Chcieliśmy bardzo pojechać w poślubną podróż - inną niż wszystkie. Bez nerwicy zwiedzania, bez gonitwy obrazów, bez porannego wstawania by zobaczyć jak najwięcej w tym krótkim czasie urlopu. Odpocząć, odsapnąć, pocieszyć się sobą, zmęczyć się bezczynnością. Niestety. Obawiam się, że decyzja o celu naszej najbliższej podróży zniweczy te zamierzenia. Choć z drugiej strony, jeśli chcesz coś zrobić - zrób to po prostu ;-)
Kiedyś, gdy umieraliśmy z upału w samym sercu Indii, przy stupach Aśoki w Sanchi, spotkaliśmy grupę pielgrzymów, którą prowadziło dwu mnichów. Po wymianie uprzejmości, zapytali się jak nam się podoba w Indiach? Odpowiedzieliśmy, że bardzo pięknie, tylko strasznie gorąco. Mnich spojrzał się na nas zdziwiony i uśmiechnął się z politowaniem. Dla niego wcale nie było zbyt gorąco. On przyjechał ze Sri Lanki...
Tak, Sri Lanka, dawniej nazywana z europejska Cejlonem, wybrała nas na swoich najbliższych gości. Sms-ową relację na bieżąco będę prowadził na blipowym mini-blogu: igor.blip.pl. Bardziej szczegółowa opowieść będzie pewnie po zakończeniu narracji Środkowo-Azjatyckiej, która została ostatnio trochę zaniedbana z powodu braku czasu, wykorzystywanego na bieżące prace i przygotowania...
Do zobaczenia za 3 tygodnie!
czwartek, 23 października 2008
Podróż poślubna
o
06:18
3
komentarzy
|
Etykiety: Sri-Lanka
poniedziałek, 20 października 2008
Deszcz, jesienny deszcz - XII Akcja GTWb
Jak już wspominałem w poprzednim poście, tegoroczna jesień nie przestaje mnie zachwycać. Kolorowe liście przez większość czasu oświetlone są jasnym słońcem. Sporadyczny deszcz nie męczy, tylko uzupełnia różnorodność świata. Depresja jesienna jest w tym roku nieobecna, przynajmniej na razie.
Jak by tych cudów było mało, upolować można jeszcze od czasu do czasu na pochmurnym szarym niebie kolorową tęczę. Perliste krople na tle złotych liści, podświetlone od tyłu słońcem. Przyroda jest wybitnie łaskawa i hojna w tym roku jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. (Może to po to, by złagodzić stres związany z zawałem rynków finansowych?) Jedno jest pewne: jest co oglądać, choć żadne zdjęcia tego nie oddadzą:
| Deszcz kap spadają słowa plusk w znaczeń kałuże w piasek doświadczeń wsiąka idea kap kropla po kropli plusk drążony minerał słowami rzeźbiona wenus ideał |
o
06:58
9
komentarzy
|
Etykiety: Warszawa
środa, 15 października 2008
Zmiana tematu
Ostatnio nastąpiło spodziewane zmęczenie materiału. Muszę sobie zrobić przerwę od tematów azjatyckich i dla odpoczynku zamieszczę parę luźniejszych fotorelacji z najbliższego otoczenia. Zbiegło się bowiem to zmęczenie z nawałem zajęć w pracy i poza pracą, co skutkuje totalnym brakiem czasu nawet na odczytanie maili od znajomych oraz z przepiękną w tym roku polską złotą jesienią, która nie przestaje mnie zachwycać. Zatem na początek trochę kolorów, których próżno szukać w realnym świecie ;-)
Kolory w codziennej drodze do pracy:
I jeszcze odrobina kolorów nad Wisłą:
A w sobotę skorzystaliśmy z bliskiego sąsiedztwa teatru Ateneum i wybraliśmy się na "Kolację dla głupca". Sztuka lekka, śmieszna i przyjemna. Aktorstwo - rewelacyjne!!! Nie lubię Tyńca, ale w roli tytułowego głupca był po prostu boski! Reszta aktorów także na najwyższym poziomie. Czysta przyjemność - polecam każdemu z czystym sumieniem.
o
11:04
2
komentarzy
|
Etykiety: Warszawa
poniedziałek, 6 października 2008
Budyń z soczkiem
Na moje imieniny pogoda sprawiła mi słoneczny prezent pozwalający cieszyć się całą krasą polskiej złotej jesieni. Poszliśmy więc z żoną do parku, aby podziwiać wszystkie kolory jesiennej tęczy. Zrobiło się tak błogo i słodko, że brać należy pod uwagę poważne niebezpieczeństwo wystąpienia mdłości, stąd taki a nie inny tytuł noszący znamiona poważnego ostrzeżenia.
Młode Pary robiły sobie plenerowe zdjęcia w Parku Ujazdowskim...
...więc uciekliśmy do Łazienek, gdzie krzyki pawi przeplatały się z krzykiem dzieci.
