśli przetrwa nacisk barbarzyńców, to nie dzięki temu, że odkryje któregoś dnia rozwiązanie ostateczne, ale dzięki jasnej samowiedzy, że rozwiązań takich nie ma nigdzie; a to jest świadomość chrześcijańska. Chrześcijaństwo nie odnalazło i nie obiecywało żadnych trwałych rozwiązań dla losu doczesnego ludzi. Toteż pozwoliło nam uniknąć dylematu "optymizm - pesymizm", jeśli dylemat ten oznacza wybór między wiarą w rozwiązania ostateczne a rozpaczą. [...] Jest wszelako tradycją nauki chrześcijańskiej chronić nas przeciwko obojgu - przeciwko szaleńczej ufności w naszą nieskończoną zdolność do doskonalenia się i przeciwko samobójstwu".
Podsumowując można powiedzieć, iż główna siła kultury europejskiej leży w zdolności do kwestionowania samej siebie i w świadomości braku rozwiązań ostatecznych. Obecnie przeżywamy swego rodzaju przerost tegoż kwestionowania przy jednoczesnym istnieniu utopijnych ideologii zrównywania wszystkiego do jednego poziomu. Według Kołakowskiego nie można uciec od wartościowania. Autor opowiada się po stronie myśli europejskiej i broni jej cech i idei niezaprzeczalnie według niego pozytywnych. Humanizm, poszanowanie integralności osoby, dystans poznawczy i nieustanny, nigdy nie zakończony dialog to wartości z których Europejczyk, w szerokim sensie tego słowa, może być dumny i którym powinien być wierny, by móc ciągle odróżniać siebie od "barbarzyńców". Jest to tylko jedna z wielu konkluzji narzucających się po lekturze tekstu prof. Leszka Kołakowskiego.
27.I.1999
Ten dzień zaczął się jeszcze przed świtem. Wiktor obudził się z silną potrzebą wyjścia z łóżka i rozpalenia w kominku. Trzaskające płomienie rozświetlały przestrzeń, w której energie tańczyły rytualny taniec przewracania porządku rzeczy na drugi bok. Nie było to łatwe, a ściśnięty żołądek był jedynym informatorem, że dzieje się coś, co nie dzieje się na co dzień. Świt przyszedł niepostrzeżenie, Wiktor po prostu w pewnym momencie zauważył, że pokój jest wypełniony dziennym światłem.
Wokół kominka walały się pozostałości nocnej imprezy. Otwarta puszka piwa na stole obok metalowego kubka i dwu szklanek herbaty. Taca z resztkami grzanek obok słoika z pomidorowym koncentratem. Skoncentrowana rzeczywistość osaczała każdego, kto przechodził obok. Kolejni imprezowicze docierali na miejsce wyznaczone im przez tańczące siły i zastygali wpatrzeni w przestrzeń za oknem lub w otchłań ognia.
Wiktor wyszedł na balkon. Pomimo sporego mrozu trwał opatulony kocami na ławce niczym Jańcio Wodnik cofający czas. Czasu nie udało się cofnąć, jednak czas przestał na moment płynąć. Południowe słońce po wyjściu nad linię drzew stanęło w miejscu roztapiając śnieg na łące przed balkonem i topiąc pozostałości wiktorowego racjonalizmu. Oczyszczona głowa zaczynała powoli odbierać sygnały z innego świata. Granice stawały się płynne, drzewa nabierały barw, ich ruch w rytm powiewów wiatru przestawał być przypadkowy. Barierka od balkonu także powoli traciła znaczenie.
Na łąkę wybiegł wilczur. Biegał niespokojnie od pieńka do pieńka zerkając co chwilę na Wiktora. Głos jego szczeknięć był liną rzuconą na ratunek. Był to głos Łącznika. Pies na łące – Pies-Łącznik. Pies łączył Wiktora z rzeczywistością. Łącznik nie pozwolił zerwać się z uwięzi. Czas znowu ruszył z miejsca.