Jakby krzyków w parku było mało, pojawiła się krzycząca papuga, która na chwile uciszyła rozwrzeszczane dzieci:
Na szczęście można jednak w łazienkach znaleźć także krótką chwilę ciszy i spokoju (tak, wiem, mnie też to wydaje się niemożliwe) i pogadać z polną myszą, która dostrzegła wreszcie ten fakt, że małe dziewczynki i niewiele więksi chłopcy piszczą ze strachu, a nie po to żeby zagrzać się do ataku. Zatem niewiele sobie robiąc z przechodniów zajadała się resztkami jakiegoś jedzenia upuszczonego przez krnąbrnego bachora:
Wszystkie zdjęcia zrobione są telefonem komórkowym, co sprawia że może nie są one najwyższej jakości, ale jednocześnie pozwalają wyobrazić sobie rzeczywistą odległość od nieustraszonej myszy. Czy myszy mogą być wściekłe?...
o
15:17
5
komentarzy
|
Etykiety: Luźne myśli, Warszawa
poniedziałek, 29 września 2008
Chiwa, cz.2
| <<< poprzedni odcinek | następny odcinek >>> |
Następnym celem po Pahlavon Mahmud Mauzoleum była Islom-Hodża Medresa oraz Minaret. Jeden z najmłodszych zabytków Chiwy, z początku XX w. Medresa, jak medresa, w sumie nic ciekawego poza architekturą nie odbiegającą od młodszych o nawet 800 lat budowli. Ciekawostką była możliwość przebrania się w historyczne szaty, z której to możliwości skwapliwie korzystają miejscowi pozując do balkonowych zdjęć z wielkim mieczem u pasa.
Obok medresy wybudowany jest najwyższy w Chiwie minaret. Jego wnętrze upodobały sobie zakochane pary, które dają upust swoim żądzom, rozbudzonym przez młode hormonalne burze. W efekcie liczni turyści przeciskają się na wąskich schodach nie tylko między sobą nawzajem. Trzeba również dokonywać nie lada akrobacji, by wyminąć splecione w ciemnościach liczne młode ciała. Dobrze, że mieliśmy ze sobą latarki, jednak i tak nie udało się przestudiować twarzy młodych zakochanych Uzbeków. Chłopcy kryli swoje twarze biustach swych wybranek, a wybranki w czarnych czuprynach swych wybranków. Ze szczytu minaretu można za to delektować się pełną panoramą okolic miasta. Niewielka przestrzeń zabudowy, otoczona zielonymi polami bawełny, kończy się całkiem niedaleko żółtym piaskiem pustyni.Po opuszczeniu minaretu rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy osobno szwędać się po mieście. Zahaczyliśmy o meczet piątkowy (Juma Mosque), którego sufit wsparty jest na dwustu kilkunastu drewnianych kolumnach. Kilka z nich to oryginalne egzemplarze z X wieku uratowane z wojennej zawieruchy. Jednak poza mroczną i chłodną atmosferą pośród lasu pięknie rzeźbionych filarów nie ma tu nic więcej. Absurdalnie w tym miejscu wyglądającego, jednego straganu z pamiątkami, nawet nie chcę wspominać. Szybko wróciliśmy na zalane upalnym słońcem suche uliczki, by dotrzeć do pałacu Tosh-Hovli, zwanego również Kamiennym.
Pałac ten powstał w XIX wieku jako bardziej reprezentacyjna alternatywa dla cytadeli Khuna Ark. Allach Kuli Khan nie był cierpliwym władcą. Kazał stracić pierwszego architekta, któremu nie udało się dotrzymać absurdalnego dwuletniego terminu ukończenia prac. Wybudowany ostatecznie w dziewięć lat kompleks ma dziewięć dziedzińców i sto pięćdziesiąt pokoi. Chan nie zrezygnował jednak z tradycji i najznamienitszych gości przyjmował w jurcie ustawionej na specjalnie do tego celu przygotowanym postumencie, na jednym z dziedzińców.Po południu spotkaliśmy się znowu w knajpce, by co nieco przekąsić. Marcin Aldoną kupili wielkie czapy uzbeckie, spod których prawie nie było nas widać. Czekając na jedzenie zalegliśmy na poduchach jak na arabskich rysunkach i chłonęliśmy atmosferę orientu. W jadłospisie były w zasadzie tylko cztery dania: a) ryżowy płow z baraniną, b) szaszłyk barani, c) lagmon, czyli coś pośredniego miedzy zupą a spaghetti z baraniną i warzywami oraz d) sziorba czyli rosół z baraniny. Płow był na chiwski sposób mało warzywny i mało mięsny. W zasadzie to tłusty ryż z odrobiną marchewki i wspomnieniem po mięsie. Za to piwo było wyśmienite. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, wieczorem czekał nas jeszcze pokaz tradycyjnych uzbeckich tańców.
Na pokaz musieliśmy wejść do środka Alloquli Khan Medresa. Zasiedliśmy niedaleko francuskiej grupy, dostaliśmy piwo i zieloną herbatę – wedle gustu. Po chwili rozpoczął się pokaz. Dwu facetów, trzy kobiety, nastolatek i dziecko. Każdy grający na jakimś instrumencie. W zasadzie jakikolwiek taniec uskuteczniała tylko najmłodsza dwójka, reszta ograniczyła aktywność do odśpiewania kilku piosenek. Kolorowe ubrania wirowały w powietrzu, złote zęby błyszczały promieniach zachodzącego słońca. Mieliśmy mieszane uczucia. Mi podobała się muzyka. Dla Gośki kicz pokazu przekroczył granice akceptacji. Na pewno było dosyć śmiesznie. Jak się później okazało, tańce mogliśmy obejrzeć jeszcze tylko w Samarkandzie. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że w Samarkandzie większość stanowią Tadżycy, jest duża szansa, że była to jedyna okazja zobaczenia uzbeckich tańców.Po zielonej herbacie apetyt wrócił spory i trzeba było odwiedzić jeszcze jedną chiwską knajpę, by skonsumować kolejną porcję lagmona. Najwidoczniej po kilku pustynnych dniach nasze żołądki domagały się odnowienia zapasów energetycznych. Tym bardziej, że następnego dnia czekały na nas zoroastryjskie forty i długa droga do Buchary.
| <<< poprzedni odcinek | następny odcinek >>> |
o
07:34
0
komentarzy
|
Etykiety: Azja-Srodkowa, Uzbekistan