Drzwi balkonowe otworzyły się, kolejne osoby wychodziły na papierosa. Ostre powietrze drażniło płuca. Wiktor wrócił do środka po kubek ciepłej herbaty. Gdy ponownie przyszedł na balkon z dymiącym napojem, słońce chowało się za horyzontem. Czas pracowicie nadrabiał zaległości…
Jakiś czas temu poczułem się wypalony. Jednocześnie jednak zatlił się inny płomyczek, który sprawił, że nie byłem w stanie się powstrzymać i wewnętrzne ciśnienie znalazło swój zawór bezpieczeństwa w postaci komentarzy do tej części rzeczywistości, na którą wpływ mamy minimalny, jeśli w ogóle jakiś. Co zrobić, gdy ta świadomość nie powstrzymuje nas przez zabieraniem głosu na "te tematy". Poszukiwanie sensu można prowadzić na różnych polach...
Żeby jednak nie zaśmiecać tego bloga jakimiś bieżącymi erupcjami emocji wydzieliłem osobną przestrzeń: igor.czajka.art.pl - na którą serdecznie zapraszam. Tutaj wcześniej czy później wrócę, ale do tego czasu będę obecny raczej pod tym wspomnianym adresem.
A zatem na psy...
Norwegia - jakoś przyblokowałem się po tej podróży. Może blokadę spowodowało trzytygodniowe napięcie za kierownicą samochodu? Bo przecież nie nadmiar wrażeń natury estetycznej? W bardziej egzotycznych regionach oprócz przyrody atakowała nas egzotyka odmiennej kultury. W Norwegii praktycznie nie mieliśmy do czynienia z kulturą, poza niemieckimi i holenderskimi camperami okupującymi każdy możliwy parking. Przyroda też, pomimo że nieco inna, to jednak niezbyt różniła się od tego co można zaobserwować zimowych górach. Być może blokada wcale nie została spowodowana czerwcowym wyjazdem, lecz natłokiem rzeczy, które spadły na ramiona moje tuż przed wyjazdem jak i długo po nim? W zasadzie do dzisiaj ten stan permanentnego narastania problemów do rozwiązania trwa nieprzerwanie, rozszerzając się niczym wszechświat aż do ponownego BigBangu, który będzie końcem wszystkiego i wszystkiego początkiem. Tajemnica pozostanie nierozwiązana, bo przestałaby być tajemnicą, zatem nie pozostaje nic innego jak skomentować nieco szerzej kilka zdjęć, które pozostały po podróży.
( Tak swoją drogą, to nawet nie zauważyłem, kiedy minęło te pół roku. Znamienne też, że nikomu nie przeszkadzała moja tutaj nieobecność ;-) )
Zanim jednak przejdę do fotorelacji, pozwolę sobie na dwa słowa na temat Muzeum Muncha, które odwiedziliśmy w Oslo. Jestem zapalonym fanem słynnego "Krzyku". Jest to dla mnie obraz genialny, który z biegiem czasu stał się ikoną popkultury, przez co stracił swoją wagę jako dzieło sztuki, zyskując sławę celebryty (a co!). Reprodukowany na znaczkach pocztowych, okładkach, przetwarzany przez niezliczona liczbę artystów, przerabiany na tysiące sposobów, dla mnie ma jakąś tajemniczą moc, która sprawia, że jest mi bliski niczym najlepszy przyjaciel, który rozumie i czuje to co mówię o moich emocjach. Lęk i przerażenie światem obok spokoju przechodniów, piekło rozgrywające się na niebie i dookoła widoczne tylko dla centralnej postaci, przenikający do szpiku rzeczywistości krzyk, którego nikt nie słyszy. Można by tak pisać bez końca, nie odkrywając niczego, co nie byłoby wcześniej opisane. Być w Oslo i nie zobaczyć "Krzyku" na żywo byłoby świętokradztwem.
1893 - Edward Munch - Krzyk - olej, tempera i pastel na kartonie 91 x 73.5 cm
Trudno było odnaleźć muzeum, które było poza mapką zamieszczona w przewodniku, w końcu jednak się udało. Bilety, bramki, klimatyzacja; obrazy. W miarę zdobywania kolejnych eksponatów w zimnej kolekcji wrażeń przepełniam się coraz większą blazą. Jednak rozczarowanie jakiego doświadczyłem po wyjściu z muzeum Muncha było jednym z większych rozczarowań, jakie miałem w życiu. Nie dziwię sie wcale łatwości, z jaką złodzieje parę lat temu wynieśli z muzeum słynny "Krzyk". Ten obraz na żywo niestety nie ma w sobie nic z całej głębi, którą przeczuwamy patrząc na jego reprodukcje. Jest to idealny przykład dla wszelkich teorii braku, jako czynnika wzbogacającego, niedoskonałości jako elementu wartościowego. "Krzyk" na reprodukcji jest tajemniczy i intrygujący, "Krzyk" na żywo jest jedynie bohomazem namalowanym niewprawną ręką malarza, który swoje niechlujstwo nazywa impresjonizmem.
Co więcej, nie dotyczy to tylko "Krzyku". Dotyczy to w zasadzie wszystkich obrazów prezentowanych na wystawie. Nie ma cienia artystycznej doskonałości VanGogha czy Wyspiańskiego. Jedna jedyna "Madonna" broni się znakomicie, a jest to obraz, który na reprodukcjach nie poruszył mnie wcale. Natomiast na żywo prezentuje się doskonale, stanowi arcydzieło, na którym każde pociągnięcie pędzla ma znaczenie i estetyczną wagę. I to było równie wielkie zaskoczenie, które zrównoważyło estetyczne odczucia z tej wystawy.
1894-95 - Edward Munch - Madonna - olej na płótnie 91 x 70.5 cm
Na koniec pokażę jeszcze cztery obrazy, które zatrzymały mnie choć na chwilę. Tak jak w przypadku "Madonny" ograniczenia reprodukcji nie wzbogacają doznań, natomiast w oryginale maja w sobie to coś, co sprawia, że dostrzegający wzrok zaczyna szukać racjonalno-estetycznego uzasadnienia dla specyficznego rodzaju przeczucia jakie rodzi dostrzegany widok.
1919 - Edward Munch - Autoportret (w rozpaczy) - olej na płótnie 151 x 130 cm
1897 - Edward Munch - Pocałunek - olej na płótnie 99 x 81 cm
1895-1902 - Edward Munch - Wampir - drzeworyt w połączeniu z litografią 38.5 x 55.3 cm
Poniższy "Żółty bal" bawi się perspektywą, co jest dostrzegalne z wiekszej odległości. Gdy patrzymy na obraz pod kątem z lewej strony to bal leży w innym kierunku niż gdy będziemy go obserwować ze strony prawej. Stara sztuczka, stosowana w średniowieczu przy malowaniu kolumn w kościołach oraz sprawiająca, że portretowana osoba wodzi za nami oczami.
1911-12 - Edward Munch - Żółty bal - olej na płótnie 131 x 160 cm
I tyle. Polecić wystawę mogę wszystkim tym, którzy szukają zrozumienia mechanizmów świata sztuki, który nie koniecznie kieruje się artystycznymi wartościami, równie często absorbując dokonania pozaartystyczne, jeśli tylko można to wykorzystać do budowania intratnej legendy. Nie polecam natomiast wystawy tym, którzy szukają estetycznych doznań i dla których negatywna weryfikacja sławnego dzieła jest dojmująco przykra. Najlepszym podsumowaniem wrażenia wywartego przez całość zbiorów jest zacytowane przez Gośkę zdanie z Gombrowicza: "no jak zachwyca, jak nie zachwyca"...
|